Były w tej rubryce rozmowy z piłkarzami, ex-piłkarzami, agentami oraz działaczami. Czas więc na rozmowę z dziennikarzem, choć w tym przypadku lepiej brzmi słowo: reporterem. Bartosz Ignacik. Twórca Turbokozaka, programu, który – chyba można użyć takiego stwierdzenia – przechodzi do legendy polskiej telewizji sportowej. Który odcinek wywołał interwencję władz państwowych? Która gwiazda ligi zawiodła najbardziej? Jak wygląda plan na najbliższe miesiące? Dlaczego trudno namówić Lewandowskiego i o co spinał się Grosicki? Wreszcie – o co pretensje do Bartka ma jego żona, tenisistka Klaudia Jans-Ignacik? O tym wszystkim i o wieeeelu innych rzeczach przeczytacie w tej długiej rozmowie.

Casual Friday. Doszło do absurdu – Turbokozak ma lepszą oglądalność niż Ekstraklasa.

Kto jest popularniejszy – ty czy żona?

To było rok temu. Wimbledon, wracamy z kortów treningowych, podchodzi do nas dwóch chłopaków. Pytają, czy mogą zdjęcie i autograf. Żona zdejmuje torbę, mówi, że nie ma problemu, na co jeden z nich: „przepraszam, ale chodziło o pana Bartka”. Niestety dla Klaudii bardzo się to zmieniło w ostatnich latach i zaczęło przechylać w niewłaściwą stronę. To kwestia Turbokozaka. Najchętniej oglądany program w Canal+. Bramki czy skróty można obejrzeć o każdej porze na każdej stronie. Potem to umiera. Tutaj natomiast mamy sprawę niewyreżyserowaną, cotygodniową i z rywalizacją. Coś, czego wcześniej brakowało.

Podobno kiedy wracacie z meczów i zatrzymujecie się na stacjach, zawsze słyszycie: „o, Turbokozak!”.

Ale nie czuję z tego powodu jakiejś dumy. To zasługa programu. Ile my dostajemy maili… Ludzie wysyłają zdjęcia, filmiki, kompilacje. „Cześć, nazywam się tak i tak, kiedy przyjedziecie do mnie nakręcić Turbokozaka?”. Kiedy pięć lat temu ten program powstawał, to było nie do pomyślenia. Wiesz, gdzie jednak widzę największą zmianę? W podejściu piłkarzy. Początkowo dzwoniłem i musiałem przekonywać. Dwa, trzy, cztery dni. Każdy się bał. Daniel Gołębiewski powiedział: „Boję się, że jeśli wystąpię, to obniżą mi kontrakt!”.

To akurat nie jest tak absurdalne, bo grał w Polonii.

Ale ta rozmowa była już za Króla, więc… w sumie nie mieli czego obniżać. – Nic nie stoi na przeszkodzie. Jeden pies. I tak nic nie dostajecie – odpowiedziałem. Pomyślałem jednak, że skoro u ludzi, z którymi się wręcz koleguję, natrafiam na takie problemy, to co będzie przy piłkarzach, których znam na cześć-cześć? Z jakiegoś powodu nie mogłem nagrać pierwszego odcinka. Pojechał Żelek i zrobili odcinek zerowy. Wyszło dość surowo, bez tych wszystkich dźwięków, które dziś oglądamy. Bohaterem był Daniel Sikorski.

W czasach Górnika czy Polonii?

Polonii. I to bardziej w czasach down niż up. Daniel nie umiał już strzelać goli. Zaczęliśmy poprawiać ten odcinek, ale uznaliśmy, że to bez sensu, skoro facet nie gra, a kiedy już gra, to w dziewięciu sytuacjach bramkowych na osiem piłka ląduje na trybunie. Strzelilibyśmy sobie w stopę. Pomyśleliśmy: wypuścimy to i chłop już klubu nie znajdzie. Nawet do tej Szwajcarii go nie wezmą. Pojechaliśmy do Patryka Małeckiego, który był na topie i – „Mały” to „Mały” – zgodził się od razu. Do czego zmierzam – początkowo musieliśmy wszystkim szczegółowo tłumaczyć, o co chodzi, a kiedy zatelefonowałem do „Grosika”, pierwsze zdanie, jakie usłyszałem, brzmiało: „myślałem, że już nie zadzwonisz”. To pokazuje ewolucję Turbokozaka.

