Reklama

Ile ważą gole Adriana Mierzejewskiego?

redakcja

Autor:redakcja

16 stycznia 2018, 13:33 • 9 min czytania 62 komentarzy

13 meczów, 8 goli i 4 asysty. Tytuł piłkarza miesiąca w grudniu oraz bardzo pochlebne słowa szefa tamtejszej ligi i wielu innych postronnych obserwatorów. Adrian Mierzejewski wszedł do Sydney FC z buta, nie potrzebował ani chwili na aklimatyzację i z miejsca stał się czołową postacią rozgrywek. W Polsce rozgorzała dyskusja, czy to już właściwy moment, by ponownie wypróbować go w drużynie narodowej. Tym bardziej w kontekście kompletnej bryndzy na pozycji ofensywnego pomocnika, bo alternatywy dla Piotra Zielińskiego zwyczajnie nie widać.

Ile ważą gole Adriana Mierzejewskiego?

Filip Starzyński od dłuższego czasu ma poważne problemy ze zdrowiem. Rafał Wolski właśnie skonfliktował się z Lechią i nie pojechał z drużyną na obóz do Turcji. Mateusz Klich po dobrej wiośnie w Holandii kompletnie przepadł w Leeds. Cieniują nawet piłkarze, o których jeszcze nie zdążyło się zacząć mówić jako o poważnych kandydatach do drużyny narodowej – jesienią Majewski miał problemy w Lechu, a Lipski w Lechii. Czy zatem jest to właściwa pora na powrót do kadry Adriana Mierzejewskiego, który z tak mocnymi partnerami i w tak dobrze zorganizowanej drużynie narodowej właściwie jeszcze nie grał?

Dziś zmierzymy, ile ważą dobre występy Polaka w Australii – ile znaczą jego gole i asysty. Hyundai A-League to liga, której nie śledzi się u nas z wypiekami na twarzy, i to raczej nie z powodu różnicy czasu. Czy Mierzejewski transferem do Sydney wypisał się z poważnego grania? A może przeciwnie, trafił do silnej ligi, która jest u nas zupełnie niedoceniana? No to sprawdzamy, punkt po punkcie:

System

Tak naprawdę australijska ekstraklasa stała się profesjonalna dopiero w 2004 roku, czyli A-League wciąż sporo brakuje do pełnoletności. W lidze gra dziesięć zespołów, w tym dziewięć z Australii i jeden z Nowej Zelandii. Aspektem, który stawia duży znak zapytania przy powadze rozgrywek jest ich system – sporo dziwniejszy niż chociażby ten nasz. W fazie zasadniczej drużyny grają ze sobą… po trzy razy. W jednym sezonie drużyna A gra z drużyną B dwa razy u siebie i raz na wyjeździe, w kolejnym sezonie na odwrót. Nikt nie spada, a sześć najlepszych drużyn uczestniczy w fazie finałowej, która składa się jedynie z pięciu meczów. Zespoły z miejsc 3-6 grają między sobą po jednym meczu ćwierćfinałowym, zwycięzcy wraz z zespołami z miejsc 1-2 po jednym meczu półfinałowym, po czym następuje wielki finał, także w formie jednego meczu. Innymi słowy, dziesiątki punktów przewagi uzyskane w lidze można tam roztrwonić na przestrzeni 90 minut gry w ostatnim meczu.

Reklama

Wynagrodzenia

Jednym z podstawowych czynników wpływających na jakość rozgrywek są oczywiście płace. Szukając informacji na temat wynagrodzeń w lidze australijskiej najłatwiej trafić na ten najwyższy komin płacowy, czyli pensję, którą jeszcze w zeszłym roku otrzymywał 38-letni Tim Cahill. Jego kontrakt opiewał na około 2,5 miliona euro rocznie i był najwyższy w całej historii A-League (nawet wyższy, niż niegdyś dostawał Del Piero). Na część tej kasy zrzucała się nawet sama liga, bo tak ważna postać dla australijskiego futbolu podnosiła marketingową wartość całych rozgrywek. W odniesieniu do polskiej ekstraklasy taka kwota robi wrażenie, bo przecież trzykrotnie przekracza wynagrodzenie najdroższego ligowca, Artura Jędrzejczyka, którego szukająca oszczędności Legia usilnie stara się teraz pozbyć.

