– Nie nosimy głowy wysoko, mamy pokorę i wiemy jak jest potrzebna. Niczego nie obiecujemy, nie wieszamy gruszek na wierzbie, mówimy szczerze jak jest. Nie mamy recepty na to, by każdy zdolny junior zostawał świetnym seniorem, ale staramy się zminimalizować błąd. Wyeliminować przypadek. Podjąć takie decyzje, żeby najzdolniejszych utrzymać i żeby oni się harmonijnie rozwijali. Jak szkoli Jagiellonia Białystok? Klub z tradycjami szkoleniowymi, ale również i dziś regularnie wprowadzający swoich wychowanków do Ekstraklasy? Zapraszamy do pełnego kulis obszernego materiału.

„Chcemy wyeliminować przypadek”. Jak szkoli Jagiellonia Białystok

***

Ruud Gullit grzmiał, że w porównaniu do jego czasów dzisiaj młodzi piłkarze mają wszystko na tacy. Zgadzacie się?

Sławomir Kopczewski, szef akademii Jagiellonii Białystok: Mają bardzo wiele, ale nie użyłbym stwierdzenia „na tacy”.

Ryszard Karalus, trener-legenda: Generalnie mają, a z tego rodzi się brak skromności i pokory, w konsekwencji mniemanie, że oni już, teraz, są wielkimi piłkarzami. Dlatego nawet dziś z Tomkiem rozmawialiśmy, jak wielkim zadaniem jest sprowadzać młodych na ziemię.

Tomasz Kulhawik, trener juniorów starszych Jagiellonii, koordynator ds. szkolenia: Moim zdaniem młody piłkarz ma dziś za dobrze, za łatwo. Dzisiaj z kieszonkowego odłoży na samochód, na to, na tamto, i znowu ta skromność idzie na bok. On ma auto, on gra w Jagiellonii, on jest panem piłkarzem! Nie wie, że droga do zostania piłkarzem jest jeszcze bardzo daleka.

Bardzo łatwo się tak napompować – dostrzegacie problem, ale czy macie metodę, by temu przeciwdziałać?

SK: Przekazujemy wiedzę i swoją filozofię w codziennej pracy. Chcesz coś w życiu osiągnąć? Rób to małymi krokami. Masz pierwsze sukcesy? Nie zachłyśnij się. Do wszystkiego dochodź ciężką pracą.

TK: To jest walka. Trener jest od mówienia niemiłych rzeczy, a piłkarz lubi być klepany po plecach. Dzisiaj połowa osiemnastolatków ma menadżerów, którzy ciągle ich przygłaskują, mówią na ucho – „ty to powinieneś już dawno grać w pierwszej drużynie”.

RK: Podam przykład. Przez przypadek kiedyś usłyszałem rozmowę piłkarza z menadżerem. I menadżer powiedział, że chłopak powinien w Realu Madryt grać! No śmiech na sali. Ale chłopak myśli potem, że może faktycznie jest taki dobry. Napompują się tak, że potem ciężko ich na właściwą ścieżkę zawrócić.

SK: Nie zagra, to będzie rozgoryczony.

RK: Jak to, ja nie gram w pierwszym zespole?! Prawda też, że za dużo jest ściąganych zagranicznych zawodników. Niech będą, ale wartościowi, wyraźnie lepsi od naszych. Taki Mystek (Przemysław Mystkowski – przyp.red.). Bardzo duży talent! I ciężko mu się przebić, gdzie półtora roku temu debiutował i piękny mecz zagrał z Podbeskidziem.

To czego mu brakło?

RK: Mnie się zdaje, że konsekwencji stawiania na niego.

TK: On jest daleko od wszelkich rozpraszaczy, Internetu – to chłopak skierowany typowo na piłkę. Tylko, że takich Mystków jest niewielu. Talentów jest pełno, ale tyle razy ile trener Ryszard przeprowadzał rozmowy wychowawcze, tyle co my w szatni gadamy, tyle co się robi wykładów w szkole, na zgrupowaniach… Ja kiedyś powiedziałem swoim: zaufajcie mi we wszystkim na miesiąc. Zobaczycie, czy skorzystacie czy stracicie.

SK: My w Jagiellonii nie uważamy, że wszystko wiemy najlepiej. Nie nosimy głowy wysoko, mamy pokorę i wiemy jak jest potrzebna. Niczego nie obiecujemy, nie wieszamy gruszek na wierzbie, mówimy szczerze jak jest. Nie mamy recepty na to, by każdy zdolny junior zostawał świetnym seniorem, ale robimy co możemy. Weźmy Pawła Olszewskiego: jest z Wrocławia, miał oferty ze Śląska i Lecha czekające tylko na podpis. Pokazaliśmy jemu i jego rodzicom obiekty treningowe, szkołę, gdzie będzie zakwaterowany. Trenował z trenerem Kulhawikiem, potem z trenerem Probierzem w pierwszym zespole. Trzy razy przyjeżdżali i dopiero się zdecydowali, my w żaden sposób nie naciskaliśmy.

To jak jest teraz z zakwaterowaniem graczy spoza Białegostoku? Bo to był istotny zarzut w wywiadzie, który robiłem z waszym byłym juniorem.

SK: Jeżeli są niepełnoletni, znajdują się pod kuratelą starszego zawodnika z akademii. W internacie jest też cały czas jeden z trenerów. Mamy też pokój przeznaczony dla rodziców, mogą przyjechać, pomieszkać, pomóc. Rodzice Pawła Olszewskiego są na każdej jego wywiadówce. Starsi chłopcy mieszkają z kolei w wynajętych dla nich mieszkaniach. Chłopcy zakwaterowani są po kilku w jednym mieszkaniu, z czego przynajmniej jeden z nich jest pełnoletni i wtedy jest on niejako opiekunem całej grupy.

