Reklama

„Teraz chcę już walczyć z Niemcami”. Historia Hanny Szczepanowskiej

redakcja

Autor:redakcja

30 września 2017, 17:42 • 22 min czytania 11 komentarzy

– Miałam mieć dyżur w punkcie obserwacyjnym od siódmej, ale ktoś mi przybiegł powiedzieć, że jednak zmiana dopiero o ósmej. Kwadrans później w budynek trafiło działo, wszystko legło w gruzach – opowiada Hanna Szczepanowska, ps. „Heban”, uczestniczka Powstania Warszawskiego, która przez pełne 63 dni pozostawała w Warszawie, którą opuściła dopiero z kapitulującym wojskiem. 

„Teraz chcę już walczyć z Niemcami”. Historia Hanny Szczepanowskiej

***

Walkę rozpoczęła pani jako dziesięciolatka od… kleju.

Syndetikon. Przedwojenny klej, bardzo mocny. Faktycznie, to był absolutny początek mojej całej działalności, to miało bardzo dziecinny i infantylny charakter. Po prostu chodziłam do niemieckich domów i smarowałam im klamki tym klejem, żeby chociaż tak dokuczyć. Starałam się jednak dojrzewać i cały czas rozwijać, jeszcze przed pójściem do gimnazjum dołączyłam do harcerstwa na ulicy Lekarskiej, bodajże pod numerem 23. Tam był dom patriotyczny, w którym młoda, pewnie 18-letnia dziewczyna, zaczynała organizować pierwsze zastępy harcerskie. Potem przeszłam już do drużyny zorganizowanej przy gimnazjum, tam zostałam zastępową a następnie przyboczną. Złożyłam też przyrzeczenie harcerskie. Przygotowywałam się do tego w ten sposób, że razem z dwiema innymi kandydatkami chodziłyśmy na spotkania z poszczególnymi zastępami. Każdy zastęp miał prawo w dowolny sposób nas krytykować, natrząsać się i wyśmiewać, my zaś nie mogłyśmy w żaden sposób na to odpowiadać. To miało wykazać wszystkie nasze wady i skłonić do przemyśleń – jak możemy się rozwijać, jak doskonalić. Przyszedł dzień przyrzeczenia. Byłyśmy zakwaterowane w mieszkaniu drużynowej, rano pierwsza msza była poświęcona nam, potem wróciłyśmy do mieszkania, z czerwonej bibułki i latarki wykonano „ognisko”. O mundurkach nie było mowy, ale byłam w białej bluzeczce. Złożyłyśmy przyrzeczenie, dostałam krzyż. Biegnę sobie do domu.

W przeciwieństwie do komuny, podczas okupacji można było się wykupić. Jeśli kogoś złapali – czasem wystarczyła łapówka, by uwolnić zatrzymanego. Mój ojciec wprowadził więc w domu zarządzenie – nie wolno wam się spóźniać. Zawsze mówić, gdzie jesteśmy, kiedy wrócimy. Najmniejsze omsknięcie tej godziny będzie już sytuacją alarmową, że trzeba was szukać. A tu ja gdzieś nocuję, na drugi dzień przybiegam rozćwierkana. Otwieram drzwi i już widzę po minie ojca – będzie awantura. Ale był wielkim dżentelmenem, najpierw zdejmuje mi kubraczek i wiesza na wieszaku. Odwraca się… Na białej bluzce krzyż harcerski. Wziął mnie na ręce, przeniósł do gabinetu, usiadł na przeciwko i zapłakał. To był moment, który uświęcił ten mój krzyż i scena, której nigdy nie zapomnę.

Reklama

Natomiast przygoda z harcerstwem szybko przestała mi wystarczać. Miałam łączność z komendantką hufca. Po jakimś czasie zameldowałam się u niej i mówię: teraz to ja już bym chciała walczyć z Niemcami. Proszę mnie ustawić w takim miejscu, żebym prowadziła walkę w sposób rzeczywisty. Już się wszystkiego nauczyłam, nazdobywałam sprawności, namalowałam znaki Polski Walczącej, składałam kwiaty pod Pomnikiem Sapera, teraz chcę walczyć. Przyjdę za 2 tygodnie.

Po dwóch tygodniach komendantka powiedziała mi, że niestety nie ma dla mnie żadnej propozycji, na co ja odparłam, że zawieszam swoją działalność w harcerstwie, powrócę do niej po wojnie, teraz zaś poszukam organizacji, która umożliwi mi czynną walkę. Tak się zresztą stało, do dziś jestem członkiem ZHR-u.

