Diego Simeone. Teoretycznie wiemy o nim wszystko. Pięć lat pracy w Atletico spokojnie wystarczyło, by ze swoją filozofią trafić do mainstreamu. Co tam trafić… On wbił się do niego z bramą, wkroczył cały na biało – akurat w jego przypadku bardziej pasowałoby: na czarno – i oznajmił, że zostanie na dłużej. Stał się gwiazdą, globalną marką. Niby nie ma już przed nami tajemnic, jednak prawda jest taka, że chyba dopiero bliskie spotkanie z jego wyznawcami, fanami Atletico pozwala w pełni zrozumieć jego fenomen.

Piękna porażka Cholo. Ktoś więcej niż trener…

Na początku zobaczysz ich zdziwione miny, po tym jak usłyszą z twoich ust: Diego. Jaki Diego? Cholo! Później jeszcze tysiąc razy to słowo padnie w waszej rozmowie. Dziś w Mediolanie wyrazy uwielbienia dla Argentyńczyka można było spotkać na każdym kroku. W metrze skacze cały wagon, a głównym bohaterem przyśpiewki jest właśnie on. W drodze na stadion mijasz dziesiątki Griezmannów, Torresów, Godinów, ale wcale nie częściej niż ludzi, na których plecach widnieje nazwisko Simeone, trenera przecież! Komu zgotowano największą wrzawę przed pierwszym gwizdkiem? Domyślcie się.

Dopiero gdy tego wszystkiego dotkniesz, zrozumiesz, że to więcej niż trener.

13324202_1019313618123046_58055481_o

Naprawdę warto było poświęcić dziś pięć minut, by kosztem wydarzeń boiskowych, przyjrzeć się temu, co wyczynia przy linii bocznej. Tym bardziej, że wszystko działo się pod samym nosem trybuny prasowej. Najpierw przykuc i to taki, którego nie powstydziłby się nawet najbardziej doświadczony rycerz ortalionu. Myśli, analizuje, na chwilę zastyga – jakby z tej perspektywy dało się dostrzec coś więcej niż na stojaka. Wstaje, robi trzy rundki wzdłuż wyznaczonej strefy i wtedy się zaczyna. Przez dobre dwie minuty słowa nieustannie wylewają się z jego ust – podpowiada, motywuje, a także – sądząc po mowie ciała – opierdala. Skierowany jest w kierunku murawy, ale tak naprawdę ciężko jednoznacznie stwierdzić, kto jest adresatem jego słów. Gabi? Augusto? A może Filipe Luis? Zresztą, nieważne – większość słów nie ma szans w starciu z takim tumultem jak ten dzisiejszy na San Siro. Pewnie on sam ma tego świadomość, ale inaczej nie potrafi.

Kolejna scenka: piłkarze są gotowi, sędzia Mark Clattenburg za chwilę chce dać sygnał do rozpoczęcia dogrywki, a on wciąż przebywa na murawie, wciąż coś tłumaczy swojemu skrzydłowemu. Zupełnie jakby był to trening, a nie finał Ligi Mistrzów – reszta może na nich poczekać. I naprawdę nie widać w tym grama sztuczności.

cholo

Bez dwóch zdań – dwunasty zawodnik.

Co więcej – w pewnym momencie masz wrażenie, że prowadzi dwie drużyny – dyryguje tą, która znajduje się na murawie, ale nie zapomina o swoich ludziach na trybunach. Wyrzuca ramiona wysoko do góry – wtedy kibice zwiększają intensywność dopingu, to normalne. Ale wystarczy również, że tylko stanie w ich kierunku, a już podnosi się lekka wrzawa – kibice sprawiają wrażenie, że czekali na ten sygnał.

Gdy kilkadziesiąt tysięcy ludzi na stadionie i wiele milionów widzów przed telewizorami patrzy jak kolejny piłkarz ustawia piłkę na jedenastym metrze w konkursie rzutów karanych, który ma zadecydować o tytule najlepszej drużyny klubowej na Starym Kontynencie, on najpierw przechadza się po po swojej strefie, a później rusza w przeciwnym kierunku. Do swoich kibiców, jeszcze raz poprosić o wsparcie.

Naprawdę dużym przeżyciem dla fana futbolu jest obserwowanie z bliska tego związku.

Dziś Simeone przegrał. Powiemy, że miał pecha , bo: a) po bramce ze spalonego, b) po rzutach karnych, w dodatku c) po przestrzelonej jedenastce w regulaminowym czasie gry. Ale jednak przegrał. Naprawdę warto docenić efektowne wejście do profesjonalnej piłki trenera Zidane’a i to, jak podniósł drużynę, ale trochę szkoda, że puchar wylądował akurat w tej części Madrytu. Tak pięknej historii jak ta Atletico po prostu należy się efektowna puenta.

Ale może dla nas – postronnych obserwatorów – to nawet lepiej, że tak się stało? Będzie jeszcze bardziej zdeterminowany, by taką napisać.

MATEUSZ ROKUSZEWSKI