Są więc już zmiany w porównaniu z tym, o czym opowiadał mi wasz były junior.

SK: Od zdarzeń opowiadanych w tamtym wywiadzie wiele się zmieniło. Poruszono problemy z wyżywieniem. I ja się zgadzam, że to było złe, ale już dawno to rozwiązaliśmy – piłkarze chodzą do jednej z dwóch zaprzyjaźnionych z nami restauracji, tam się stołują. Dalej – mamy klasy sportowe w podstawówce. Od września uruchamiamy Szkołę Mistrzostwa Sportowego Jagiellonii – to my będziemy wybierać kadry, da nam to więcej możliwości wglądu w rozwój i zachowanie chłopców.

RK: Ale podstawą jest baza! Bez bazy nie ma niczego, od trzydziestu lat to mówię. Proszę na wschód pojechać, w Mińsku szesnaście płyt, dwie podgrzewane. Żeby znowu się nie skończyło na rozmowach. Canal+, okrągły stół, i co? Nic się nie poprawiło. Piękny projekt wyszedł z PZPN, super, ale bez bazy nie będzie gdzie go wdrażać. Będzie baza, wtedy możemy mówić o indywidualnym podejściu, nowalijkach, szkoleniu. I ruszy! Bo Polacy to zdolny naród. My jesteśmy zakompleksieni pod tym względem, o, tam gdzieś. A co, my spod ogona wypadliśmy? Gorsi jesteśmy? nie! W niczym.

TK: Jeżeli będzie baza, to też inaczej zorganizujemy chłopakom czas, odciągniemy od głupot. Analiza meczu w sali konferencyjnej. Kolejny trening, bo nie będziesz zmuszony oddać boiska. Teraz mamy wąskie pole manewru. Rocznik 2000 Samuela Tomara grał ze Sportingiem, przegrał ten mecz, ale w kuluarach padło pytanie o warunki. Jak się dowiedzieli, że Samuel zazwyczaj trenuje na ćwiartce boiska, to powiedzieli, że oni go chcą do Lizbony. Bo skoro na takim małym placu zrobił zespół, to co dopiero u nich.

Dostałem mail od innego waszego byłego juniora, który z kolei mówił o kulejącej opiece lekarskiej. Dołączy do nas później i będzie okazja porozmawiać o jego przypadku, natomiast teraz przeczytam:

Z tej strony kłania się A. Przeczytałem Pana artykuł „Kolos na nogach z waty. Dole i niedole polskiego juniora”. Ja grałem w Jadze od 8 roku do końca wieku juniora. Jestem rodowitym białostoczaninem, rodowitym wychowankiem. Nie gram w piłę ,bo w wieku 16 lat zerwałem więzadła w kolanie, a przed maturami uświadomiłem sobie, że grać nie będę dał rady w piłkę z takimi kolana. W ciągu 3 lata miałem 4 operacje. Kilkanaście miesięcy musiałem sie rehabilitować na swój własny koszt, w sensie za pieniądze rodziców. W okresie od 16 do 19 roku życia rozegrałem ledwo trzy mecze. Tak to prawda co pisał kolega z rocznika 93. wszystko prawda. Jednakże jest to opis zawodnik który dosyć późno przyszedł do Jagi, opowieść trochę z innej perspektywy. Jaga miała być dla niego tylko portem w dalszej karierze. Czytając artykuły o Jadze, o wieku juniorskim ściska zawsze mnie w gardle.

TK: Dziś jest lekarz pierwszego kontaktu, są przychodnie sportowe, gdzie kontuzjowani mają możliwość skorzystania. Jeżeli dochodzi do poważnego urazu, też piłkarze nie są zostawieni sami sobie. Były takie przypadki, gdzie Krzysztof Koryszewski zorganizował operację w przeciągu może trzech dni od kontuzji.

SK: Podpisaliśmy umowę ze szpitalem uniwersyteckim klinicznym w Białymstoku. Myślę, że wiele klubów mogłoby nam pozazdrościć opieki medycznej, ponieważ współpraca ta układa się naprawdę dobrze. Chłopcy są pod stałą opieką i w razie potrzeby mamy możliwość szybkiego przeprowadzenia konsultacji, badań, a nawet zabiegu.

Najmocniejszy zarzut waszego byłego juniora polegał na tym, że klub nie angażował się w troskę o stworzenie piłkarzowi planu B. Czy to też się zmieniło?

RK: Ja zawsze mówię: szkoła jest najważniejsza! Zdaj maturę. Idź na studia. Miej ciągłość edukacji.

SK: Tym, którzy kończą szkołę średnią dajemy możliwość zrobienia uprawnień trenerskich – wielu z tego korzysta. Wychowanek Samuela Tomara jest asystentem w roczniku 2000 i nabiera doświadczenia w pracy trenerskiej, jest ważnym ogniwem. Mówimy: jeśli będziesz się odnajdywał w piłce to rewelacja. Ale pomyśl co zrobisz, jeśli w tej piłce braknie ci miejsca.

Na ile ta myśl jest systemowo wprowadzona?

SK: Nie będziemy rozbijać ich marzeń obuchem, gdy są dziećmi. Nasza praca to sprawienie, by wraz z tym jak dorasta młody człowiek, dorastała w nim wiedza, że piłka to przyjemność, piłka to może być cel, ale są też inne drogi.

Trudno jest przekonać piłkarza, że nie będzie piłkarzem?

RK: Trzeba mówić prawdę. Ja zawsze mówię: nie każdy będzie Maradoną.

Ale oni w to nie wierzą.

RK: Czasami tak, czasami nie. Zgoda, że to trudny temat. Przydatny jest nieraz taki mecz, żeby go przegrać wysoko. U Tomka w drużynie też niektórym by się przydało, żeby zeszli na ziemię.