11070178_1062633540420166_6466948640355638920_n

Pierwszy odcinek, który odbił się olbrzymim echem, to ten z Prejuce’m Nakoulmą. Zainteresowały się nim nawet władze Burkina Faso.

I do tej pory uważam, że to ja powołałem go do kadry! Pojechaliśmy do Nakoulmy w grudniu. Mieliśmy jakiś problem ze stadionem, bo zaczynał się remont na Górniku, który miał potrwać jeszcze 50 lat. Ostatecznie stanęło na Gwarku. Prejuce był już zniecierpliwiony, ale założył czapkę Mikołaja i wykręcił świetny wynik. Mniej więcej wtedy ogłaszano powołania na Puchar Narodów Afryki. Nie załapał się. W tzw. międzyczasie nagrałem mu jednak płytkę z Turbokozakiem, którą zabrał na święta do siebie i… nagle na początku stycznia pojawia się informacja, że Nakoulma został dowołany. Okej, wiadomość jak wiadomość. Czytam jednak dalej, a tu się okazuje, że odcinek rozniósł się po Burkina Faso do tego stopnia, że dotarł aż do prezydenta. Ten powiedział: „jak taki piłkarz może nie jechać na turniej?” i kazał selekcjonerowi wysłać powołanie. Na podstawie naszego nagrania! Historia może nie na film dokumentalny, ale na 15-minutowy reportaż już jak najbardziej! Pojechać do prezydenta i zapytać go: „o co tu chodzi?”.

Nakoulma zaczynał wtedy wyrastać na maskotkę ligi.

Jego popularność wzrosła i… nagle zamknął się w sobie. Przestał udzielać wywiadów. Rozmawiałem z nim parę razy, ale kiedy sobie przypominam Prejuce’a w momencie kręcenia odcinka i trzy miesiące później – to zupełnie inny człowiek. Nie wiem, o co chodziło. Może o to zamieszanie transferowe? Chciał odejść, nie chcieli go puścić. Raz oferty były, raz nie. Skończyło się na tym, że zupełnie się odciął. Jedyny człowiek, który nie udzielał wywiadów ani w przerwie, ani po meczu. Zdawał sobie sprawę, że grozi mu kara finansowa, ale miał to głęboko w dupie.

I płacił kary czy nie chcieliście wytaczać wojny?

W kontraktach jest zapis o karze, ale raczej tego nie egzekwujemy. To jak kazus prawny – zaczniemy raz i potem trzeba będzie to ciągnąć. Po pierwsze – szkoda czasu, po drugie – zaczęliby się obrażać i pojawiłyby się problemy. Ktoś odmawia – okej, więcej nie rozmawiamy. To kwestia szacunku do naszego zawodu. Wracając do Nakoulmy – o ile wcześniej mieliśmy sporo zabawy przy Turbokozaku i traktowaliśmy to jako fajny program, o tyle wtedy przekonaliśmy się: „o, tu jest szansa na coś więcej!”. Liga+ Extra to nasz produkt numer jeden. Ogląda ją ze 100 tysięcy ludzi. Prawie każdy odcinek Turbokozaka ma na YouTube minimum stówę, a sam Szczęsny – 700 tysięcy wyświetleń. Czasem tylko gdy czytam komentarze pod filmikami i sugestie, kogo powinniśmy zaprosić, a kogo nie, to aż chcę odpowiedzieć: „zapraszam serdecznie. Spróbujcie kogoś załatwić z tego klubu”. W zeszłym sezonie brakowało nam jednego zespołu: Ruchu Chorzów.

