Reklama

W Polsce gramy dłużej i więcej niż w Niemczech i Włoszech. Doszliśmy do ściany?

Michał Sadomski

Autor:Michał Sadomski

30 maja 2017, 18:24 • 6 min czytania 51 komentarzy

Trwa dyskusja na temat formatu rozgrywek ligowych. Ekstraklasa wysłała do PZPN rekomendację, w której proponuje pozostanie przy 37 kolejkach i podziale na grupy, ale już bez podziału punktów. Związek z kolei rozpatrzył cały wniosek i odesłał z powrotem, żądając głębszej analizy oraz przedstawienia szerszego uzasadnienia proponowanych rozwiązań. Nie brakuje głosów, że cały system ESA37 po rezygnacji z podziału punktów traci swój sens, więc albo należałoby kontynuować granie na tych samych zasadach, albo skasować całość. Pytanie tylko, co wtedy? Powrót do 30 kolejek, a może powiększenie ligi do 18-zespołowej z 34 seriami gier?

W Polsce gramy dłużej i więcej niż w Niemczech i Włoszech. Doszliśmy do ściany?

Z pewnością przy każdym z rozwiązań znalazłyby się argumenty za i przeciw. Przede wszystkim warto się jednak zastanowić, jaka liczba meczów byłaby w naszych warunkach optymalna. ESA37 na pewno zmieniła jedną rzecz – dzisiaj już nikt nie twierdzi, że wyjeżdżający z naszej ligi piłkarze muszą się przyzwyczaić do większej intensywności spotkań i grania co trzy dni. Coraz częściej bowiem wyjazd do lepszej ligi oznacza przy okazji redukcję spotkań. Spójrzmy na przykładowego Karola Linnettego, który w zeszłym sezonie występował w Lechu, który rozegrał 57 spotkań, a w tym sezonie zakładał koszulkę Sampdorii, która rozegrała 41 spotkań. I w tym kontekście niespecjalnie dziwi, że Karol nie potrzebował wiele czasu na adaptację, tylko z miejsca rozegrał pełny sezon na wysokim poziomie.

Rzecz jasna różnica 16 spotkań pomiędzy Lechem z zeszłego sezonu i Sampdorią z obecnego nie wzięła się bezpośrednio z systemu ligowego, bo przecież Serie A liczy sobie 38 kolejek. Fakty są jednak takie, iż powstanie 37-meczowej ekstraklasy sprawiło, że zrobiło się znacznie mniej okazji na odpoczynek dla naszych ligowców, którzy są mocniej eksploatowani w innych rozgrywkach. Tworząc ligowy kalendarz w Polsce trzeba mieć na uwadze szereg okoliczności, które nie tyczą się tych najsilniejszych lig. Przede wszystkim różnicę stanowi niska pozycja w rankingu UEFA, przez którą nasze kluby bardzo wcześnie zaczynają pucharową przygodę. A przez to nie tak znowu rzadko zdarza się, że grają w Europie nawet więcej meczów, niż – tak, tak – zwycięzcy Ligi Mistrzów. Na przykład w tym sezonie pod względem liczby występów obu finalistów przebija Legia.

Niezależnie jednak od tego, kto akurat kwalifikuje się z ekstraklasy do pucharów, zawsze słyszymy, że celem jest faza grupowa – czy to Ligi Mistrzów, czy Ligi Europy. To teraz sprawdźmy, co w praktyce oznaczałoby spełnienie takiego celu w sezonie 2017/18:

– Dla mistrza Polski: 12 meczów w Europie
– Dla 2. i 3. drużyny: 14 meczów
– Dla zdobywcy Pucharu Polski: 10 meczów

Reklama

A Real i Juventus, które zaraz zagrają ze sobą finał Ligi Mistrzów, skończą sezon z 13 występami w pucharach. I to też pokazuje skalę wysiłku, jakie polskie kluby muszą włożyć w realizację planu, który często jest określany mianem „minimum”. Nie jest też tak, że mecze w pierwszych rundach eliminacji to jakieś spacerki, bo raz – może się trafić potwornie daleki wyjazd do Kazachstanu czy Azerbejdżanu, dwa – zazwyczaj jest to gra w totalnym skwarze i trzy – pierwsze mecze odbywają się jeszcze w czerwcu. Ciężko byłoby zaryzykować tu stwierdzenie, że takie spotkania stanowią większe obciążenie, niż przykładowe 5:1 Realu z Legią na Santiago Bernabeu.

A jak pod względem liczby pucharowych występów w kończącym się sezonie wypadły polskie kluby na tle przedstawicieli pięciu najlepszych lig Europy? Mimo wszystko dramatu nie było. Legia z 14 spotkaniami znalazła się w ścisłej czołówce, bo tylko Monaco i Manchester United rozegrały więcej meczów. Nawet Zagłębie, które stosunkowo szybko odpadło, nie wygląda tu jakoś strasznie blado – rozegrało tyle samo meczów co Inter i ledwie o dwa mniej niż Arsenal czy PSG. Poniżej pełne zestawienie europejskich występów w sezonie 2016/17 (Juventus i Real otrzymały jeden występ awansem):

Jakkolwiek spojrzeć, europejskie rozgrywki są tak skonstruowane, że ci najlepsi wcale nie grają znacząco więcej, niż ci zupełnie przeciętni. Weźmy też poprawkę na fakt, że to był naprawdę kiepski pucharowy sezon w wykonaniu polskich drużyn, bo spisała się tylko Legia. W poprzednich rozgrywkach tych meczów było znacznie więcej (Legia i Lech po 12, Jagiellonia i Śląsk po 4), przez co i pozycja naszych drużyn w rankingu gier była zdecydowanie wyższa.