Wychowujesz teraz przyszła kadrę Realu Madryt? (pytanie do Tomka Kulhawika).

TK: Jestem pewny, że ci chłopcy tak myślą. Jak chłopak jest regularnie powoływany do reprezentacji Polski, to trudno, żeby nie miał wielkich marzeń.

Marzenia można mieć, a zarazem pracować nad planem B.

TK: To jest kwestia świadomości. Klub organizuje plan lekcji tak, by uczeń był w szkole, mógł godzić naukę z futbolem. Jeśli czyjś rodzic z drugiego końca kraju potrafi przyjechać na wywiadówkę, to też pokazuje, że jest ta świadomość, pomoc z jego strony. Są przypadki, gdy mimo zaangażowania ktoś tak idzie swoją drogą, ale są też przypadki budujące.

RK: Bardzo często jestem w szkole. Sprawdzam frekwencję, oceny. Jestem do dyspozycji nauczycieli, rodziców, mogą dzwonić, pytać, zgłaszać. Robimy co możemy. Jeśli mają wyjazdy, to odrabiają szkołę w dniu wolnym. Świder (Karol Świderski – przyp. red.) sam dzwoni do pani dyrektor – dzisiaj jadę na kadrę, dzisiaj jadę z pierwszym zespołem! Ma też indywidualny tok nauczania, jak wielu.

TK: Trenerze, ale szczerze. Byłem ostatnio w szkole, bo chłopcy pod pretekstem treningu nie przyszli do szkoły. Ustawiliśmy ich w gabinecie dyrektorskim, zebrali burę, a potem przekazaliśmy dyrekcji nasz szczegółowy plan treningów i już takie rzeczy nie mają szansy przejść. Jest reakcja? Jest. Klub chce zorganizować Plan B? Chce. Ale nie każdy chce skorzystać. Jak ktoś nie chce to co, ja mam z batem nad nim stać? Nie można powiedzieć, że skoro któryś tam nie skorzystał, to klub jest zły.

SK: Rodzice otrzymują wszelkie informacje. Trener jest regularnie w szkole. Dyrektor dzwoni do trenerów, którzy opiekują sie danymi rocznikami. Gdy jest problem, nigdy nie zamiatamy go pod dywan, organizujemy spotkanie z rodzicami, nauczycielami.

A są konsekwencje w klubie, jeśli piłkarz notorycznie nie przykłada się do szkoły? Na przykład odsunięcie od składu? To mogłoby wstrząsnąć kimś, dla kogo liczy się tylko piłka.

SK: Zachowajmy proporcje. Nie powiem trenerowi Probierzowi, że ma odsunąć Karola Świderskiego za dwójkę z matmy. Odsunięcie od treningu, meczu, jesteśmy na tak, ale w młodszych rocznikach, gdzie nie ma takiej presji.

RK: Myślę, że nie będzie już takiej sytuacji jak z Mariuszem Piekarskim. Dwa tygodnie do końca, on przychodzi, mówi „Panie trenerze, 2 z niemieckiego mi grozi”. Mówię, dobrze, jak się nazywa profesor? A Mariusz odpowiada, że nie wie. Talent największy, piłka go nie interesowała.

Wolny czas. To może być trzeci filar zdrowego rozwoju. Piłka, szkoła, ale potem to, co robi „po godzinach”, bo tu często rodzą się problemy. Nie twierdzę, że ma być wojskowy dryl, ale czy jest jakiś pomysł?

TK: Uważam, że mają napięty plan. Szkoła, treningi… w domu lub w internacie są w zasadzie po 19, a jeszcze trzeba przygotować się do zajęć.

Ale czy się będzie tak przygotowywał czy to już nie wiadomo.

TK: To co klub ma zrobić? Jeszcze mam im czas od 19-23 ogarniać?

Można spróbować choćby zachęcić do innych zajęć. Jakieś furtki, zniżki na inne sporty, inne zajęcia, które pośrednio rozwiną też piłkarza i jego osobowość.

SK: Były takie zajęcia z języka angielskiego.

TK: Trzeba tym starszym dać trochę wolności. To nie jest tak, że mamy go wozić na korepetycje, na to, na tamto.

RK: W szkole mają siłownię, ping pong, ale piłkarz w takim wieku już sam powinien mieć świadomość. Świadomość tego, że potrzebuje snu, regeneracji. Ja nie mówię, że ma nie chodzić na dziewczyny, bo przecież to i normalne, i potrzebne! Chore jakby nie poszedł! Bez tego też się nie rozwinie. Ale pamiętam przyjechali kiedyś Amerykanie. Po piłce grali w kosza, w inne rzeczy – ciągle sport! Oni to maja w nawyku. My mamy tylko pomóc w tej drodze, ukierunkować. To nie jest takie proste.

Pierwsze pieniądze. Na ile mącą spokój?

SK: Młodzi chłopcy nie dostają kokosów, a takie pieniądze, żeby im pomogły, choćby odciążyć rodziców. Z pieniędzmi jest takie ryzyko: przewrócą w głowie, ale ze względu na nie ten chłopiec zostanie AUTORYTETEM dla pozostałych. Tak go będą postrzegać koledzy z drużyny. I może ją całą rozbić od wewnątrz.

TK: Dla nas, trenerów, to olbrzymi problem. Chłopcy wchodzą wyżelowani do szatni, niewiadomo jakie spodnie, buty… to w ogóle nie jest moja bajka. Gdzie w tym skromność, gdzie pokora? Ja im mówię: nie róbcie tego. To wam nie pomaga. Ale oni tylko – dobra, trener sobie musi pogadać.