Dlaczego?

Tak zwany opór materii.

Dlatego teraz np. wzięliście w Lechii niewiele znaczącego Adama Dźwigałę?

Pojechaliśmy do Gdańska, ale nikt nie chciał zgodzić się na nagranie. W końcu wystawili Adama. Początkowo nawet nie wiedziałem, jak to ugryźć. Kiedy już operator włączył kamerę, zapaliła mi się lampka. „O, zróbmy z tego konkurs syn – ojciec”. Nie konsultowałem tego z Darkiem, liczyłem po prostu, że się zgodzi. Pełen spontan. Udało się. Potem tylko ktoś pisze: „no, widzę, że wszystkie kluby poza Ruchem. Wiem, o co chodzi. Faworyzujecie innych!”. W porządku, ale co mam zrobić, skoro nie chcą wziąć udziału?

Wciąż tak trudno ich namawiać?

Zależy od piłkarza. Ostatnio wszyscy się nagrzali, gdy zobaczyli moje zdjęcie w stroju bawarskim na Oktoberfest. Pomyśleli, że nagrywam Lewandowskiego. Potwierdzam, że trwają rozmowy, ale postawmy sprawę jasno: co Lewandowski może wygrać występując w Turbokozaku?

Niewiele.

A co może stracić?

Że jakimś cudem wyprzedzi go Drągowski lub Cebula.

Z całym szacunkiem dla obu tych panów – Robert w tym porównaniu nic nie zyska, a stracić może sporo. Jak wygląda 90 procent opinii w internecie? Jedna na dziesięć, że fajnie. Po co to „Lewemu”? Trudno będzie przekonać piłkarzy tego pokroju. Chcielibyśmy dziś puścić Lewandowskiego, za tydzień Milika, następnie Carlosa Bakkę, a na koniec Wilfrieda Bony’ego. Ten program generuje oglądalność. Nawet uczestnicy konkursu Palmolive – czemu osobiście byłem przeciwny – wykręcają dziesiątki tysięcy wyświetleń. Tomasz Pustelnik z Błękitnych – 150 tysięcy. A propos – im mniejszy klub, tym lepiej cię witają. „Panie Bartku, myśleliśmy, że pan nie zadzwoni”. Aż miło czasem pojechać do Bielska. W takich miejscach czujesz, że ten program coś wniósł.

Niektóre kluby same zaczęły robić swoją wersję Turbokozaka.

To chyba nasz błąd, że nie zastrzegliśmy nazwy, ale z drugiej strony niech już zostanie, skoro ma przynosić popularność. Ludzie bardzo chcieli zobaczyć Krzysztofa Golonkę, mistrza trików i żonglerki. Pomyślałem, że skoro naród go chce, to będzie go miał. Dzwonię, witam serdecznie, wszystko dobrze, ale jak facet usłyszał słowo „Turbokozak”, to chyba zemdlał za telefonem. Niedobór tlenu. Nie ma gościa. Tylko wycedził, że ma swoją stronę internetową i nie chce wystąpić. Nie oszukujmy się – ten konkurs tylko przyniósłby mu większą popularność, ale widocznie czuł, że też ma więcej do stracenia. Młodzi piłkarze jednak aż garną się do Turbokozaka. Momentami mam łzy w oczach, gdy słyszę od Tuszyńskiego czy Zwolińskiego, że gdy parę lat temu grali w niższych ligach, to marzyli o tym konkursie. Nie chcę używać górnolotnych słów, że przechodzimy do historii, ale cholera, robimy naprawdę fajną rzecz!

11390284_1108196605863859_2758279012063817462_n

Wspomniałeś, że chcecie wyjść z konkursem do świata. Co masz na myśli?

