Przyklepanie mistrzostwa w Gdańsku? Legia trafiła najgorzej jak mogła

redakcja

Autor:redakcja

11 maja 2016, 12:39 • 3 min czytania

Reklama
Przyklepanie mistrzostwa w Gdańsku? Legia trafiła najgorzej jak mogła

Na papierze wszystko wygląda ładnie. Dwa mecze, trzeba wygrać co najmniej jeden z nich i już można ruszać w miasto. Ale wyobraźmy sobie jednak, że Legia nie zgarnia dziś żadnego punktu, za to Piast masakruje grający już tylko o dobre imię Ruch. W stolicy zaczyna się nerwówka, do ostatniego meczu z Pogonią Legia niby wciąż podchodziłaby z uprzywilejowanej pozycji, no ale wiadomo, że podczas wojny nerwów dzieją się czasem rzeczy trudne do wytłumaczenia. By przykładów nie szukać daleko – widzieliśmy to choćby ostatnio, kiedy Arek Milik i spółka w cuglach zgarniała tytuł frajerów roku.

Reklama

Wyjazd do Gdańska – na tym etapie sezonu Legia nie mogła gorzej trafić. A widzimy tego co najmniej pięć powodów.

Po pierwsze: Lechia chce zrobić to, czego nie udało się zrobić w Warszawie. Po obejrzeniu składów przed tamtym meczem zdążyliśmy już przypiąć Nowakowi łatkę głupca i zdegradować go do roli samobójcy (siedmiu stricte ofensywnych piłkarzy w składzie), a jednak okazało się, że ten wysoki pressing i napieranie na rywala to wcale nie jest taki najgorszy pomysł. Wyszło tak, że Legia schodziła ze swojego boiska z jednym punktem i mogła się cieszyć, że w ogóle jakiś udało się zdobyć. A to – przyznacie – dość niecodzienna sytuacja.

Po drugie: trener Lechii już pewnie zaciera ręce, żeby i tym razem zabawić się w podobny sposób. Legia jedzie bez umiejętnie łączącego atak z obroną Jodłowca, za niego zagra pewnie Vranjes, czyli Nowak znów może poszarżować – przy Łazienkowskiej odpuścił asekurację dwóch defensywnych pomocników, bo wiedział, że z przodu są równie groźni, co Arkadiusz Malarz. A skoro wtedy ta taktyka wypaliła, w sumie czemu miałaby nie wypalić także i teraz?

Niby nie zagra Mak i Mila (prawdopodobnie), ale przecież zamiast Wojtkowiaka i Kovacevicia można wystawić Haraslina, do przodu wpuścić Buksę, a Flavio przesunąć nieco do tyłu.

Reklama

Po trzecie: Lechia wciąż ma szanse na puchary. Jasne, są to raczej szanse na zasadzie „my wygrywamy wszystko, reszta dostaje po tyłkach”, no ale skoro będą mieli inne cele poza zrobieniem zamieszania w tabeli (biorąc pod uwagę niedawne wydarzenia, za chwilę moglibyśmy nabrać takich podejrzeń) o ich zaangażowanie nie musimy się martwić.

Po czwarte: stadion w Gdańsku może kojarzyć się legionistom jak podróż w paszczę lwa. Jeśli Legia może tam zawalić sprawę – zawala. W 2012 roku okoliczności były bardzo podobne do dzisiejszych. Przedostatnia kolejka, także Gdańsk i wszystko w warszawskich rękach. Wygrywają – są o krok od mistrzostwa. Przegrywają – tracą tytuł, o ile któryś z rywali nie wykazuje się równie dużym frajerstwem. Ostatecznie się potknęli, a świętowano we Wrocławiu. Jakby tego było mało – rok temu legioniści stracili tam szanse w wyścigu z „Kolejorzem” (pozostały one iluzoryczne). Kiedy na tym stadionie trzeba grać o wszystko, legioniści robią to z gracją Podbeskidzia.

I po piąte: Lechia Nowaka – to najważniejszy z punktów – u siebie to pieprzony walec, który masakruje praktycznie wszystko, co stanie jej na drodze. Statystyki wyglądają brutalnie:

– 2,71 punktów na mecz,

Reklama

– 2,86 zdobytych bramek na mecz,

– 0,57 bramek straconych na mecz.

Jasne, to tylko siedem meczów, więc zbyt daleko idących wniosków wysnuwać nie należy, ale z drugiej strony to bilans, przy którym lekko spocić musi się nawet największy kozak.

***

Reklama

Jeśli liga dziś się już rozstrzygnie, bardziej spodziewamy się, że stanie się to za sprawą piłkarzy… Ruchu Chorzów. Ale dla dobra emocji lepiej byłoby, żeby się jeszcze nie rozstrzygała. Multiliga, w której roi się od niewiadomych – to byłoby to.

15

Fot. FotoPyk

Najnowsze

Reklama
Ligue 1

Skandal po derbach we Francji. Działacz Lille został pobity

Maciej Piętak
2
Skandal po derbach we Francji. Działacz Lille został pobity

Weszło

Reklama