RK: Loki, żele… Jak kocha piłkę, powinien takie rzeczy odpuścić! Za moich czasów tak nie było.

SK: Za czasów trenera nie było żelu.

RK: Trzeba wszystko robić, żeby tej pokory i skromności było jak najwięcej, ale to bardzo trudno idzie.

TK: Zabronisz im tatuaży? Powie – moi idole, Neymar, Suarez, takie mają. W czym im to przeszkadza? Co tu trener wymyśla?

Jak zatem podchodzicie do kwestii obecności psychologa sportowego w klubie? Moim zdaniem taka pomoc w okresie, gdy kształtuje się osobowość młodego człowieka, gdy najłatwiej zboczyć z drogi, mogłaby być kluczowa.

SK: Psychologa w akademii nie ma. Doszliśmy do wniosku, że o psychologię musi zadbać trener, który najwięcej spędza czasu z zawodnikiem, zna go najlepiej. Natomiast jeśli ktoś potrzebował pomocy, dawaliśmy nazwisko dobrego specjalisty. Zdajemy sobie sprawę, że nie wszystko my, trenerzy, postrzegamy jak psycholog, i w pewnych sprawach on może dokładniej poprowadzić.

TK: Psycholog na pewno tak, ale są w tym momencie w klubie większe potrzeby. Ja na ten moment chciałbym, żebyśmy zawsze trenowali na boiskach naturalnych, a nie mieli psychologa.

Z tym, że psychologa można wprowadzić od jutra, a to już walka o świadomość, którą tyle razy podkreślaliście.

SK: Nie myślimy, że jest niepotrzebny, tylko teraz są inne priorytety.

RK: W przyszłości wszystko będziemy mieli. Psycholog? Ekspert! Potrzebny. Facet, którzy przekaże istotną wiedzę.

TK: Psycholog potrzebny, ale trener od przygotowania motorycznego też, i tak możemy wymieniać dalej. Sztaby są ogólnie w akademiach moim zdaniem zbyt skromne.

Skoro mówimy jak ważny jest plan B, to właśnie trener od przygotowania motorycznego nie jest tak istotny, bo to znowu inwestowanie w drogę piłkarską, a psycholog to inwestowanie w rozwój ogólny.

TK: Psycholog nie rozwiąże wszystkich problemów.

Ale to zwrot ku temu.

SK: Jest ważny, ale nie przeceniajmy go. Zwróciła się do nas agencja Pawła Frelika zajmująca się treningiem mentalnym. Rodzice mieli taką potrzebę, powiedzieli na spotkaniu, że chcieliby. Spotkaliśmy się i uznaliśmy, że trening mentalny na tym etapie jeszcze nie jest potrzebny, są inne, pilniejsze sprawy do rozwiązania. Jeżeli ktoś chce indywidualnie korzystać z takiej pomocy nikt mu nie zabrania. Kilka osób skorzystało.

TK: Temat psychologa był podnoszony wiele razy. Ale powiem tak: jedna mama kiedyś mnie prosiła, by polecić kogoś takiego. I co? I w Białymstoku nie ma jednej osoby, która byłaby psychologiem sportowym z krwi i kości. To nie jest tak, że o tym nie rozmawiamy, przyjdzie czas, że taka osoba będzie.

SK: Teraz ważniejsze jest dla nas, żeby przy każdej grupie było dwóch trenerów. Ważne jest, żeby wprowadzić trzech trenerów bramkarzy – każdy zajmujący się juniorami w pewnym przedziale wiekowym. Mamy trenera przygotowania fizycznego, Piotrka Zinkiewicza. Dużym krokiem będzie otwarcie Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Klub stwarza nam możliwości, żebyśmy się rozwijali, gdy rozmawiamy na temat nowych technologii, to mówią – tak, zbadajcie temat. Przedstawcie jak to ma wyglądać i za ile. A potem zazwyczaj pozytywnie opiniują nasze pomysły. Co jest też naszym problemem? Mapa. Geografia. Każdy zdolny chłopak przyjeżdża do nas przez Warszawę. Czym Jagiellonia przyciągnęła Pawła Olszewskiego? Na pewno nie pieniędzmi. Siedzieliśmy tutaj z nim i jego rodzicami, a oni powiedzieli: dla nas pieniądze nie są ważne, dla nas najważniejszy jest rozwój sportowy i osobowościowy. My byśmy ich pieniędzmi nigdy w życiu nie skusili. Nas nie stać by ściągnąć dziesięciu zawodników z Polski i ośmiu podziękować po roku, a są kluby w Polsce, które na to stać, które mają to wkalkulowane. My staramy się zminimalizować błąd. Wyeliminować przypadek. Podjąć takie decyzje, żeby najzdolniejszych utrzymać i żeby oni się harmonijnie rozwijali.

Lekko poruszyliśmy temat menadżerów i odczułem, że nie bardzo jesteście im przychylni.

RK: To ich praca. Są tacy i tacy. Jedni namącą, inni pomogą.

SK: Tłumaczymy rodzicom i piłkarzom: menadżer nie jest potrzebny. Jeśli chłopak jest inteligentny, poradzi sobie. Jak jest dobry, przebije się do składu, do kadry, trafi do notesów skautów z całego świata.

TK: Najgorsze jest wmawianie mu, że on już powinien grać w Realu Madryt.

SK: Możemy zadać jedno pytanie: jaki sens ma wyjazd chłopaka na testy do ligi niemieckiej, angielskiej, skoro on potem wraca? Menadżer tak tylko zarzuca haczyk. Pokazuje – mogę go wysłać tu, tam. Ale ten zawodnik wraca i pytamy – co te testy dały? Nic. Ukształtuj się jako zawodnik, wyjedź jako ktoś z doświadczeniem, będziesz inaczej odbierany. Owszem, menadżer ma rolę, ale też na menadżera przyjdzie czas.

