Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

redakcja

Autor:redakcja

30 listopada 2015, 14:35 • 6 min czytania

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

Czasem łapię się na tym, że nie ma już zbyt wielu tematów, które mogłyby zaciekawić górne trzy procent. Niewiele tego, ligę może obejrzeć każdy w stu powtórkach i do tego niemal każdą, felietonistów nam się cudownie namnożyło (a papier cierpliwy, ale i kiedyś grafomania kwitła, a Atlas był jeden), informacje są na pstryknięcie. Ale czasem pstrykasz, pstrykasz i klikasz, a tu nic. Pustka. Białe kartki. Historie wyprane z historii.

Reklama

Niedawno – po serii zamachów – zastanawiałem się, jak mógłby istnieć świat bez piłki ligowej i reprezentacyjnej. No mógłby – utwierdzałem się w tym przekonaniu – jak przerwano rozgrywki w krajach okupowanych (Polska) bądź będących w stanie wojny (choćby Wielka Brytania). Tymczasem, jeśli chodzi o nasz kraj, niestety powtarzałem mity. I nie ze swojej winy, bo nie ja byłem cenzorem historii.

Bo otóż jeśli pogrzebać nieco dalej, niż nam pozwolono – otóż w czasie II wojny kopano w najlepsze, a i wtedy Gleiwitz miało jedną z najmocniejszych jedenastek! Gdy spojrzeć (nie wiem czemu na tak śladowe relacje w necie, a niektóre nawet po… rosyjsku), otóż liga na obecnych terenach Polski grała i to jak! System rozgrywek, z powodu unikania dalekich podróży, zakładał eliminacje w regionach (grywano tak i w Polsce przed rokiem 1927 i powstaniem centralnej Ligi). Ale potem szło to aż do góry, półfinałów i finałów, w których znajdziemy tak znane jedenastki jak Schalke 04, Hamburger SV, Kaiserslautern, Rapid Wiedeń etc. U nas zaś – prócz Gleiwitz (Gliwic), Koenigshutte (Chorzów, mistrzowie z Wilimowskim na początku!), Stettin (Szczecin), Danzig (Gdańsk), Hindenburg Allenstein (Olsztyn), Posen (Poznań) i Littmanstadt (Łódź, chyba ładniej się w okupację nazywała, choć Piotrkowska szpetniej – Hitlerstrasse), Koenigsberg (Królewiec). To miasta będące w Rzeszy bądź do niej włączone, wraz z piłkarzami. Ale była i Generalna Gubernia. I zerkam na spis jedenastek wojujących w Gaulidze GG, a tam dwie ekipy z Krakau (wow, musieli i wtedy mieć derby jak w niedzielę, pewnie na tych samych obiektach!), były też dwie ligowe ekipy z Warschau! (czyli lepiej jak teraz), no i parę z Radomia, przez pośpiech zapewne nie przemianowanego.

Reklama

Patronem tego wszystkiego było na ogół, to ciekawostka raczej – lotnictwo Goeringa. Wyobraźcie sobie mecz (były takie, choć komp wskazuje błędy!): Luftwaffe Stettin – Luftwaffe Danzig (teraz, w środę chyba będzie to Pogoń Szczecin – Lechia Gdańsk!).  Albo mecz w Bytomiu (Beuthen) reprezentacji Niemiec z Rumunami, 50 tysięcy Ślązakow na trybunach a gola za golem wali katowiczanin z urodzenia Wilimowski).

Czemuż to wszystko gdzieś się pochowało. Ano… z poprawności politycznej (i historycznej), która wyrządziła tak wiele krzywdy także mnie, niepoprawnemu (nie zapomnę dyskusji z Maciejem Polkowskim, red. nacz. PS – on pisał, że Wilimowski to wróg, renegat i zdrajca, ja że piłkarz niemiecki i mógł grać gdzie chciał, on – że gówniarze tacy jak ja nie znają historii własnego narodu!!!

Otóż  najbardziej wstydliwe było nie to, że grał Wilimowski. Że wielu jego kolegów z boiska gralo w tej Gaulidze i oni też, w komplecie, stworzyli na przykład powojennego Górnika Zabrze w mieście Hindenburg, z prezesem, który był szefem hitlerowskich związków zawodowych. Z piłkarzami, którzy w wojnę poznali i front wschodni, ale i pływanie na U – Bootach,  a Cieślik nie załapał się do służby w Wehrmachcie jedynie ze względu na młodociany wiek…

Jak wspominał Górski (to już Lwów – Lemberg), który kopał w kilka lat ledwie dla klubów polskich, sowieckich i niemieckich – wyzywano ich, Polaków z trybun krzycząc, że sprzedają się „za chleb i marmoladę”.

Otóż – stąd to poprawianie historii bądź jej wymazanie – luka dotycząca Krakau i Warschau, bo w Oberschlesien bohaterów, którzy woleliby obóz koncentracyjny zamiast grania za kartki na żywność, raczej nie było. Ba, naprzód Lipiny (TuS Lipine bodaj), z reprezentantami Polski awansował do finału Pucharu Niemiec, zwanego pucharem Tschammera – hitlerowskiego ministra sportu.

No więc Warschau i Krakau – cztery kluby i same białe plamy. Mogę przyjąć z pewnością, gdy chodzi o stolicę, że kolaborowali w wojnę byli i znani wówczas zawodnicy Polonii i Legii, tak jak Adolf Dymsza grywał w niemieckich komediach. O tym wspominali moi bardzo starzy rozmówcy, gdy pisałem artykuły do „PN”. Ale moich szefów to nie interesowało – że ktoś z Polonii kolaborował??? Oni raz w roku drukowali wspomnienia seniora naszego, Miecia Szymkowiaka (ten przesympatyczny dziennikarz i kopalnia informacji był nawet… selekcjonerem kadry, zapewne jako jedyny znał bowiem „okupacyjnych” graczy!). No i Miecio raz w roku opisywał okupacyjny, nielegalny klub „Błysk”, z którym grywał na Polach Mokotowskich. Ale nie miał szans na Gauligę – to już ode mnie. Tam potrzebna była volkslista, albo takie umiejętności futbolowe, że Niemcy brali do siebie bez pytań. I takie umiejętności Polacy wtedy mieli – tydzień przed wojną ograliśmy na Legii wicemistrzów świata sprzed roku (czyli z ’38) Węgrów 4:2 (trzy – Wilimowski). Na igrzyskach ’36 – bez Wilimowskiego zdyskwalifikowanego za pijaństwo – czwarta lokata, też niezła, grali wtedy sami ze świata najlepsi.

No więc kto pokaże listę tych folksdojczów futbolowych, nie będzie ferował wyroków o patriotyzmie, a raczej uzupełni lukę w piłkarskiej historii. I potwierdzi, a może zaprzeczy,  czemu Polonia Warszawa została mistrzem na gruzach? Taka wytrenowana czy (wolałbym wierzyć w to drugie oczywiście) taka odrodzona?

Trudno mi zresztą sobie wyobrazić czemu nie natykam się na wspomnienia tamtych czasów, gdy nic już za to nie grozi, nawet społeczne potępienie. Tu łapanka w Warszawie, a tu wyjazd na derby Krakowa tramwajem – ten na front, ten na przepustce, Frankowi mina urwała nogę, od Janka znaku życia od dwóch lat, Józek strzelił gola z trzydziestu metrów i dostał przydział na węgiel… Życie futbolowe w okupowanej Polsce.

Ktoś to wymazał wszystko, pewnie strach – poza Górskim. Bo on wcielał w życie teorię, którą wyczuwał intuicyjnie, a której uczą najlepsi negocjatorzy (i faceci kręcący ustawicznie na boku, jak ja) – trzeba zawsze mówić prawdę. Bo prawdę… najłatwiej zapamiętać.

Ludzie, którzy grali w Gaulidze, lidze wielu państw w środku Europy, w okupacyjnej Lidze Mistrzów niemal, mają dziś pomiędzy 80. a 100. rokiem życia. Jeśli jest gdzieś jakiś młody chłopak, który nie zniechęci się do słuchania tych staruszków, i napisania, a właściwie odtworzenia historii paskudnej, takiej z gatunku nie do wiary, a jednak naszej – pokłonię mu się niziutko, i przeczytam chętniej niż współczesne biografie, poza Bestem w zasadzie jednakowe.

Wymierają ostatni świadkowie i uczestnicy Gauligi. Rozgrywek, w których nagrodą bywał czasem jeszcze jeden miesiąc życia całej rodziny. Odmowa gry kończyła się…

Może warto przypomnieć i tych Niezłomnych, którzy nie skusili się na chleb i marmoladę?

Nie wierzę, że nie było takich. Takich upartych, z Mostu na rzece Kwai.

Polityka historyczna, o której mówią władze, to także polityka futbolowa. Warto ją odtworzyć. Choć to nieco trudniejsze, niż wytypowanie zwycięzcy Złotej Piłki.

*

A moja kolejność 2015

1. Vardy

2. Bravo

3. Mraz

I zachęcam was do typowania własnych laureatów, ale żeby sięgnąć poza poprawność i poza sprawy oczywiste. Patrzeć nie tylko na osiągnięty cel, ale też – na punkt wyjścia.

Poza mną chyba żaden inny dziennikarz sportowy nie ma o czymś takim w ogóle pojęcia. Punkt wyjścia.

No, ale tego wam akurat zazdroszczę!

Najnowsze

Reklama

Felietony i blogi

Reklama
Reklama