Po bardzo dobrej pierwszej połowie w wykonaniu Ruchu z Zagłębiem Rafał Grodzicki zakomunikował: „To jest nasze prawdziwe oblicze, tak normalnie gramy. Tylko że raz jesteśmy na górze, raz na dole. Rollercoaster”. No i dziś ten rollercoaster zafundował huśtawkę emocji kibicom – przed przerwą Niebiescy zagrali chyba najlepsze 45 minut w sezonie, po przerwie kompletnie spuścili z tonu. I w konsekwencji przegrali.
Pamiętacie wejście w ligę Jakuba Araka? Pierwszy skład w inauguracyjnej kolejce i premierowy gol. Ale trochę skuteczność zgubił, stracił miejsce kosztem Stępińskiego, a ostatnio Visnakovsa. Skoro jednak Łotysz nie trafił w żadnym z trzech spotkań, od pierwszej minuty wyszedł dziś Jarosław Niezgoda – bardzo aktywny, do szybkiej i kombinacyjnej gry, autor wyrównującego gola.
Wyrównanie było o tyle potrzebne, że mecz od pierwszej minuty toczył się w wysokim tempie. Rzadko się zdarza, by danie otwierające kolejkę fundowało wiele emocji, wciągało na karuzelę, a tu była jazda od samego początku. Z rzutu wolnego Janus wrzuca idealnie na głowę Janoszki, a ten trafia do siatki, co tylko potwierdza, że stałe fragmenty gry to lubinianie mają w małym paluszku. Bliski podwyższenia prowadzenia był Papadopulos, pod drugą bramką – Polacek staranował Mazka i chyba niektórzy jedenastkę by odgwizdali, aż po świetnym podaniu Surmy trafił Niezgoda. To była 8. minuta gry.
Rozumiecie więc, dlaczego nie narzekamy? Było na co popatrzeć, bo obie strony prezentowały żywy futbol, choć częściej za rozgrywanie i kreowanie akcji brali się gospodarze, goście zaś – interweniowali faulami. Przede wszystkim było jednak widać, że środek pola wygrywa Ruch, a właściwie to Zagłębie oddaje je bez walki. Zmiana ustawienia z 4-2-3-1 na 4-4-2 powodowała bardzo duże odległości między środkowymi pomocnikami a dwójką napastników. Papadopulos z Nesporem mogli więc głównie liczyć na dośrodkowania ze skrzydeł, a że i to nie dawało zbytniego efektu – w przerwie Stokowiec zamienił Nespora na Rakowskiego. I mimo że ten nic specjalnego nie pokazał, Zagłębie z dodatkowym pomocnikiem odżyło.
Mimo to, w akcjach kreowanych przez lubinian ciągle brakowało ostatniego podania, za każdym razem nie docierało ono do adresata. Z niezrozumiałych przyczyn z pomocą przyszedł Piotr Ćwielong, który wślizgiem blokował wrzutkę tak:
Janus z karnego, asysta: Ćwielong.
A to był przecież naprawdę przez długi czas niezły w wykonaniu Ruchu mecz. Grali niemalże jak nigdy, skończyło się jak zawsze. Chorzowianie w tym roku z dwunastu domowych spotkań wygrali jedno, przegrali zaś… ósme.