TK: Który trener chce źle dla swojego zawodnika? Po co ci menadżer, skoro trener pracuje dla ciebie całym swoim sercem? A potem przyjdzie menadżer, powie – załatwię ci testy w Watford. I nagle ten, który pracował dla ciebie na sto dwadzieścia procent, przestaje się liczyć.

Gdy jak sprawdzimy w jakich miesiącach urodzeni są kadrowicze, to wygląda to mniej więcej tak: z pierwszego kwartału 60%, z drugiego 30% z trzeciego 10%, z czwartego zero. Jakoś tym walczycie?

RK: Jest wiek biologiczny, jest wiek kalendarzowy. Jeśli chłopak ma walory piłkarskie, warto czekać. Najbardziej zwracamy uwagę na technikę, kreatywność, szybkość myślenia, antycypację, no i na charakter! To są podstawy naszego szkolenia, więc wzrost, siła, nie są najistotniejsze.

TK: Znam daty urodzin w swojej drużynie i powiem, że jest pełna przekrojówka.

SK: Ciągle powtarzamy: wynik na poziomie młodzieżowym nie jest potrzebny. Medal ile będzie cieszył, miesiąc? A potem zawiśnie na ścianie. Natomiast jeśli ktoś trafi do pierwszej drużyny, przebije się, pójdzie dalej, to będzie dumą przez lata. Władze klubu to rozumieją.

TK: Ale to nie jest też tak, żeby tylko grać dla grania. Pójdzie do pierwszej drużyny i co, nie wytrzyma presji? Nie tłumaczymy: dobra, możecie przegrać. Presja jest nakładana z wiekiem, ostrożnie. Ja w juniorach starszych nie wyobrażam sobie, bym nie odpowiadał za wynik. Jedziemy się szkolić, ale też wygrać.

Mówimy od zawsze o straconych pokoleniach. W Holandii czytałem pogląd, że obecna sytuacja i fakt, że jedno pokolenie również stracili, także przez ofensywę internetu i nowych mediów. Nowych możliwości, ale i zagrożeń, na które ci pierwsi nie byli gotowi. Czy panowie widzą w tym problem czy coś, co można pozytywnie zagospodarować?

RK: Kiedyś była szkoła, a w wolnym czasie – piłka. Teraz internety nie internety. To odciąga.

SK: Kiedyś czas był spędzany na podwórku z piłką. Dzisiaj idziesz ulicą, rozglądasz się, patrzysz: słuchawki na uszach. Wzrok na telefonie. Odtwarzacz. Dzieci są tym zaabsorbowane. Piłka ma ogromną konkurencję w tych wszystkich środkach przekazu. Jeśli dziś kogoś z ich pokolenia nie ma na portalach społecznościowych, to tak, jakby ich w ogóle nie było. To jest ich życie.

TK: Bardziej przeszkadza niż pomaga, bo to kolejne czekające pokusy, ale można znaleźć złoty środek, można znaleźć dobre strony. Prowadzę juniorów starszych i dzięki portalom, dostępności nagrywania i nowych mediów, oglądają swoje mecze, widzą jak na dłoni swoje błędy. Oglądając swoich idoli, co dziś jest nieporównywalnie łatwiejsze niż dawniej, też mogą coś podpatrzeć.

TK: Pan pracuje w jednej firmie, a dzisiaj który trener pracując tylko z młodzieżą może się poświęcić juniorom? Ktoś niedopilnowany był kiedyś może dlatego, że trener musiał jechać na drugą zmianę zarabiać na godny byt swojej rodziny. Ja marzę, żeby być trenerem 24 na dobę. Póki to się nie zmieni, też będzie ciężko o kolejny krok. Podam przykład. Znam trenera młodzieży z pierwszej ligi. Musi zrobić kurs za 6000 zł, takie są wymogi licencyjne. Mówi, że nie może tego zrobić, bo klub mu nie da dofinansowania, a wymaga, choć płaci mu 600-800 złotych. To chore.

***

Rafał, były junior, dziś pracownik Jagi: – Chciałbym wrócić jeszcze do kwestii pieniędzy. Wiadomo, że każdy ma swój rozum, ale brakuje edukacji finansowej na poziomie gimnazjum, liceum.

Czyli klub tu mógłby się wykazać?

R: Nie wiem czy klub, czy jakaś inna organizacja, ale na pewno to by się przydało. Grałem w Hetmanie, w seniorach, 250 złotych dostałem i pomyślałem: o kurcze, ile to jest pieniędzy! To jak się głowa potrafi zagrzać przy większych kwotach.

***

Wizytujemy sztuczne boisko przy Stadionie Miejskim.

SK: Jesteśmy szczęśliwi, że możemy korzystać z tego boiska. To nie jest jedyne boisko treningowe, dzierżawimy też boisko przy Zespole Szkół Mechanicznych, a także kilka orlików. Nasze drużyny rozgrywają w razie potrzeby spotkania również na boisku MOSP-u, w Juchnowcu Dolnym, a zespół juniorów młodszych ostatnio grał ze Stomilem Olsztyn w Sokółce. Niemniej jednak, to właśnie z tego boiska korzystamy najczęściej.

Nie chcielibyście częściej pracować na prawdziwej murawie?

SK: Na pewno to jest cel. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że sztuczna murawa to inne obciążenia dla stawów, także na pewno jest to jeden z naszych priorytetów. Na ten moment brak miejsca, brak lokalizacji, cieszmy się więc z tego co mamy.

jaga cup

***

RK: O, były zawodnik PSV, proszę.

Piotr Matys! Jak się strzelało Barthezowi?

PM: Szybko. To było sytuacyjne uderzenie.

RK: powiedz jak ci odwaliło!

PM: nie, nie…

RK: CO NIE!

PM: Za dużo pieniędzy.

RK: No proszę! A woziłem cię na treningi, pamiętasz?

Kogo najbardziej wspominasz z PSV?

PM: Tam był wtedy Ronaldo przede wszystkim.

Gorszy byłeś od niego?

PM: Wtedy nie.

RK: Leciał na Ligę Mistrzów do Kijowa! I co? I odwaliło!

***

Bożena Chlabicz, dyrektorka podstawówki, która współpracuje z Jagą.

– Obawialiśmy się początkowo trochę, czy będziemy w stanie uzyskać dyscyplinę, czy nauka nie będzie trochę z boku. Ale nic z tego się nie sprawdziło. Chłopcy są zdyscyplinowani i wyraźnie jest to pokłosie treningów, obecności autorytetów, jakim są dla nich trenerzy. Dlatego bardzo chcielibyśmy utrzymać klasę piłkarską, to jest duma dla całej szkoły. Nasza perełka. Chłopcy niedawno wyprowadzali piłkarzy na mecz. Nie staramy się jednak funkcjonować tak, że wyróżniamy tę klasę – nie, traktujemy równo. Tak, współpraca z Jagiellonią to prestiż, doceniamy, ale nie ma preferencyjnego traktowania.

***

Jak trener Ryszard Karalus umawiał wywiad dla Weszło.

Witam, jest szefowa? Bo tu dziennikarz z takiego wielkiego Weszło chciałby porozmawiać. (Odpowiedź w słuchawce). To nic, to zabierzemy ją z lekcji, za pięć minut jesteśmy (Odpowiedź). To ja pójdę na lekcję zamiast pani dyrektor! B kwadrat delta równa się b kwadrat delta minus cztery…

Uprzedzając fakty: monolog o matematyce był tak charyzmatyczny i najwyraźniej prawidłowy, że faktycznie, dyrektorkę udało się skusić.

***

Rozmowa z dyrektor Beatą Zadykowicz, w której szkole uczą się już starsze dzieciaki. Przyznam szczerze – kłopotów w podstawówce się nie spodziewałem, niektóre wątki dawnego wywiadu natomiast uderzały w szkołę sportową.

Jaki jest plan szkoły, by pomóc przeprowadzić sportowca przez ten najtrudniejszy dla niego wiek?

Ja nie wiem, czy to jest najtrudniejszy wiek. Muszę powiedzieć, że jest to młodzież bardzo zdyscyplinowana. Pan się orientował które klasy u nas najlepiej zdają matury?

Nie. Natomiast słyszałem, że chłopcy często te matury olewali.

Najlepiej matury zdają klasy sportowe.

Od jakiego czasu?

Od paru lat.

A jak wygląda sprawa zachowania? Nie ma problemów?

Jeszcze raz panu mówię: to jest młodzież zdyscyplinowana, gdzie nauczyciel jest już drugim wychowawcą, bo pierwszym jest trener. W klasach sportowych pracuje się nawet lepiej niż w ogólnych.

To musiało się trochę zmienić.

Nie wiem czy to takie zmiany. Może jakiś uczeń nie osiągnął tyle co chciał i wylewa swoją gorycz? Nie mamy pijaństwa w internacie, mamy czyste pokoje, jest kultura na stołówce. Prowadzimy klasę PZPN i mamy kontrolę ministerialne, i gdy kiedyś u nas byli to pytali, czy dzieciaki wiedziały, że będzie kontrola, bo jest tak spokojnie. Wie pan, nie jest zawsze od A do Z wzorowo. Jakieś incydenty muszą się wydarzyć, to jest młodzież, ten wiek ma swoje prawa. Jeden młody człowiek zapamiętuje to, co jest najlepsze, ale jak ktoś chce zaszkodzić, to zawsze coś znajdzie. Ja pracuję tutaj od kilku lat, mamy młodzież z Jagiellonii, z MOSP-u, i nie mamy dużych problemów wychowawczych.

A średnia ocen w klasach sportowych w porównaniu do reszty?

Jak są przyznawane stypendia rady ministrów, to od kilku lat zawsze ma je u nas sportowiec. Teraz również, Robert Nowacki z 2A.

No tak, ale średnia ogólnie?

Średnia uczniów proszę pana jest taka jak należy. W każdej klasie jest uczeń słabszy, dostateczny i bardzo dobry. U nas też się to tak rozkłada. Jest uczeń ze średnią 2.0 i on dostaje pomoc, korepetycje, a jest też taki, co ma 5.0. Nie można naszego liceum, które ma profil sportowy, przyrównywać do 1LO czy 6LO, gdzie idą sami olimpijczycy. Mamy zobowiązanie wobec klubu, by chłopcy zdawali maturę, i robimy co możemy, by je wypełnić. Nie uciekamy przed odpowiedzialnością za rozwój chłopców, nie tylko w kwestii wiedzy, bo bardzo staramy się wychować ich na porządnych ludzi. Czasami coś tam w życiu człowieka może się wydarzyć, ale proszę mi wierzyć: to są incydenty, a nie procesy. Natomiast jak czytałam pana wywiad, to miałam wrażenie, że niby są to procesy, a nie incydenty.

***

RK: Karolowi Mackiewiczowi zmarł młodo tata. Karola wychowywała babcia. I co, i nie pomożesz? Nie wesprzesz w szkole? Siedzieliśmy nad matematyką. Albo Świderski – Cetniewo, Turcja. Zgrupowanie kadry, zgrupowanie pierwszego zespołu. Nie ma go miesiąc w szkole. I co, ma nie zdać chłopak? Mam go zostawić? Trzeba mu pomóc i zrobić tak, żeby zdał. W życiu nie ma czarne-białe.

tren

***

Junior, którego maila czytałem wcześniej trenerom, dotarł do nas później. Była unikalna szansa skonfrontowania chłopaka, który swoje w akademii przeżył (choć w innych czasach), z tymi, którzy dziś odpowiadają za jej kształt.

