Wyobraź sobie, że robisz wślizg, chcąc zablokować strzał, a piłka idzie prosto na rękę, którą się podpierasz. W twojej głowie zachodzi błyskawiczny proces myślowy. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś spóźniony. Jeśli nic nie zrobisz, nie uratujesz swojej drużyny. Ba, osłabisz ją, spowodujesz karnego, którego rywale najpewniej zamienią na bramkę, do tego zejdziesz z boiska, oglądając uprzednio czerwoną kartkę. Co dalej? Godzić się, że jest jak jest, czy działać?

Interwencja i pomyłka sędziowska sezonu w… jednej akcji

Łatwo powiedzieć, ale niby jak działać? Co właściwie zrobić? Uciec z ręką? Nie ma szans, potrzeba na to znacznie więcej czasu. Więc co? Zacząć odmawiać zdrowaśkę? Przypominać sobie nerwowo sposoby rodem z książek fantasy? Czekać, aż tor lotu piłki zmieni nagle Supermen? Albo zaliczyć najbardziej spektakularną interwencję sezonu, rzecz wręcz niemożliwą.

Sebastian Hertner z Erzgebirge Aue wybrał trzecią opcję, zaliczył obronę, którą trudno pojąć. Sami zobaczcie. Coś niesamowitego.

Nie do wiary, prawda? Do tego stopnia, że w czystą interwencję nie uwierzył także arbiter tego meczu 2. Bundesligi, wskazał na wapno, a autora bohaterskiej interwencji wysłał pod prysznic. Możemy tylko sobie wyobrażać, jakie to uczucie. To trochę tak, jakby zdobyć bramkę roku i zobaczyć uniesioną chorągiewkę sędziego bocznego, który zasygnalizował urojonego spalonego. Hertnerowi współczujemy, w naszych oczach i tak pozostanie kozakiem. Jest to pocieszenie o tyle marne, że drużyna z Aue mocno odczuła brak zawodnika i po jego zejściu z boiska straciła cztery bramki. Trochę dramat.

Tego weekendu rozstrzygnięte zostały dwa konkursy. Pierwszy – na najbardziej spektakularną interwencję roku. Drugi – na największą pomyłkę sędziowską.