Nie jest trenerskim geniuszem. Nie pasuje do niego łatka piłkarskiego wizjonera, który wyznaczałby nowe trendy i granice. Daleko mu do Jose Mourinho, Pepa Guardioli czy nawet Diego Simeone. Nie ten kaliber. Tite to niesamowicie solidny i rozważny człowiek, który nie boi się niczego, ale daleko mu do zgubnej pychy. Twardo stąpa po ziemi, ale nie jest pragmatykiem, bo potrafi zainspirować do pożytecznego szaleństwa. I chyba właśnie takiego szkoleniowca potrzebuje reprezentacja Brazylii, żeby się odrodzić.

Tite. Człowiek, który musi przywrócić blask Brazylii

Salomonowa mądrość

Stery w kadrze największego kraju Ameryki Łacińskiej przejął w czerwcu 2016 po zwolnieniu skompromitowanego Dungi, którego drużyna zawaliła dwa czempionaty Copa America pod rząd. Musiał odejść, choć… niekoniecznie, bo za chwilę miały odbywać się Igrzyska Olimpijskie, do tego przed własną publicznością w Rio de Janeiro, a Dunga od początku zapowiadał, że sam chce poprowadzić drużynę olimpijską. W przypadku jego zwolnienia teoretycznie na pozycji szkoleniowca ekipy na IO pozostawał wakat. Władze związku, niesione emocjami i wolą kibiców, nie zastanawiały się długo i pożegnały byłą legendę reprezentacji bez większego żalu. Decyzja o następcy zapadła dość szybko. Padło na Adenora Leonardo Bacchiego, o pseudonimie Tite. Bez wątpienia najlepszego fachowca w kraju. I to była dobra decyzja, co pokazały już pierwsze dni.

Pierwszym ruchem nowego selekcjonera Brazylii było błyskawiczne i iście salomonowe rozwiązanie problemu prowadzenia reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie. Oddał ją w ręce trenerowi kadry U-20 – to Rogerio Micale, fachowiec, który na wylot zna młodzieżowe drużyny, a już wcześniej przygotowywał się pod kątem planu na rozegranie Igrzysk. I co? Dwie, jeśli nie trzy pieczenie na jednym ogniu. Canarinhos U-23 wspomagani trzema starszymi zawodnikami zdobyli złoty medal, a roztropny szkoleniowiec zyskał jeszcze lepszą opinię mediów i kibiców, zarazem polepszył stosunki z człowiekiem, który wychowuje mu grajków.

W ten sposób Tite rozwiązał też kłopot bogactwa, jaki od lat mają Brazylijczycy z niezwykle uzdolnioną młodzieżą. W układzie, kiedy jeden trener prowadzi naraz pierwszą drużynę i młodzieżówkę olimpijską, tą drugą traktuje po macoszemu. Jednemu projektowi poświęca się maksymalnie, a drugiemu przy minimalnym nakładzie sił. W drugim wariancie, czyli tym, który preferuje 55-latek, młodsi będą szlifować umiejętności z Micale, a jeśli wystarczająco się podszkolą awansują do pierwszej reprezentacji. Sprawdzą się – zostają. Nie powiedzie się – nie ma się czym przejmować, bo można zrobić krok do tyłu, a do tego ma się w świadomości, że selekcjoner cały czas ma cię na oku. System bez wad.

***

Nigdy nie powiem, że jestem, czegoś pewien na sto procent. Mogę używać form przypuszczających. Wydaje mi się więc, że w futbolu samo wygrywanie nie jest najważniejsze. Trzeba zrobić to w taki sposób, żeby było jak najmniej krytyków.

Tite.

***

Uczeń, który jest mistrzem

Nawet najlepsi muszą się uczyć. Nabywać wiedzę, rozwijać się psychicznie i intelektualnie, bo inaczej przestaną być najlepsi. Tą zasadą kieruje się Tite i wcale się tego nie wstydzi. Kiedy trenował Corinthians, zrobił sobie roczną przerwę na praktyki. Pojechał do Arsenalu, gdzie podglądał Arsene Wengera, spotkał się ze sztabem współpracującym z Jose Mourinho czy Pepa Guardioli, a także przejechał po wszystkich największych klubach Europy, by zobaczyć, jak w danym regionie podchodzi się do konkretnego elementu gry.

Jednak żaden z wymienionych szkoleniowców nie zainspirował nowego selekcjonera reprezentacji Brazylii wystarczająco, by ten mógł z pełnym przekonaniem powiedzieć, że to jego nowy wzór i idol. Ani legendarna postać Francuza z Emirates Stadium, ani kontrowersyjny „The Special One”, ani wizjoner z Katalonii. Zaimponowali mu wszyscy, ale żaden wystarczająco. Za najlepszego trenera Starego Kontynentu 55-latek uznał Carlo Ancelottiego.