Na jego prośbę będzie figurował w artykule pod zmienionym imieniem – nazwijmy go Adrian.

Adrian: Gdy zaczynało się już poważniejsze granie, gdy była sytuacja, że albo idę w tą albo w drugą stronę, zerwałem więzadła krzyżowe. Czekały mnie cztery operacje. Długa rehabilitacja. Niestety wszystko to załatwiali i opłacali moi rodzice, mój ówczesny trener nawet do mnie nie zadzwonił. Czułem się odrzucony, zabolało.

Ryszard Karalus: W ogóle się nie interesował?

Adrian: Myślę, że był wtedy podział na lepszych i gorszych. Jak byłeś gwiazdą rocznika, miałeś załatwiane wizyty u najlepszych specjalistów. Ja nie byłem wybitny, nadrabiałem walecznością.

Sławomir Kopczewski: A sam nigdy nie poszedłeś porozmawiać z trenerem?

A: Poszedłem. Usłyszałem – zadzwonię do ciebie, załatwię ci lasery. I tyle, nigdy nie zadzwonił. To znaczy nie – był jeszcze jeden telefon, myślałem, że zapyta co u mnie, ale byłem tylko potrzebny do badań do pracy magisterskiej.

Napisałeś mi w mailu, że potwierdzasz wszystko to, co pojawiło się w moim wywiadzie.

A: Było takie uczucie, że masz świat pod nogami. To momentami zniewalało. Ja nie miałem problemów jako uczeń, ale też były takie chwile, gdy się myślało – e, co tam, gram w piłkę, to po co się uczyć?

Były osoby, które mówiły ci jak mały odsetek juniorów zostaje profesjonalnymi piłkarzami? Była próba zaszczepienia ci tej świadomości?

A: Wychowawczyni w gimnazjum bardzo często nam o tym mówiła, żeby skłonić nas do nauki. Nasz trener to raczej wtedy, gdy mocno zaszliśmy mu za skórę, jak coś nabroiliśmy w szkole, odezwaliśmy się źle do woźnej lub nauczycielki lub przeprowadzaliśmy jakieś akcje… Energia nas rozsadzała, cuda wianki się działy na lekcjach.

SK: Czyli sami macie sobie coś do zarzucenia?

A: Oczywiście, każdy ma swój rozum. Ale na pewno czas gimnazjum jest najgorszy. Mieszanka tego, że już chcesz uchodzić za dorosłego, a w głębi wciąż jesteś dzieckiem.

SK: Pytam dlatego, że prowadziłem klasę sportową, rocznik 89. Wszyscy zdali maturę. Wszyscy się uczyli. Na początek uchodzili za niespokojne dusze, niepokorne. Ale później miałem opinie od koleżanek ze szkoły: Sławek, przyprowadź następny rocznik piłkarzy. Dyrektor zaproponował mi stałą pracę, którą to ofertę odrzuciłem, bo chciałem zostać przy piłce. Widziałem na własne oczy, jak w tamtej szkole upadał stereotyp piłkarz-zły uczeń. Zastanawia mnie więc tym bardziej w czym tkwiły wasze problemy?

A: U nas była taka sytuacja, że w czasach gimnazjum byliśmy odosobnieni. W naszym roczniku nie było innych klas, nie było dziewczyn… Ciągle byliśmy ze sobą, nie było innego środowiska i rodziły się głupie pomysły. Moim zdaniem zmieniłoby się bardzo wiele, gdybyśmy byli też w środowisku innym niż piłkarskie.

Mogło być bardziej nastawione na przykład na naukę, a tak każdy patrzył jeden na drugiego i pompował marzenia o piłce.

A: Tak.

Powiedziałeś, że trener przypominał wam o wadze szkoły tylko w niektórych momentach. Dobrze to zrozumiałem?

A: Trener Karalus miał zawsze takie podejście, że trzeba być dobrym w szkole, ale nie każdy…

SK: Wszyscy mają takie podejście. Ja nie wyobrażam sobie, żeby nasz trener nie był zarazem pedagogiem. Trener był dla ciebie autorytetem?

A: (Wymowna cisza).

SK: Przed kontuzją? Bo rozumiem, że po kontuzji miałeś żal, ale przed kontuzją na pewno byłeś zapatrzony w trenera.

A: No przepraszam, ale nie. Mogę powiedzieć szczerze, że nie byłem. Rozumiem, że nie każdy może grać, że czasem trzeba kogoś ochrzanić… Ale tak, dziś, jak sam jestem na studiach pedagogicznych, potrafię powiedzieć, że brakło tego aspektu pedagogicznego. Widzę czego brakowało. Poniżanie… (A. zawiesza się głos)

Widać po tobie, że bywało ciężko.

SK: Żebyś nas źle nie zrozumiał. Spotkaliśmy się tu po to, żeby czegoś się nauczyć. Pracujemy nad tym, by się udoskonalać, wejść na drogę, która da nam pełny sukces. Różne są zdarzenia i chcemy wyeliminować wszystko, co może prowadzić do czyjegoś nieszczęścia. Nie twierdzimy, że teraz wszystko jest idealnie, że tak się diametralnie zmieniło, ale mocno pracujemy, żeby było lepiej.

RK: Ja widzę, że ta zadra mocno w tobie przetrwała. Mnie to strasznie zabolało co teraz mówisz.