Wiadomo jednak, że europejskie puchary to nie jest problem wszystkich polskich drużyn, a maksymalnie czterech. Krajowe rozgrywki też mamy jednak mocno rozbudowane, bo z 37 kolejkami ligowymi bliżej nam do Hiszpanii, Francji, Włoch i Anglii (38 kolejek), niż chociażby do będących najbliżej pod względem klimatu Niemiec (34 kolejki). Ponadto bardzo rozbudowany jest Puchar Polski, w którym kluby z ekstraklasy mogą maksymalnie rozegrać 7 spotkań (a beniaminkowie osiem, co niedawno udało się Arce Gdynia). To więcej niż maksymalna liczba spotkań w Pucharze Anglii, Niemiec i Francji (6 spotkań), więcej niż we Włoszech (czołowa ósemka Serie A 5 spotkań, pozostała dwunastka siedem) i tylko mniej niż w Hiszpanii (9 spotkań).

I chyba nikt nie ma specjalnych wątpliwości, że liczba meczów rozgrywanych w ekstraklasie powinna być w pewien sposób sprzęgnięta z liczbą meczów rozgrywanych w krajowym pucharze. Należałoby się przede wszystkim zastanowić, czy ćwierćfinały i półfinały koniecznie muszą być rozgrywane w formie dwumeczów, a także, czy te najlepsze kluby (np. pucharowicze) powinny startować tak szybko. Być może podobny rozdział, jaki stosują Włosi, sprawdziłby się także u nas. I tak naprawdę przy rozbudowanej lidze i rozbudowanym pucharze można dostrzec tylko jeden pozytyw – że nikt nie wpadł u nas na pomysł, by rozgrywać jeszcze puchar ligi (co ma miejsce w Anglii i Francji). Ale i bez tego nasze najlepsze kluby grają w kraju więcej, niż najlepsze kluby w Niemczech i we Włoszech. Maksymalna liczba meczów dla czołowych ekip wygląda następująco:

Reklama

A zatem mamy mocno rozbudowane rozgrywki krajowe (liga + puchar), a także – praktycznie już od czerwca – mnóstwo terminów UEFA, w których siłą rzeczy nie można planować innych meczów (bo niby kiedy przykładowa Legia miałaby nadrabiać powstałe w ten sposób zaległości?). Żeby więc pomieścić wszystko w kalendarzu, okres grania został u nas rozciągnięty do granic możliwości. Dość napisać, że w tym roku liga grała lub będzie grać w lutym, marcu, kwietniu, maju, czerwcu, lipcu, sierpniu, wrześniu, październiku, listopadzie i grudniu. Do kompletu brakuje już tylko stycznia, a przecież i takie pomysły niedawno się pojawiały…

W efekcie tak napiętego kalendarza wychodzi na to, że w 2017 roku polski ligowiec będzie dłużej grał i krócej odpoczywał, niż jego odpowiednik w Niemczech, Włoszech, Francji i Hiszpanii. Bardziej rozległy sezon jest tylko w Anglii, która słynie z ogromnej intensywności, i która zimą nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Pod względem dni wolnych i okresu grania wygląda to następująco:

Pod względem długości i częstotliwości grania dogoniliśmy już najlepszych, a Niemców czy Włochów nawet prześcignęliśmy. I właściwie trudno się temu dziwić, bo przecież gdzieś trzeba było zmieścić chociażby rekordowe 59 spotkań, jakie w sezonie 2014/15 rozegrała Legia. Pytanie tylko, czy to aby na pewno dobrze, i czy za ilością idzie także jakość. Z pewnością można tu mieć pewne wątpliwości, bo nasz sezon zwyczajnie wydaje się zbyt długi, a liczba meczów zbyt duża. Widzi to także Zbigniew Boniek, który gdzie tylko może podkreśla, że staliśmy się bardzo ubodzy w terminy. I chyba faktycznie przydałoby się zrobić kilka korekt zarówno w systemie ligowym, jak i pucharowym. Bo dalsze trwanie na takim poziomie intensywności może być dla naszych klubów zdecydowanie ponad siły.

MICHAŁ SADOMSKI

Najnowsze

Polecane

EURO GRILL #2 – ŁUKASZ GIKIEWICZ NASZYM GOŚCIEM W STUDIU

Paweł Paczul
0
EURO GRILL #2 – ŁUKASZ GIKIEWICZ NASZYM GOŚCIEM W STUDIU

Ekstraklasa

Komentarze

51 komentarzy

Loading...