Tak trafiła pani do grupy wywiadowczej. 

Znalazłam przez znajomych grupę nazywaną szpiegowską. To ja teraz będę szpiegiem! Wysłali mnie do szpitala na Wolę, miałam tam szukać jakiegoś rannego wujka, volksdeutscha z Łodzi, Mullera. Chodziło zaś o to, żeby obejrzeć liczbę wjazdów i uzbrojenie posterunków przy każdym z tych wjazdów. Poza tym w mieszkaniu na Filtrowej prowadzono szkolenia wywiadowcze, co mi wolno, czego nie wolno, jakie mam zadania. Sporządzałam sobie z tego notatki, które następnie powtarzałam w domu. I raz właśnie przy kolacji, siedzimy całą rodziną, mama, tata, ja i brat, każdy coś tam sobie czyta. Prądu nie było, więc byliśmy ciasno zgromadzeni przy lampie karbidowej. Ojciec stanął za moimi plecami – mogę przeczytać, czego się uczysz? Oczywiście. Ale to nie były moje lekcje, tylko szpiegowskie notatki. On jak to zobaczył… Zaraz, chwileczkę. To ty po to w harcerstwie uczyłaś się, jak służyć wolnej Polsce, co sobą trzeba reprezentować, by stanowić dla wolnej Polski wartość, żeby teraz zajmować się kłamstwami i krętactwami? Co ty będziesz miała niepodległej Polsce do zaproponowania? No to ja w płacz. Ojciec przecież zawsze ma rację. Wycofałam się z tego.

Po dwóch miesiącach wpadli. Nie żyje z tej organizacji nikt poza mną.

Pani zaś złapała kontakt z partyzantami.

Reklama

Tak, wymyśliłam, że skoro nie będę szpiegiem, to będę partyzantem. Miałam znajomych, którzy oferowali mi przejazd do Kampinosu i dołączenie do oddziałów. Zwierzyłam się z tego bratu, że zaraz wyjeżdżam. I wtedy z kolei on wygłosił przemowę. Czyś ty zwariowała? To mnie zostawiasz pod maminą spódnicą? Jak zginę na ulicach Warszawy to będziesz miała mnie na sumieniu do końca życia. Ja znowu w płacz. Andrzej patrzy, pyta: to możesz chcesz być w tym oddziale, co ja? Uniosłam głowę: a broń mają? No mają. To może być. Co prawda ja broń tylko przenosiłam z miejsca na miejsce, ale pół roku przed powstaniem zostałam oficjalnie zaprzysiężona w gabinecie mojego ojca. Zostałam żołnierzem Armii Krajowej, znalazłam się u „Żywiciela”. Byłam łącznikiem 244. plutonu u majora „Żmii”. 31 lipca wezwano mnie na sąsiednią ulicę, tam spałam na schodach magazynu broni i czekałam, co dalej. Moim zadaniem było czuwanie nad łącznością naszego plutonu. W nocy, mimo godziny policyjnej, przedostał się do nas goniec. „Hanka, lecisz rano, tuż po godzinie policyjnej, po wszystkich chłopakach, zaczynamy o 17.00”. Tak zrobiłam, obleciałam całą Warszawę, dosłownie, byłam na Szczęśliwicach, byłam na Grochowie, na Bemowie. Cała Warszawa. Przybiegłam w końcu do domu. Brat miał pecha – pojechał do lasów lubelskich po broń i amunicję i nie zdążył wrócić, stał przez powstanie z drugiej strony, to była dla niego duża tragedia. Mnie przyszło pożegnać rodziców. Miałam przygotowaną apteczkę, zabrałam wszystko, powiedziałam, że o 17.00 zaczynamy. Mama dała mi tylko rękę do ucałowania, jakbym wychodziła do szkoły, w ogóle bez wzruszenia, bez drgnięcia powieki. To też ciekawe, bo po wojnie, gdy sama już byłam matką, zapytałam ją: jak się wtedy czułaś, gdy wypuszczałaś swoją 15-letnią córkę na wojnę? Ona popatrzyła na mnie tak gniewnie: po pierwsze byłam dumna. Po drugie zawsze mówiłam, że dzieci nie są moją prywatną własnością, tylko Polski i się je oddaje, kiedy potrzeba. Dziwię się, że stawiasz takie głupie pytania. Tak zaczął się ten pierwszy dzień.

Pierwszy dzień i od razu pierwsze zatrzymanie.

Było sporo falstartów, strzelaniny rozpoczynały się przed 17.00. Od strony ulicy Marii Kazimiery była jedna z takich strzelanin. My chciałyśmy się wobec tego schować w jakimś mieszkaniu. Wchodzimy, wyglądamy przez okno, a tam Niemcy już idą od tyłu budynku. Chcieli zobaczyć jak wygląda zaplecze ich koszar i jak się zachowują ludzie w pierwszym dniu powstania. Wtargnęli do tego mieszkania, w którym siedziałyśmy. Od razu zdjęłyśmy z patrolową opaski i stałyśmy się dwiema cywilnymi dziewczynami. Oni przeprowadzili nas przez te swoje koszary i na Słowackiego nas wypuścili. Pierwszy dzień powstania i od razu w rękach Niemców. Potem jeszcze dwa razy mnie zatrzymywali, a kolejne kilka otarłam się o śmierć w inny sposób. Coś niesamowitego. Wtedy, w pierwszych dniach, jeszcze przez chwilę prowadziłyśmy działalność sanitarną, ale potem stworzyło się tak olbrzymie zamieszanie, że nawet nasz dowódca nie wiedział, jak będzie wyglądała sytuacja na koniec dnia. Powiedział, że na razie nie wydaje żadnych rozkazów, nie bierze odpowiedzialności, kto chce – może odejść. My więc przemaszerowałyśmy na Stare Miasto i dalej, na Śródmieście. Po drodze jeszcze znów Niemcy – hande hoch! Ja burknęłam pod nosem, że nie będę żadnemu Niemcowi rąk podnosić, ale koleżanka mnie kopnęła w kostkę, żebym się nie wygłupiała. Nie zatrzymali nas, przeszłyśmy. I właśnie na Starym Mieście, po 5 latach, wreszcie zobaczyłam polską flagę w oknie. Do dziś, gdy tamtędy przechodzę, zawsze patrzę w to okno. To było coś niespotykanego, jaką radość przyniósł mi taki drobiazg.

Dotarłam do „Pasieki”, czyli głównej kwartery harcerstwa. Zgłosiłam się do Orszy-Broniewskiego i znów stałam się harcerką.

W tym momencie jednak harcerstwo wyglądało już trochę inaczej. 

Zupełnie inaczej! Byłam przede wszystkim łącznikiem w poprzek alej Jerozolimskich. Wcześniej pracowałam w punkcie obserwacyjnym oraz przy obsłudze centrali telefonicznej. Najbardziej niebezpieczna była ta rola łącznika, o której zresztą słyszałam już wcześniej straszne opowieści, przede wszystkim o tym przekraczaniu alei. Pamiętam pierwsze przejście. Siedziałam w nocy pod drzwiami dowódcy, miałam dyżur. O czwartej mnie wywołują: Hanka, idziesz przez aleje. Teraz jak czasem dzieci mnie pytają na spotkaniach, czy się czegoś bałam, to zawsze podaję ten przykład. Zęby mi dzwoniły. Jedno z moich najmocniejszych przeżyć. Jak Donald Trump przyleciał do Polski i w swoim przemówieniu poruszył ten temat, to ścisnęło mnie w gardle. Ogromne wrażenie na mnie zrobiło, że zamieścił taki szczegół, przecież nas, gońców utrzymujących łączność po obu stronach, było kilku. Nie wiem, kto mu podpowiedział, ale to było dla nas bardzo ważne.

Nie wiadomo było, czego się spodziewać. Niemcy co rusz przepuszczali tamtędy kolumny czołgów. Z obu stron były wykute dziury, które prowadziły do sutereny, tam był szlak, który powinni przebywać łącznicy. Przy moim pierwszym przebiegnięciu nikt mi jednak nie powiedział, że te dziury nie są naprzeciw siebie, tylko trzeba do nich biec pod pewnym kątem. Ja przeszłam prostopadle i… mur. Parterowe okna, ale nie ma jak tam wejść! Przeczołgałam się do bramy, która była z obu stron zaasekurowana workami z piaskiem. Udało się tam przecisnąć. Innym razem bardzo długo czekałam, by Niemcy przestali strzelać, żeby można było przejść na drugą stronę. Ale od Marszałkowskiej weszli Niemcy i zgarnęli wszystkich obecnych – cywilów i pomiędzy nimi też mnie, czekającą na okazję do przejścia na północ. Okazało się, że byliśmy im potrzebni do tej głośnej akcji, jaką było prowadzenie ludności cywilnej przed czołgami. Zagonili nas wszystkich, uformowali w kolumnę i puścili przed ich pojazdami, alejami w stronę Muzeum Wojskowego, w stronę Wisły. Co 5-6 metrów szedł konwojent, pomiędzy poszczególnymi konwojentami była przerwa. Idziemy tak już dłuższą chwilę, dochodzimy do skrzyżowania z Bracką. Patrzę – nasza barykada! Pomyślałam, że albo teraz, albo nigdy. Ten jeden mnie minął, następny był kilka metrów dalej, to ja myk, za plecami. I jestem przy barykadzie. Ten bliżej mnie oddał jeden strzał, ale najwyraźniej uznał, że nie ma sensu uganiać się za dzieciakiem, gdy eskortuje o wiele więcej osób. Na barykadzie krzyczą: podaj hasło! Czekałam na przejście całą noc, a hasła zmieniały się co 24 godziny. Zaryzykowałam, podałam stare. Wystarczyło, wpuścili. To były momenty, gdy w ogóle się nie zastanawialiśmy nad działaniem. Wiadomo było, że robimy tylko tak, jedynie w ten sposób, że nie da się inaczej. Zastanawiając się i analizując, pewnie nie zdecydowałabym się na ucieczkę.

Jak wyglądały te kontakty z ludnością cywilną?

Pierwszy przykład jest moim zdaniem dość wesoły. Miałam trzy znajome, starsze kobiety, można powiedzieć: babcie. Czasem podrzucały mi jakieś jedzenie. Któregoś dnia, już w powstaniu, jedna do mnie mówi: „Hanuśku, masz tu dwa złote osiemdziesiąt groszy, idź na Bracką pod siódmy do ZOO i kup mi jedzenie dla rybek”. Nie mogła uwierzyć, że tego sklepu, ba, tego domu już nie ma. Znamienne i bardzo charakterystyczne, że do nich nie docierało, co się dzieje w całej Warszawie. Natomiast stosunek do nas, do powstańców i Powstania się zmieniał.

Stanisław Rumianek ładnie to podsumował – gdy wychodzili z kanałów na Śródmieściu po ewakuacji ze Starego Miasta, byli witani jak bohaterowie, bo tyle dni trzymali Niemców na dystans od Śródmieścia. Ale gdy Niemcy przeszli dalej, zostali uznani za winowajców całej sytuacji, bo „ściągnęliście ich tutaj”. 

Dopóki domy stały, w każdej bramie stał kocioł z zupą. Ludność cywilna jeszcze nie siedziała w piwnicach, tylko gotowała nam z własnych zapasów jedzenie, żeby chociaż tak wesprzeć powstanie. Byli bardzo serdeczni, ciągle nam za coś dziękowali. Potem musieli zejść do piwnic, więc przestali gotować. Jeszcze później zaczęły się pretensje. Na samym końcu zaś obwiniali nas o zburzenie Warszawy, o sprowadzenie na miasto tego kataklizmu. Obwinianie zamieniło się we wściekłość. Myślałam, że przy pierwszej okazji będą wobec nas wrodzy i agresywni. Bardzo się tego bałam szczególnie po kapitulacji. Ja wychodziłam z Warszawy z ulicy Złotej. Uformowana kolumna, wyjątkowo zdyscyplinowana, skupiona. Warunki kapitulacji były takie, że wychodziliśmy z bronią. Ja co prawda karabinu żadnego nie miałam, ale na Wilczej, podczas gonitwy po piętrach i pokojach w kamienicy, znalazłam – czyli zdobyłam! – bagnet Hitlerjugend. Traktowałam go jako swoją oficjalną powstańczą broń. Wtedy też z pełną mocą zrozumiałam, jak kompletnie różni się mentalność żołnierza z bronią od tego rozbrojonego. Szliśmy dumnie, byliśmy mocni, mimo kapitulacji. Złota była długa, prościusieńka, doskonała widoczność aż do ulicy Towarowej. I maszerujemy. Lewa, lewa, lewa! Na wysokości kina Palladium stał ksiądz, który nas błogosławił, więc jeszcze bardziej to nas umocniło. Nagle patrzymy do przodu, a tam ciemno po obu stronach ulicy, widać tylko wystające łebki z całej masy ludzi. Rozprzestrzeniła się wśród nas atmosfera straszliwego lęku. A co jeśli będą na nas pluć? Jeśli będą nas wyzywać? Rzucać w nas cegłami? Wszystko na oczach Niemców? Byliśmy przerażeni, ale wciąż szliśmy zdyscyplinowani i dumni. Lewa, lewa! Przez cały szpaler przeszliśmy jak wojsko. A ludzie… Dziękowali nam. Modlili się. Płakali. Błogosławili. A my dalej: lewa! Lewa! Lewa!

Tak nas doprowadzili do Towarowej, potem do Grójeckiej i do placu Narutowicza. Tam w Domu Akademickim zostawiliśmy broń. Wychodziliśmy drugą stroną, już bez broni. Dobrze, że nas wtedy ludność cywilna nie widziała. My już nie byliśmy żołnierzami. Uleciał cały duch. Szliśmy jak flaki, jak byle co. Ja wzięłam dwie osoby pod rękę, szłam i spałam. Dopiero mnie obudziło uderzenie w rękę, właściwie oparzenie, bo ktoś mnie budził gorącym garnkiem zupy. Tak to wszystko zapamiętałam, że mimo pretensji, mimo żalu, widząc uzbrojone wojsko, dumne, godne – dziękowało za próbę wyzwolenia Warszawy. Trzeba pamiętać o tym, jak zmieniał się ten stosunek, ale też jak wyglądało to na końcu. Jaką jedność z nami czuli warszawiacy. Trudno się dziwić, że oni się wściekali, że stracili swój dobytek, swoje mieszkania. Ale nie rzucali w nas przez to kamieniami, a naprawdę, nawet takich rzeczy się spodziewaliśmy zbliżając do szpaleru po kapitulacji.

Równolegle przecież rosła nienawiść do Niemców, dodatkowo zignorowano rozkaz Fischera dotyczący budowy umocnień. 

Te wszystkie przyczyny potwierdzają, że decyzja o powstaniu była nieunikniona. Gdyby nie zorganizowany wybuch jednego dnia, o jednej godzinie, prawdopodobnie mielibyśmy szereg mniejszych zrywów, aż powstanie wybuchłoby samoczynnie. A wtedy byłoby dużo gorzej. Nie wiadomo też, czy nie byłoby siłowego naboru do budowy niemieckich umocnień, co zabrałoby wielu żołnierzy AK. Moim zdaniem nie było innej drogi.

iD10ibY - Imgur

***

Miałam punkt obserwacyjny na Prudentialu. Miałam tam iść na siódmą, zmienić kolegę. Przybiega łącznik: „Hanka, dyżur jednak od ósmej, zmiana”. No to ja siedzę dalej na swoim stanowisku. Mija kwadrans, a w budynek uderza działo kolejowe, wszystko legło w gruzach, dosłownie zwinęło się w kłębek, razem z tym kolegą, który tam dyżurował. Nie było nawet po co tam wchodzić. Innym razem idę Świętokrzyską, leci granat. Wybuch był tuż przy mnie, dwa tygodnie chodziłam głucha. Ale odwracam się za siebie, a trzy sanitariuszki już nie żyją. Dalej, jestem w kwaterze głównej u Orszy. Przychodzi chłopak ze Starego Miasta po amunicję, potrzebuje cztery wiadra i przewodnika. No to ja się zrywam, ja chcę, ja. On spojrzał – znajdź sobie buty i sweter to pójdziesz. Znalazłam buty, trzy numer za duże, ale porządne, zresztą doszłam w nich do obozu. Melduję się, że mam już buty, swetra nie mam, ale sobie poradzę bez niego. Dowódca mówi: za późno, Jadzia poszła.

I Jadzia nigdy z kanałów nie wyszła.

Jak zebrałam sobie to wszystko… Bozia chyba miała wobec mnie plan. Stwierdziłam, że to mnie do czegoś zobowiązuje. Jest takie szaroszeregowe hasło, którego mocno się trzymam. „W służbie Bogu i Polsce, czuwaj”. Uważam, że to mnie ciągle obowiązuje, jestem ciągle na służbie, w tej chwili też, opowiadając i przekazując swoje refleksje.

***

Obóz, w którym spędziłam większość czasu to stalag, dokładnie VI C. Oberlangen. Obóz jeniecki, a więc na nieco innych zasadach, niż obozy koncentracyjne. Nie wiem, czy w historii wojska na całym świecie gdzieś istniał podobny – bo to był wojskowy obóz wyłącznie dla kobiet. Natomiast ja staram się nie użalać nad swoim ówczesnym położeniem – byliśmy jeńcami wojennymi, co w pewien sposób obowiązywało Niemców. Dostawaliśmy kocią zupę. Były apele, na których nas ciągle liczyli, ale nie było bicia. Urządzałyśmy zawody lekkoatletyczne. Były wśród nas nauczycielki, więc bywały lekcje geografii czy matematyki. To były rzeczy, które miały ratować stracony czas, dla takich młodych osób jak ja. Wiem dużo na temat obozów koncentracyjnych, moja mamusia była w Ravensbruck, tatę zamęczyli 12 kwietnia, dokładnie wtedy, kiedy ja odzyskałam wolność. W porównaniu z tym, co oni przeżywali – mój stalag był jedynie zniewoleniem człowieka, bez bestialstwa. Nie opowiadałabym więc za dużo o okrucieństwie w obozach jenieckich, bo takiego nie było. Jedyny moment, gdy zrobiło się niebezpiecznie to przeniesienie do Bergen-Belsen.

Ze stalagu do obozu koncentracyjnego.

Czyli z miejsca, które dawało pewną ochronę do ciężkiej pracy. Naszej komendantce Niemcy rozkazali wyznaczyć 80 osób do wysyłki na roboty. Ewa zrobiła apel i ze zdławionym gardłem wyliczała dziewczyny, które miały pojechać. Prawdopodobnie wybierając te, które były najbardziej na siłach. Ja też znalazłam się w tym gronie. Nic to nadzwyczajnego, ale praca była z kilofami, przy torach kolejowych. Przy moich piętnastu latach z tym ciężkim kilofem szło to trochę opornie. Natomiast zapamiętałam z tamtego okresu dwie sytuacje. Prowadzono nas do pracy o 6 rano. Nie miałyśmy na sobie mundurów, ale nosiłyśmy opaski, które traktowałyśmy właśnie jako powstańczy mundur – mogłyśmy je nosić jako jeńcy wojenni. Idę, najmniejsza, na samym końcu. Naprzeciw grupa niemieckich robotników idzie do swojej pracy. Zbliżają się do nas i jeden z nich nerwowo się zatrzymuje. Nerwowo i szybko otwiera teczkę, wyciąga swoje śniadanie i mi je oddaje. Niemcy zamordowali mi ojca, zrównali z ziemią dom, ale biorę pod uwagę też takie zachowania, przejawy ich człowieczeństwa. Druga sytuacja to z kolei leczenie przez kolegę z harcerstwa, który po wojnie został lekarzem w Paryżu. Usłyszał mój zachrypnięty głos. Dzieliło nas sporo: był nasz barak, ścieżka, po której chodził wartownik, odrutowanie mojego obozu, kawałek przerwy, odrutowanie drugiego obozu, druga ścieżka i dopiero jego barak. On zdobył skądś lekarstwa i kawałki gazet, w które je zawijał. Gdy przechodzili wartownicy, przerzucał wszystkie te zasieki do mnie.

Potem wróciłam do stalagu. 12 kwietnia nie było apelu. Ja już zdenerwowana – no co tutaj się dzieje? Wychodzę, nie ma Niemców na wieżyczkach. Patrzę – na bramie obozu przymocowana biała flaga. Podeszłam, zerwałam kawałek. Napisałam: 12 kwiecień, szmata poddania szwabów. Mam to do dzisiaj i jest to chyba jedyna taka pamiątka w całej Polsce. Mam zresztą też legitymacje jenieckie, powstańcze, wszystko nosiłam w bucie i przetrwało to wojnę. Minęło kilka chwil – żołnierze. Ja już w gimnazjum uczyłam się angielskiego, więc gdy tylko zobaczyłam czołg rozwalający bramę obozu od razu pobiegłam w tamtym kierunku. Wysiada żołnierz, wyjął z kabury pistolet, strzelił na wiwat. Ja od razu: welcome, dear friends! A on na to: dziewczyno, my Polacy. Nawet mi przez głowę nie przeszło, że tam mogą być moi rodacy. A oni mnie wyzwalali. W tym czołgu był pułkownik Koszucki, który napisał później wspomnienia: „Wjeżdżam do obozu pierwszym czołgiem, a naprzeciwko stoi mała dziewczynka i do mojego żołnierza zwraca się po angielsku”.

Powróciła pani do Polski, gdzie uniemożliwiono pani normalne studiowanie.

W PRL-u władze gorączkowo poszukiwały mojego ojca, który był oficerem pierwszej kadrowej, więc dla komunisty największym możliwym wrogiem, przeznaczonym do obdarcia ze skóry. Ciągle nie wierzyli, że on nie żyje, że nie przeżył obozu, ciągle dopytywali matki: „gdzie jest, gdzie jest”? Do tego doszła moja przeszłość w AK. Dlatego, gdy zdałam egzaminy na studia, na tablicy wyników znalazłam się wśród tych, którzy zdali, ale nie zostali przyjęci z powodu braku miejsc. Poszłam wtedy do profesora, który znał się z moim ojcem, zapytałam o moje stopnie: cztery, cztery plus, cztery i pół, pięć. No to ja gest Kozakiewicza: będę tym studentem, czy wam się to podoba, czy nie! Przez kilka miesięcy nikt z kolegów nie wiedział, że formalnie nie jestem studentką. Chodziłam na wszystkie wykłady, kolokwia i egzaminy. Zamiast indeksu, którego przecież nie miałam, brałam specjalne blankiety egzaminacyjne. Oficjalnie nigdzie nie figurowałam, ale w praktyce moja droga nie odbiegała od tej innych studentów. W końcu poszłam do dziekana, profesora Filipkowskiego. Naskarżyłam mu, opowiedziałam wszystko, a on nawet nie odezwał się słowem, tylko położył czysty arkusz papieru, swoje pióro wieczne i kazał pisać. Dyktował mi coś, ja nerwowo pisałam, nie pamiętam nawet, co tam było. Ale zostawiłam to pismo i po dwóch tygodniach miałam już swój indeks. Tak trzeba było z nimi walczyć, bo przecież to było planowe działanie na wyniszczenie nas, na zdewastowanie inteligencji. Nie miałam też, gdzie mieszkać. Wiele razy uczyłam się podróżując od pętli do pętli w tramwajach, na bilecie miesięcznym. Zmieniło się to dopiero, gdy brat wziął mnie na obóz studencki, na którym poznaliśmy takich zorganizowanych na czerwono chłopaków, którzy chcieli się popisać znajomościami. I faktycznie, załatwili mi dom akademicki na Polnej, choć to przecież brzmiało jak jakieś nieporozumienie, że warszawianka potrzebuje miejsce w akademiku. Wcześniej, żeby się spokojnie pouczyć, zostawał tramwaj. Czasem jeszcze takie sytuacje, jak pomieszkiwanie w domu starszej studentki, która gdzieś wyjechała. „Przepraszam, wiem, że Basia wyjechała, czy ja mogłabym spać na jej łóżku”? To był straszny okres. Zabrakło ojca. Zabrakło domu. Nie mieliśmy gruntu pod nogami, a do tego dochodziły jeszcze te trudności z dostaniem się na studia.

Moi poprzedni rozmówcy też zwracali na to uwagę. Niepoliczalny koszt PRL-u w postaci złamanych karier, nieukończonych studiów czy zahamowanych prac. 

I to był punkt ich strategii, konsekwentnie realizowany, nawet w najdrobniejszych szczegółach. Weźmy takie nauczanie śpiewu. Opowiem powstańczą historię: kiedyś przy wieczornym capstrzyku, już po modlitwie, nasz dowódca zwrócił się do moich kolegów – pobudka o czwartej, idziemy na pierwszą linię. Pomyślałam, że mnie na pewno nie wezmą w takie miejsce, ale chcę jak najdłużej być tam z nimi, chociaż przy ich wyjściu. Zerwałam się więc o czwartej, zbiegłam na dół, ustawiłam w szeregu, gdzieś na końcu i obserwuję. Przeczytano rozkaz i odśpiewano modlitwę: „o Panie Boże, Ojcze nasz w opiece swej nas miej”. To było śpiewanie… Głośne, bardzo głośne. Równiutkie. Żarliwe. Tam się rodziła jedność, wiara w zwycięstwo. To było coś tak ogromnego, że do dzisiaj czuję dreszcze. Wtedy zrozumiałam, jak ważny jest wspólny śpiew. Że to jest budowa siły. Kiedy po wojnie wróciłam do Warszawy okazało się, że w szkołach w ogóle nie ma lekcji śpiewu. Bo po co budować siłę, świadomość, wspólnotę. Dlatego ja teraz zawsze, na każdym spotkaniu mówię młodzieży: śpiewać. Wszyscy, razem, głośno. Mam takiego jednego młodego przyjaciela, teraz ma chyba ze 22 lata, z Chojnic. Kończy studia w Toruniu. Ma dużo rodzeństwa. Kiedyś dzwoni w okolicy Bożego Narodzenia – pani Haniu, akurat przyjechało do mnie rodzeństwo, czy my moglibyśmy przyjść? Dobrze, zapraszam. Wchodzi pierwszy, drugi, piąty. Nie podają mi ręki, tylko stają wokół choinki i zaczynają śpiewać kolędy. Trzy odśpiewali, równiuteńko, głośno. Pomyślałam: to jest siła. W tej rodzinie jest ogromna siła. I wiem, że się nie mylę, że ten śpiew wyzwala niemożliwe pokłady mocy. Miałam kilka spotkań z ludźmi z Ministerstwa Oświaty, staram się ich przekonać do moich pomysłów. Sytuacja sprzed paru dni. Leżę w szpitalu, kręcą się obok salowe, coś tam sprzątają. Dzwoni mój telefon, dzwonek: „Pierwsza kadrowa”. I jedna do drugiej: ty, pamiętasz, jak chodziliśmy na pochody pierwszomajowe to ta melodia grała. Ja mówię: tylko niech pani nie obraża Piłsudskiego. A ona: a co pani pamięta, jak pani pewnie nie chodziła na te pochody co ja.

Najwięcej śpiewa się chyba jeszcze w harcerstwie.

Nad którym patronat ma prezydent Andrzej Duda! Trzy lata temu, na 70-lecie powstania, harcerze-powstańcy otrzymywali taką złotą lilijkę oraz legitymację. Ja wzięłam tą swoją bodajże rok temu, siedzi pan prezydent. Pytam: pan jest harcerz? Tak. To ja pana odznaczę – i mu przypięłam tę złotą lilię. Dręczę zresztą, kiedy mogę, żeby tutaj też podjął więcej inicjatywy, bo sam fakt, że działają w Polsce cztery organizacje harcerskie jest nie do przyjęcia. Trzeba głębokich zmian. W gimnazjum im. Szarych Szeregów nie ma ani jednej drużyny harcerskiej! To boli.

Dlatego staram się obok upamiętniania dawnych historii szukać inspiracji dla kolejnych pokoleń. Nawet u siebie w domu wieszam na ścianach różne hasła – tuż przy wejściu jest na przykład dla polityków: „rządzić znaczy służyć”. Albo z pamiętnika, w którym gdzieś tam są złote myśli koleżanek typu: „na górze róże, na dole fiołki”. Pośród nich – wpis mojego ojca. „Najwięcej wymagaj od siebie, trochę mniej od najbliższych, od obcych nie wymagaj niczego”. Strasznie mi brakuje tych myśli ojca, dlatego staram się je wszystkie trzymać głęboko w sercu i w głowie. Kiedyś przyjechali do mnie harcerze. Trzydzieści dziewięć osób w mieszkaniu w bloku. Krzesła wyrzucili na balkon, usiedli na podłodze, głowa przy głowie. „Niech nam druhna powie, co jest w życiu najważniejsze”. Myślę wtedy  – mój Boże, jakie szczęście, młodzież myśli. Analizuje. Czyli cel tych chamów, którzy chcieli to zniszczyć, nie został osiągnięty. Trzygodzinna gawęda. Dużo pytań, dużo sprzeciwów, dużo uzupełnień wobec tego, co ja mówiłam. Fantastyczna sprawa. Ja jestem całkowicie oddana młodzieży, bo ona naprawdę szuka prawdy, sama z siebie. Trzeba na nich być otwartym i w głęboki, uczciwy sposób odpowiadać. Ja na pytanie, co jest najważniejsze, odpowiedziałam im – miej autorytet. Zweryfikuj go, udziel mu zaufania, jeśli się sprawdzi – trzymaj się go. Dla mnie takim autorytetem był ojciec, sprawdzony, godny zaufania. To był i jest drogowskaz dla mnie.

Inny jego wpis w tym samym pamiętniku. „Dużo myśl, mało mów, taka moja rada; człowiekowi pustych słów mówić nie wypada; cały dzień rechocze żaba, cały dzień sroka gada; córeczce nie wypada naśladować ptaka, gada; niechże więc przyświeca ci w twoim życiu taka zasada; dużo myśl, mało mów, taka moja rada”. Moim zdaniem musimy w ten sposób przekazywać wiedzę, postawy, wartości. Wiedział o tym choćby generał Anders, który wobec zdrady Polski w Jałcie wysłał Witolda Pileckiego do kraju, by tam działał i utrzymywał ducha narodu wśród ludzi. Jego historia, historia ks. Antoniego Czajkowskiego, wielu innych ludzi, którzy dbali o to, by przetrwała polskość świadczy o tym, że ta walka ma sens i jest słuszna. Ja też walczę, organizuję na przykład mszę, w tym roku 6 listopada, podczas której staram się przekazywać treści dotyczące charakteru Polaków. Uważam, że to mój obowiązek, podziękowanie za to, że przetrwałam.

ZASZCZYT WYSŁUCHAĆ MIAŁ JAKUB OLKIEWICZ

Najnowsze

Ekstraklasa

Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Jan Mazurek
4
Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Komentarze

11 komentarzy

Loading...