– Jedni stawiają na ofensywny, szalony i radosny styl gry, drudzy na obronę i pragmatyzm, a trzeci znajdują między tym odpowiedni balans. Szkoda, że ta ostatnia grupa jest jednoosobowa. Zalicza się do niej Carlo Ancelotti. Nie zabija olbrzymiego potencjału ataku, jakim dysponują jego zespoły, a obrona zawsze funkcjonuje bez zarzutu – zachwycał się.

I tak się zakochał. Odnalazł idealny dla siebie styl gry, który starał się zaszczepić piłkarzom Corinthians. Zresztą już wcześniej jego zespoły prezentowały coś na wzór Realu włoskiego szkoleniowca, ale dopiero po renesansie zbalansowanego stylu gry, Tite odnalazł się jako jeden z tych, którzy właśnie ten sposób gry rozpowszechniają i stosują.

***

Jeśli w szatni nie ma duszy, nawet najlepszy team nic nie osiągnie. Musi być jedność.
***

Duch drużyny, nie szaleństwo

Długotrwały kryzys w brazylijskiej piłce wielu ekspertów tłumaczy faktem, że kolejni przychodzący szkoleniowcy nie umieli wskrzesić stylu, którym Canarinhos w XX wieku osiągali największe sukcesy. Chyba wiadomo o co chodzi? Kreatywni rozgrywający, fenomenalni dryblerzy i wyśmienicie wyszkoleni technicznie piłkarze na wszystkich pozycjach kolejne mecze wygrywali grając radosny futbol. Trudno powiedzieć, czy taki styl sprawdziłby się w dzisiejszym coraz bardziej pragmatycznym świecie piłki nożnej, bo coraz bardziej się od tego odchodzi. Mimo to fani z Kraju Kawy oczekują powrotu do korzeni. Niestety, Tite nie wyjdzie naprzeciw ich marzeniom.

Piękna gra nie jest dla niego priorytetem. Ma przyjść z czasem. Najpierw trzeba odpowiednio zabezpieczyć własną bramkę, a dopiero później zabierać się za konstruowanie ataków. Szalone czasy wieku XX już nie wrócą, przynajmniej nie za tego selekcjonera. Ma wrócić jednak coś innego. Duch zespołu. Team spirit. To on jest najważniejszy.

– Nie może być tak, że na zgrupowanie najlepszej kadry na świecie przyjeżdża zbieranina nieznajomych sobie facetów, dla których jednym wspólnym tematem w szatni są zdjęcia, które wrzucają na portale społecznościowe – grzmiał legendarny Cafu po nieudanym Copa America jeszcze za kadencji Dungi.

I to właśnie zamierza zmienić Tite. Jest silną osobowością. Nie boi się odpowiedzialności i trudnych rozmów. Musi trafić do wpatrzonych w telefony komórkowe podopiecznych, by ci przynajmniej raz na jakiś czas unosili głowy znad ekranów, a w szatni znów zagrały rytmy samby.

System

55-latek uwielbia zawodników zaawansowanych technicznie. To oni nadają drużynie balans. Tym samym jest przeciwieństwem nie tylko Dungi, a już mniejszym stopniu jego poprzednika Luiza Felipe Scolariego, z którym wiąże się krótka ciekawostka. Panowie długo byli przyjaciółmi, to właśnie były selekcjoner np. Portugalii wymyślił swojemu kumplowi ksywkę.

– To było kiedy zaczynałem grać w Caxais. Scolari był tam liderem i kapitanem drużyny. Decydował o wszystkim. Pewnego razu rozgrywaliśmy gierkę i on nadawał nam pseudonimy, które miały symbolizować nasze pozycje na boisku. Mnie nazwał Tite. Krzyczeli na mnie tak przez jeden dzień, drugi, trzeci i do dziś w świecie futbolu tak się nazywam – opowiadał sam zainteresowany.

Tite rzadko odchodzi od formacji 4-2-3-1. To ten system dał mu najpiękniejsze zwycięstwa. W 2011 i 2015 jego Corinthians wygrał ligę brazylijską, a w 2012 Copa Libertadores i pokonując Chelsea również Klubowe Mistrzostwa Świata. Obok takich triumfów nie da się przejść obojętnie. Ekipa z Itaquero grała od A do Z w stylu swojego szkoleniowca. Efektywność nad efektownością, ale bez przesadnego pragmatyzmu. Skutecznie z pewną dozą szaleństwa, na którą pozwalali niezwykle uzdolnieni i technicznie zaawansowani piłkarze formacji ofensywnych.

Tak samo ma grać Brazylia, która wbrew temu, co próbowali udowodnić poprzedni trenerzy ma potężny potencjał w ofensywie i wcale nie musi skupiać się tylko na defensywie. Trzeba to tylko odpowiednio wykorzystać.

Kto jak nie on rozwiąże kłopot bogactwa?

Spory. Kłótnie. Waśnie. Nieporozumienia. Żale. Wszystkie to miało miejsce za czasów kadencji Dungi. Kolejne gwiazdy obrażały się na trenera, a on sam nie pozostawał dłużny i obrażał się na kilku innych czołowych zawodników. Adenor Leonardo Bacchi jest w innej sytuacji. Z nikim nie ma sporu. Wszyscy chcą u niego grać, a Thiago Silva sam przyznaje, że kiedy dowiedział się, że to właśnie 55-latek objął stery kadry na jego oblicze wrócił uśmiech. I w ten sposób powstał kłopot bogactwa, bo na każdej pozycji Tite ma przynajmniej czterech kandydatów do gry z bardzo silnych klubów.

Bramkarze: Allison, Weverton, Diego Alves, Neto;
Lewa obrona: Felipe Luis, Marcelo, Wendell, Sandro;
Środek obrony: Miranda, Thiago Silva, Marquinhos, David Luiz, Gil;
Prawa obrona: Fabinho, Danilo, Dani Alves, Mariano;
Pomocnicy: Casemiro, Renato Augusto, Lucas, Roberto Firmino, Allan, Willian, Oscar, Douglas Costa, Fernandinho, Paulinho, Gerson, Coutinho;
Napastnicy: Neymar, Gabriel Jesus, Gabriel, Luan;

A do tego rzesza młodych, utalentowanych i czekających na swoją kolej talentów. Trzeba to tylko ujarzmić i złożyć w jedną całość.

Nie boi się kontrowersji i silnych charakterów

Media i kibice w Kraju Kawy lubią i szanują Tite. Zasłużył sobie na to, nie tylko sposobem gry swoich drużyn, ale też spójnym wizerunkiem. Tym samym gościem jest na boisku, przed mediami i w normalnym życiu. Nikogo nie udaje. Nie boi się konsekwencji swoich szczerych słów, a takie mu się zdarzają.

Świadczy o tym fakt, że pod koniec 2015 roku, nie wahał się, żeby podpisać wraz z Pele i innymi legendami tamtejszej piłki petycję, która miała zmusić prezydenta Brazylijskiego Związku Piłki Nożnej, Marco Polo Del Nero do jak najszybciej dymisji w związku z zarzutami korupcyjnymi i śledztwem FBI. Był jednym z najważniejszych głosów w debacie nad jego odwołaniem, mimo że miał świadomość, że Del Nero już niedługo może zostać… jego bezpośrednim przełożonym w wypadku, kiedy ten przejąłby stery kadry. Tak się stało, ale dziś kontrowersyjnego działacza nie ma już na stanowisku prezesa CBF.

Inna sprawa. Słowa 55-latka na temat Neymara i bezczelnego wymuszania fauli.

Zwycięstwa i porażki są częścią gry. Symulowanie w sytuacji, kiedy chce się osiągnąć korzyść, jest bardzo złe i krzywdzące dla rywali. To nie fair. Jest to również zły przykład dla młodych adeptów piłki nożnej. Neymar nie może być piórkiem, które przewraca się na sam podmuch wiatru. Jestem za karaniem boiskowych rzeźników, ale też nie możemy sobie pozwolić na ignorowanie takich zachowań – grzmiał były trener Corinthians.

Cała sytuacja te słowa raczej nie przeszkodzą mu w relacjach z gwiazdorem kadry. To twardy człowiek. Nie boi się trudnych charakterów. Potrafi znaleźć z nimi wspólny język. Kompromis, który pozwoli im na owocną współpracę. Przykładem była pewna sytuacja z Alexandrem Pato. Dzisiejszy zawodnik Villarreal w jednym z meczów pucharowych wykonywał jedenastkę decydując o tym, kto przechodzi dalej – Gremio Porto Alegre czy Corinthians. Był gwiazdą tych drugich. Poczuł się jednak za pewnie i zlekceważył broniącego legendarnego Didę próbując strzału la’Panenka. Nie wyszło. Były bramkarz Milanu wprawdzie nie wyczuł intencji strzelca i rzucił się w bok, ale uderzenie było na tyle fatalne, że futbolówka trafiła prosto w ręce czarnoskórego golkipera. Wszyscy byli wściekli. Kibice, sztab szkoleniowy, koledzy z drużyny. Tylko jedna osoba zachowała względny spokój. To był pierwszy trener. Tite. Wziął krnąbrnego podopiecznego na bok i udzielił mu dłuższej reprymendy. Według jego biografki, Camili Mattoso, rozmowa zakończyła się następującymi słowami:

– Myślisz, że jak grałeś w Europie, to jesteś wielki? Zejdź na ziemię. Przestań być samolubny.

Zadziało? Oczywiście. Pato nawet nie śmiał pyskować, a do dziś o swoim przełożonym wypowiada się tylko pozytywnie. Taki jest Tite. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Jan Mazurek

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments