Bananowa Hiszpania: Sprawdzone historie, casus Benzemy i suwalskie Bernabéu

redakcja

Autor:redakcja

20 marca 2017, 18:03 • 5 min czytania

Reklama
Bananowa Hiszpania: Sprawdzone historie, casus Benzemy i suwalskie Bernabéu

To naprawdę zdumiewające, że nieraz tak banalne czynności, jak losowanie kulek z karteczkami w środku, potrafią rozpalać do czerwoności setki milionów ludzi na całym świecie. To niepojęte, jak wiele historii w okamgnieniu potrafi w takich sytuacjach stanąć przed oczami niczym żywe. Losowanie par Ligi Mistrzów – szczególnie w kontekście hiszpańskich drużyn – jedynie potwierdziło, że trwająca edycja Champions League ma wszystko, by być najciekawszą od lat. 

Reklama

Zidane kontra Ancelotti, czyli starcie ucznia z mistrzem, pogrom na Allianz sprzed trzech sezonów (chyba najlepsze spotkanie Realu, jaki widziałem w życiu), wystrzelona przez Sergio Ramosa na orbitę piłka, cztery gole Roberta Lewandowskiego z Realem (chyba najgorsze spotkanie Realu w Lidze Mistrzów, jaki widziałem w życiu)… Na tę chwilę chyba tylko „El Clásico” byłoby w stanie zapewnić w ćwierćfinale większe emocje podsycone całą masą smaczków niż potyczki Realu z Bayernem.

Choć nie odkryję istnienia nieznanego kontynentu, jeśli stwierdzę, że o wiele łatwiejszym rywalem dla „Los Blancos” byłoby Leicester, to jednak w piłce – niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć – zawsze od historii, które pisać by trzeba od nowa i które jednocześnie nie dają gwarancji tego, że pochłoną cię bez reszty, wolałem te sprawdzone, wciągające opowieści, do których dopisywane są po prostu kolejne rozdziały. Może to i nieco ortodoksyjne podejście, ale czasem sprawdzone rozwiązania są najzwyczajniej w świecie najlepsze.

Jedyną rzeczą, której żałuję jest tylko to, że z perspektywy kibiców Realu konfrontacje z Bawarczykami bez jednoczesnego psucia sobie zabawy, będzie się dało oglądać wyłącznie z zagranicznym lub wyłączonym komentarzem. Jeśli natomiast Lewy do tego ustrzeli jakąś bramkę, w polskiej i hiszpańskiej prasie na kolejne pół roku na tapet wróci temat transferu Roberta na Santiago Bernabéu. A że Florentino Pérez za swojej drugiej kadencji od święta kupuje zawodników podchodzących pod trzydziestkę, a jeśli już, to wśród nich nie było żadnego napastnika? Niewiele znaczący szczegół.

Swoją drogą, dobrze się stało, że na Lisy trafiło akurat Atlético. Tutaj historia jest już gotowa – albo dołujący w lidze i skazywani na pożarcie Anglicy znajdą się ni stąd ni zowąd w najlepszej czwórce Starego Kontynentu, albo też „Los Rojiblancos” po raz trzeci raz w ciągu czterech lat staną przed szansą gry w finale, co przecież jeszcze nie tak dawno wydawało się nie do pomyślenia.

Reklama

* * *

Choć w kontekście dwumeczu Barcelony z Juventusem pierwszym skojarzeniem jest oczywiście finał Champions League sprzed dwóch lat w Berlinie, to jeśli mam być szczery, na moją wyobraźnię o wiele bardziej działa jednak jeden z wątków pobocznych, czyli starcie Daniego Alvesa z byłym pracodawcą. Pracodawcą, który bocznemu obrońcy bardzo mocno podpadł.

Lubię wiedzieć, że jestem gdzieś chciany. Jeśli tak nie jest, odchodzę. Opuszczenie Barcelony na zasadzie wolnego transferu było odejściem z klasą. Przez trzy ostatnie sezony nieustannie trąbiono, że za chwilę zmienię klub, jednak dyrekcja nie potrafiła powiedzieć mi tego prosto w oczy. Byli bardzo fałszywi i niewdzięczni. Nie okazywali mi szacunku. Ci, którzy dziś rządzą w Barcelonie, nie mają zielonego pojęcia na temat tego, jak powinno traktować się swoich zawodników„, powiedział niedawno Brazylijczyk w jednym z wywiadów. Tuż przed losowaniem pytany o ewentualną potyczkę z byłymi kolegami stwierdził zaś, że „byłoby to zbyt dziwne przeżycie”.

Koniec końców i nad jednymi, i nad drugimi sentymenty wzięły jednak górę. Obie strony postawione przed faktem przeszły bowiem na wyjątkowo przyjazną retorykę. Alves głośno zaczął mówić o niecierpliwości spowodowanej powrotem do domu, sama Barcelona zaś szykuje swojemu byłemu zawodnikowi szczególne powitanie, a raczej pożegnanie którego nie doczekał się, gdy opuszczał Camp Nou.

Reklama

I bardzo dobrze. Zawsze fajnie, gdy w takich chwilach wszelkie animozje idą w odstawkę. Mowa przecież o drugim zagranicznym piłkarzu z największą liczbą występów w historii Dumy Katalonii (zgadnijcie, kto jest pierwszy), po którym dziury nie udało się załatać do teraz. Jakkolwiek układają się obecnie relacje na linii Alves – Barcelona, to przecież jeden z tych momentów, w których wzajemny szacunek powinien brać górę nad zaszłościami z przeszłości.

* * *

Muszę też jednak przyznać bez bicia, że ilekroć słyszę dowolną konfigurację słów „Barcelona”, „Juventus” i „Dani Alves”, za każdym razem powraca do mnie jeden konkretny obrazek. Do dziś zdarza mi się zastanawiać, co by było, gdyby przez tego typu zabawy Brazylijczyk wykluczył się z finału Ligi Mistrzów w Berlinie.

Reklama

Tak, widok Daniego Alvesa mierzącego się przeciwko byłym kolegom będzie w moim odczuciu równie niecodziennym obrazkiem.

* * *

Gruby, leniwy, ospały, odstawiający nogę w stykowych sytuacjach. Elegancki, błyszczący boiskową inteligencją, stworzony do kombinacyjnej gry i dający drużynie coś więcej niż tylko bramki. W Realu Madryt – nie licząc Cristiano Ronaldo – nie ma drugiego gracza, na którego temat opinie byłyby tak skrajne, jak w przypadku Karima Benzemy.

Nie ma drugiego takiego gracza, który praktycznie tydzień w tydzień przechodziłby drogę z nieba do piekła i z powrotem. Jednego dnia sprzedać, drugiego – przedłużyć kontrakt. Jednego dnia wytykanie, że w lidze ma podobne liczby do grającego na stoperze Sergio Ramosa połączone z wszechobecnym oburzeniem, iż z niewiadomych przyczyn blokuje miejsce w składzie Álvaro Moracie, następnego – jest już więcej niż napastnikiem, statystki zaś naturalnie schodzą na piąty plan. Nieustanna sinusoida.

Reklama

Nie raz i nie dwa łapałem się zresztą na tym, że w krótkim odstępie czasu byłem w stanie zgodzić się w pełni z artykułami równającymi go z ziemią, by po sekundzie przyznawać rację tym, którzy widzą w nim absolutnego wirtuoza. Gdybym miał stwierdzić, na czym polega cały ten fenomen, powiedziałbym chyba, że to po prostu kwestia niepodrabialnego stylu gry. Żaden inny napastnik na świecie nie potrafi bowiem w aż takim samym stopniu swoją flegmatycznością zarówno drażnić, jak i zachwycać. Sprawienie, by największa wada stanowiła o twoim uroku to niebywała sztuka.

I nawet jeśli po świetnym występie w Bilbao Karima w weekend znów będą chcieli wywozić na taczkach, to jednak fakty wciąż pozostają faktami – Benzema wraz z Cristiano to obecnie najbardziej produktywna para w XXI-wiecznej historii La Liga.

Reklama

* * *

Kibice przychodzący na mecz na ostatnią chwilę, walające się wszędzie łupiny pestek słonecznika, wirtuozeria wymagana w każdym zagraniu, biały kolor dominujący na koszulkach zawodników, doping nielicznej grupy kibiców blednący gdzieś wśród narzekań starszych wiekiem stadionowych ekspertów naprzemiennie na sędziego i własnych zawodników. Mówcie, co chcecie, ale jeszcze nigdy w Polsce nie byłem w stanie przypomnieć sobie atmosfery panującej na Santiago Bernabéu w tym samym stopniu, co na stadionie w Suwałkach podczas meczu Wigier z Miedzią Legnica (goście wygrali 1:0). Jedyna różnica – było nieco chłodniej. Nie oznacza to jednak, że i w Hiszpanii nie da się w marcu porządnie wymarznąć.

Janusz Banasiński

Najnowsze

Reklama

La Liga

Reklama
La Liga

Cancelo pochwalił kolegę z Barcelony. „Jest duszą zespołu”

Maciej Piętak
0
Cancelo pochwalił kolegę z Barcelony. „Jest duszą zespołu”
La Liga

Sprytny pomysł Szczęsnego. Użył kolegi przy zażywaniu używki

Mikołaj Duda
14
Sprytny pomysł Szczęsnego. Użył kolegi przy zażywaniu używki
La Liga

Vinicius Junior podjął decyzję. „To klub moich marzeń”

Maciej Piętak
1
Vinicius Junior podjął decyzję. „To klub moich marzeń”