Warto jednak zaznaczyć, że każdy australijski klub może zatrudnić jedynie dwóch graczy bez limitów płacowych (tzw. marquee players) oraz jednego dodatkowego, na zasadach kontraktu gościnnego (nie może zagrać więcej, niż 14 meczów w lidze). A cała reszta podlega tzw. Salary Cap, które jest rozwiązaniem znanym między innymi z amerykańskiej MLS.

U nas wkurzamy się, że PZPN narzuca klubom limity obcokrajowców spoza UE, przez co te nie mogą w optymalny sposób kompletować zawodników. W Australii regulacje wykraczają znacznie dalej, bo dotyczącą także finansowania. Zawodnicy z tej podstawowej kadry zespołu, która musi liczyć od 20 do 23 graczy (maksymalnie 5 obcokrajowców), łącznie mogą zarabiać nie mniej, niż równowartość 1,6 miliona euro w roku oraz nie więcej, niż 1,9 miliona euro. I te widełki można sobie tylko nieznacznie rozszerzyć poprzez na przykład wspieranie młodzieżowców. A wszystko po to, by – jak da się przeczytać na oficjalnej stronie ligi – zapewnić równość pomiędzy klubami oraz zwiększyć atrakcyjność rywalizacji.

Żeby nie było cwaniakowania, wyznaczono też indywidualną płacę minimalną, która – także w ujęciu rocznym – dla zawodników poniżej 20. roku życia wynosi 30 tysięcy euro, a dla tych starszych 40 tysięcy euro. Co to oznacza? Gdyby jakiś klub zatrudnił sobie 19 chłopa na pensji minimalnej (19 x 40 000 euro = 760 000 euro), to na tego dwudziestego kozaka mógłby przeznaczyć maksymalnie 1,15 miliona euro. Ale to oczywiście przykład ekstremalny, który tylko pokazuje, jak ciężko w Hyundai A-League skompletować wyrównany i naprawdę silny zespół.

Reklama

Najlepszy piłkarz poprzedniego sezonu i klubowy kolega Adriana Mierzejewskiego, Milos Ninković dopiero latem przeszedł na jeden z dwóch nielimitowanych kontraktów dla marquee players w Sydney FC. Wcześniej jego pensja musiała się zmieścić we wspomnianych widełkach, więc wielkich kokosów z pewnością nie miał. Inna sprawa, że w Australii Salary Cap jest bardziej krytykowane z powodu płac minimalnych. Średnia pensja w lidze oscyluje bowiem w granicach 80-90 tysięcy euro rocznie, przez co w zgodnej opinii lokalni piłkarze (których w każdym klubie musi być minimum 15) są mocno przepłacani. Co więcej, właśnie z tego powodu w większości przypadków nie opłaca się im wyjeżdżać zagranicę.

Zainteresowanie

W zeszłym sezonie – w jego zasadniczej części – frekwencja na australijskich stadionach (i na jednym nowozelandzkim) nie powalała. Jedynie w Melbourne na mecze przychodziło średnio ponad 20 tysięcy widzów. Średnia całej ligi wyniosła niewiele ponad 12 tysięcy osób na meczu, co oczywiście jest lepszym wynikiem niż w naszej ekstraklasie (niewiele ponad 9,5 tysiąca). Trudno jednak porównywać 10-drużynową ligę, gdzie gra się 27 kolejek i króciutką fazę finałową (łącznie tylko 5 meczów) z naszymi rozgrywkami. W Polsce skrajnie rozbudowane rozgrywki wręcz wymuszają niższe średnie, ale za to frekwencja łączna wygląda dużo bardziej okazale (2,8 miliona osób przy 1,8 miliona w Australii).


Sezon zasadniczy 2016/17, screen z worldfootball.net.

Nie jest też tak, że w A-League kibice są ograniczani przez pojemność stadionów. Przeciwnie, w samym Sydney mamy obiekt 83,5-tysięczny oraz 45,5-tysięczny. Natomiast w Melbourne stoi stadion na przeszło 53 tysiące miejsc. W większości przypadków ten potencjał jest jednak niewykorzystywany, a trybuny święcą pustkami. Rekord frekwencji padł w zeszłym sezonie, na inaugurację, w derbach Sydney – na ANZ Stadium stawiło się 61 880 osób:

Być może lepszym punktem odniesienia będzie tu rynek telewizyjny. Przychód ekstraklasy z tytułu transmisji TV wyniósł w zeszłym sezonie równowartość ok. 37 milionów euro, podczas gdy w Australii było to zaledwie 25,5 milionów euro. W tym kontekście niespecjalnie dziwi, że zeszłoroczny finał rozgrywek pomiędzy Sydney FC i Melbourne Victory w telewizji FOX SPORTS obejrzało pół miliona widzów, podczas gdy u nas mecz 37. kolejki zeszłego sezonu pomiędzy Legią i Lechią w TVP2 zobaczyło 1,1 miliona osób.

Jasne, nasz rynek jest sporo większy, ale też wartość pieniądza znacznie się różni w obydwu krajach. Innymi słowy, droższy kontrakt finansowy w ekstraklasie mimo wszystko obnaża marketingowe ubóstwo całej oferty Hyundai A-League.

Pozycja w Azji

Liga australijska, jako członek AFL (azjatyckiego odpowiednika UEFA) obecnie plasuje się na ósmym miejscu w rankingu – tuż za ligą irańską i tuż przed liga uzbecką. Czołowa dziesiątką wygląda tak:

Jeszcze w 2014 roku międzynarodowa sytuacja Australii prezentowała się znacznie lepiej, zwłaszcza w kontekście faktu, że Western Sydney Wanderers triumfowało w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Później było już tylko gorzej, bo australijskie zespół nie potrafiły już dobić się do czołowej ósemki turnieju, a w 2015 i 2017 nawet do czołowej szesnastki, zgodnie odpadając już w fazie grupowej. W minionej edycji Adelaide United dało się wyprzedzić w 4-drużynowej grupie zespołom z Chin i Korei, Western Sydney Wanderers zespołom z Japonii, Chin i Korei, a Brisbane Roar zespołom z Japonii, Tajlandii i Korei. Mając na uwadze, że prestiż i jakość Azjatyckiej Ligi Mistrzów nijak ma się do tej w wydaniu UEFA, tego typu wyniki z pewnością nie wystawiają pozytywnej laurki także samej Hyundai A-League.

Piłkarze i transfery

Liga australijska swego czasu potrafiła przyciągać wielkie nazwiska, jak Alessandro Del Piero, David Villa, Juninho Paulista, Harry Kewell, Dwight Yorke czy ostatnio Tim Cahill. Nigdy jednak nie robiła wielkich transferów pod względem wysokości kwoty odstępnego. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby klub z A-League wyłożył na zawodnika równowartość miliona euro, co rzecz jasna nie oznacza, że do ligi nie trafiają wartościowi zawodnicy. Inna sprawa, że australijskie kluby nie zarabiają kroci na transferach – rekordem wciąż pozostaje sprzedaż Matthew Spiranovicia do Chin z 2015 roku za niespełna półtora miliona euro. A przez to możliwości poruszania się po rynku transferowym stają się mocno ograniczone.