A: Kiedyś mieliśmy zajęcia z trenerem Karalusem. Jeśli komuś nie wyszła wrzutka, to trener pokazywał nawet poprawne ustawienie stopy. To było to indywidualne podejście. Ale u nas najczęściej była, przepraszam, zjebka przy całej drużynie. Czasami człowiek puszczał to mimo uszu. Ale czasami to bolało.

RK: Ja zawsze trenerom mówię: nie nauczyłeś dobrze czegoś robisz i tego od niego wymagasz?! Sam jesteś winny, jak mu nie wyszło! Jak ktoś lekceważy to można rzucić mocniejsze słowo. ale jak chce się nauczyć i nie wychodzi? To masz mu pomóc!

SK: Jest nam przykro, że takie sytuacje się zdarzyły, jestem pewien, że nikt świadomie takich kwestii nie chciał zrobić.

A: Może też chodziło o to, że trener nam zawsze mówił, że jego szkoleniowiec był zbyt pobłażliwy, a on nałoży dyscyplinę i zrobi z nas piłkarzy.

RK: Dyscyplina musi być, bez niej do niczego się nie dojdzie, ale drużyna to pełno różnych charakterów, osobowości, które trzeba ciągnąć razem we wspólnym kierunku. Zobaczcie jaka to złożona sprawa.

SK: Nie myślałeś, żeby wtedy powiedzieć trenerowi o jego zachowaniu? Czasem jak po prostu usłyszy argumenty, to też może zachować się potem inaczej. Ja sam kiedyś poprosiłem innego trenera, by przyszedł do mnie na zajęcia i powiedział mi potem, czy jego zdaniem czegoś nie robię źle.

A: Ja wtedy nie wyobrażałem sobie, że można z tym trenerem porozmawiać.

Dlaczego? Nie budził w tobie zaufania?

A: Miał takie podejście, że jego zdanie jest najważniejsze i niczyje inne się nie liczy. Brakowało tego kontaktu, jak mówił, to do wszystkich, a nie tak, że wziął na bok, coś wytłumaczył, coś przekazał osobistego.

SK: Tak to wyglądało z twojej perspektywy, a powiedz, czy inni też tak uważali? Bo ja znam tę grupę, stanowiliście bardzo dobry rocznik, później prowadziłem niejednego z was.

A: Obawiam się, że tak. Jak rozmawialiśmy między sobą, to była zgodna opinia. Mi ta szkoła życia wyszła na dobre, bo to wszystko wzmocniło mnie, dzisiaj jestem odporny na krytykę, twardszy.

Jednego nauczy, drugiego może podeptać.

A: Ja gdzieś tam jestem odporniejszy. Pamiętam też jak było z chłopakami w internatach. Rodzice daleko, brak autorytetów w internacie, bo co to dla nich jakaś pilnująca pani…

SK: Dlatego wprowadziliśmy teraz trenera do internatu i uważamy, że to rozwiązanie się sprawdza. Trener jest pięć dni w tygodniu w internacie, prawie do dwunastej, a jeśli jest potrzeba – czyli jeśli chłopcy w weekend zostają – to wtedy też.

RK: Dużo chłopaków mieszka też na stancjach, gdzie jeden jest zawsze starszy – taki kapitan, który wszystko kontroluje.

A: Jeszcze zapytam – jak teraz się mają sprawy jeśli chodzi o koszty sprzętu?

SK: Rodzice partycypują w kosztach, im starsza grupa, tym mniejsze nakłady – junior starszy nie płaci w ogóle. Nie stać nas, by pokrywać wszystko, to są ogromne koszta. Ale też jeśli ktoś ma problem, to nawet jeśli rodzic nie powie – bo zwykle nie powie, może nie mieć ochoty, wstydzić się prosić o pomoc – to trener typuje chłopców, których trzeba wesprzeć. My opiniujemy taki wniosek i oni nie płacą, czy za sprzęt, czy za wyjazdy. Nie można dzielić środowiska tak, że ten jest dobry, bo ma pieniądze, a ten jest zły, bo nie ma.

***

Wyjeżdżając z Białegostoku huczało mi w głowie zdanie trenera Karalusa „Polacy to zdolny naród. My jesteśmy zakompleksieni pod tym względem. A co, spod ogona wypadliśmy? Nie! W niczym”. Mam pełne przekonanie, że gdyby ze trzy dekady temu trenerowi zaufano w Polsce, dano możliwości stworzenia systemu szkolenia, dziś piłkarski krajobraz w Polsce wyglądałby diametralnie inaczej. Trener sam swoją osobą potwierdza prawdziwość swoich słów.

Niestety jesteśmy w rzeczywistości, w której z równie wielką mocą dźwięczą mi słowa Tomasza Kulhawika, pasjonata z krwi i kości, który serce gotowy jest oddać drużynie, ale który nie może tego zrobić, bo musi szukać dodatkowej roboty aby zapewnić godny byt rodzinie.

W szkółce Dinama Zagrzeb podkreślają jak ważny jest skauting TRENERÓW. Bo baza, owszem, daje możliwości. Ale sama baza jeszcze nikogo nie wyszkoliła, tu potrzeba fachowców, jak – moim zdaniem – Kulhawik. Tymczasem u nas tacy trenerzy nie mają możliwości rozwinięcia skrzydeł.

Spotkałem w Białymstoku ludzi, którzy mają świadomość swoich niedociągnięć, i to jest budujące, bo to autostrada do rozwoju. Widać, że posterowali by tą barką na obiecujące wody, ale niestety – są ograniczenia niezależne od nich.

Dlatego jak już zdania się wyhuczały, zaczęło dźwięczeć jedno pytanie: ile można by fajnych projektów odpalić w akademii za pensję jednego nie umiejącego prosto kopnąć piłki Słowaka, Białorusina, Brazylijczyka?

Leszek Milewski

Fot. Jagiellonia.pl

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments