Chcesz oglądać zwycięstwa Korony? Jedź na wyjazd!

redakcja

Autor:redakcja

02 listopada 2015, 21:07 • 3 min czytania

Chcesz oglądać zwycięstwa Korony? Jedź na wyjazd!

Za chwilę zaczniemy podejrzewać, że to jakaś ustawiona akcja, mająca na celu poprawę frekwencji wśród ultrasów Korony jeżdżących na wyjazdy. Kupiłeś karnet na Kolporter Arenę, żeby razem z ukochaną drużyną cieszyć się po zwycięstwach? Umoczyłeś! To tak, jakbyś kupił Yorka chcąc ochronić swój dobytek przed złodziejami albo zamieszkał niedaleko lotniska uwielbiając rozkoszować się spokojem w domowym zaciszu. Mało można było sobie wyobrazić mniej trafionych inwestycji. Ha, ale mamy rozwiązanie. Bo to nie tak, że zwycięstw Korony obejrzeć się nie da. Da się. Sposób jest prosty: kupuj szalik, wsiadaj w pociąg i wio przez pół Polski.

Czasem różni producenci są na tyle pewni swojego produktu, że decydują się na następujący chwyt marketingowy: będziesz w stu procentach zadowolony, a jeśli nie, to oddamy ci całość kasy. Cóż – jeśli zakup karnetu na Kolporter Arenę byłby obarczony podobną klauzulą, coś nam się wydaje, że śmiało można by zatrudnić dodatkową panią do przyjmowania zwrotów, a miejsce w kolejce trzeba byłoby trzymać od wczesnych godzin porannych. Bo rezultaty Korony u siebie są – nie bójmy się tego słowa – kompromitujące. KOM-PRO-MI-TU-JĄ-CE.

Reklama

Na przykładzie Korony Kielce można pisać traktaty o polskiej gościnności. „Przyjechałeś do nas? Czuj się jak u siebie w domu” – zdają się mówić przed meczem kieleccy piłkarze do swoich rywali. Na siedem meczów u siebie wygrali tylko raz. TYLKO RAZ. Na Boga, mówimy przecież o drużynie, która dziś mogła zrównać się punktami z drugą Legią Warszawa! O ekipie, która przed tygodniem pojechała na boisko lidera i jako pierwsza w tym sezonie zabrała mu komplet punktów z jego boiska. O jedenastce facetów, którzy trzysta kilometrów od domu dadzą radę trafić w bramkę, ale będąc u siebie zapominają, gdzie się strzela!

Coś się zacięło w tej drużynie. I to nie tak, że Korona grała jakoś źle. Wręcz przeciwnie. Parę razy nieźle założyli pressing (goście w niektórych sytuacjach bili po autach – a przecież wielu okrzyknęło ich ekstraklasowymi mistrzami wychodzenia spod presji), na skrzydle szalał Łukasz Sierpina – generalnie niezręcznie nam jest chwalić tego chłopaka (jeszcze zero goli, zero asyst), ale momentami naprawdę zaczyna przypominać piłkarza – do tego było widać w ich grze ambicję, parcie, dążenie do strzelenia bramki. No, ale same chęci nie wystarczą. Chyba że…

Reklama

… nazywasz się Dariusz Jarecki i bardzo chcesz strzelić gola z rzutu wolnego. Ależ to było fatalne wykonanie stałego fragmentu, serio. Obrońca Termaliki zamknął oczy i… po prostu kopnął. Na tyle szczęśliwie, że piłka otarła się o stojącego w murze Aankoura i wpadła przy samym słupku, obok totalnie bezradnego Małkowskiego. I takim oto sposobem niecieczanie przerwali swoją passę: w pięciu poprzednich meczach nie wygrali ani razu. No ale gdzie lepiej pozbyć się kamieni z butów, jak nie w Kielcach.

W miejscu, gdzie każdy może czuć się jak u siebie w domu.

korona-termalica

Fot. FotoPyk

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama
Reklama