Inna sprawa, że – jeżeli wierzyć portalowi transfermarkt.de – drugim najbardziej wartościowym piłkarzem ligi jest właśnie Adrian Mierzejewski, którego wycenia się na 2,5 miliona euro. Więcej warty jest tylko drugi strzelec tego sezonu, 31-letni Ross McCormack z Melbourne City (5 milionów euro), który wcześniej zasłynął z 333 meczów i 120 goli w Championship. Czołowi strzelcy poprzednich rozgrywek to 32-letni Besart Berisha z Melbourne Victory, który przed laty m.in. rozegrał przesiedział sezon w Bundeslidze na ławce HSV oraz 30-letni Bruno Fornaroli z Melbourne City, który zaliczył 6 spotkań w Serie A oraz ma na koncie rundę w lidze greckiej oraz na zapleczu ligi hiszpańskiej.

To, co rzuca się w oczy, to właśnie zaawansowany wiek zagranicznych gwiazdek, które – często korzystając z puli dla marquee players – dorabiają sobie wśród kangurów do emerytury. Kolegami Mierzejewskiego z Sydney FC na nielimitowanych kontraktach są Bobo (33 l.), który w 192 meczach ligi tureckiej sieknął 78 goli oraz Milos Ninković (33 l.), który sporo grał dla Dynama Kijów (także w Lidze Mistrzów) oraz znacznie mniej we Francji w barwach Evian. Inne znane nazwisko to Diego Castro (35 l.) z Perth Glory, który zaliczył 225 meczów w La Liga oraz strzelił w niej 44 goli. Ale też ich wszystkich historycznym bilansem zamiata wspominany już Tim Cahill (38 l.) z 226 meczami i 56 golami dla Evertonu w Premier League.

Reprezentanci

Gdyby Adrian Mierzejewski otrzymał powołanie od Adama Nawałki, byłby swego rodzaju rodzynkiem w całej lidze. A to dlatego, że spośród obecnych reprezentantów kraju, czyli piłkarzy, którzy na przestrzeni ostatnich miesięcy złapali powołanie do kadry i zaliczyli w niej jakiś występ, próżno szukać piłkarzy spoza Australii i Nowej Zelandii. Ale też pamiętajmy, że ta pierwsza ekipa wystąpi latem na mundialu w Rosji. Szanse na wyjazd mają więc Mark Milligan i James Troisi z Melbourne Victory oraz Joshua Risdon z Western Sydney Wanderers. A to oznacza, że wciąż istnieje pewne prawdopodobieństwo, że na rosyjski turniej pojedzie więcej reprezentantów A-League niż polskiej ekstraklasy. To jednak kolejny już aspekt, przy którym pojedynek łeb w łeb z naszą ligą nie przynosi splendoru australijskim rozgrywkom.

* * *
Płace, frekwencja, gra na arenie międzynarodowej czy poziom sprowadzanych piłkarzy – w żadnym z tych aspektów Hyundai A-League znacząco nie odstaje od naszej polskiej ekstraklasy. I właściwie bardzo ciekawe byłyby starcia drużyny Mierzejewskiego z Legią, Lechem czy Górnikiem, bo wydaje się, że mimo wszystko każde rozstrzygniecie byłoby w nich możliwe.

Inna sprawa to fakt, że gdyby to w naszej lidze pojawił się gość ewidentnie w gazie, który w 13 meczach strzeliłby 8 goli, a kolejne 4 wypracował, to z pewnością wszyscy apelowaliby o szansę w kadrze. I, niezależnie od faktycznej siły ligi australijskiej, wydaje się, że Mierzejewski na takową w ostatnim czasie sobie zasłużył.

MICHAŁ SADOMSKI

Najnowsze

Boks

Okolie niczym mroczny lord, Różański załamany po klęsce. Reportaż z Rzeszowa

Szymon Szczepanik
1
Okolie niczym mroczny lord, Różański załamany po klęsce. Reportaż z Rzeszowa

Komentarze

62 komentarzy

Loading...