Marzymy o wyjściu za granic. Od razu zaznaczam, że to jeszcze niepewne, bo zaraz zaczną mnie rozliczać, ale trwają rozmowy z Claudem Makelele. Marzy mi się, żeby na koniec odcinka sam nominował kolejnego uczestnika. „Witam panie Christophe Dugarry, za tydzień jedziemy pana odwiedzić w Bordeaux”. Wszystko brzmi pięknie, ale to bardzo skomplikowane logistycznie. Załatwienie boiska, przewiezienie płachty i sprzętu… Wierzę jednak, że – niekoniecznie akurat z Makelele – jeszcze w tym roku się uda. Czas na następny krok, bo odcinki z polskimi piłkarzami grającymi za granicą mamy już za sobą.

I jak wspominasz Szczęsnego i Grosickiego?

Kiedy decyduje się ktoś taki, wiadomo, że będzie show.

Bo nie napinają się aż tak na punkty?

Oj, tu się mylisz! „Grosik” do dziś ma pretensje, że Kamil Kosowski wykonał ostatnią żonglerkę mocniejszą nogą i przez to zrównali się punktami. Powiedziałem Grosickiemu, że marzę, by do końca sezonu zostali ex-aequo na pierwszym miejscu, a dogrywkę zrobimy na żywo w Multilidze. 36-37. kolejka, „Grosik”, „Kosa”, trzy kamery i rozpoczynamy łączenie. Gwarantuję, że nie chcieliby tego, bo zdobyliby na żywo po 60 punktów i ludzie pytaliby, o co chodzi.

Kamera aż tak stresuje?

Przed włączeniem często robimy próby. Trafiają trzy razy z rzędu w poprzeczkę. Zdobywają 20 punktów na płachcie. Pełen luz. Nagle pojawia się czerwone światełko, „camera on” i mamy innego piłkarza. Nic nie umie. Dla nich momentami to większy stres niż mecz. Normalnie wychodzisz na boisko i nawet jeśli popełnisz błąd, to jakoś się to rozłoży na 22 chłopa, a tutaj jesteś sam, wszystko zależy od ciebie i wiesz, że zostaniesz oceniony przez całe środowisko. Przez jeden sezon wypuszczaliśmy po dwóch zawodników, ale nie chcieliśmy tego ciągnąć. Jeden uczestnik daje bardziej wymierny obraz. Czasem jednak potrzebujemy zmian i odświeżenia konwencji – stąd np. ta płachta. Zacznie się ziewanie, jeżeli przez lata będzie to samo.

Zdarzyło się, że ktoś po Turbokozaku się załamał? Słyszałem, że Veljko Batrović był mocno podminowany.

Wtedy cały Widzew był załamany. Po występie Batrovicia tylko ugruntowali przekonanie, że w klubie nie jest dobrze! Mówiąc serio – nagrywamy te odcinki bardzo szybko. Pach, pach, pach. Teraz się wydłużyło, bo trzeba rozwiesić płachtę, ale najszybszy odcinek zrobiliśmy w 20 minut. Na gorąco piłkarze nie do końca zdają sobie sprawę, co im wyszło, a co nie. 90 procent pytań to: „ile zdobyłem punktów?”. Staram się mniej więcej podliczać na bieżąco, ale nie aż tak dokładnie – wolę się skupić na rozmowie. „Grosik” tylko ciągle wydzwaniał, jaki ma wynik. Tłumaczyłem: „oddychaj głęboko, montuję dopiero w sobotę”. A czy ktoś się autentycznie załamał? Czasem podłamują się po jednej nieudanej konkurencji. Mnie osobiście najbardziej zawiódł Stilić. Mieliśmy 20-lecie Canal+, potrzebowaliśmy gwiazdy, a on miał nas gdzieś. „No dobra, co teraz? Dobra. Co dalej? Dobra. Kończymy?”. Swoją drogą, kiedy puszczasz ten wywiad?

W piątek.

Pytam, bo w niedzielę wypuszczamy Nikolicia. Wiesz, jaka jest różnica pomiędzy piłkarzem polskim a zagranicznym? – To jakiś zupełnie inny poziom – jakby to ujął Mati Borek. Chodzi o luz. Mentalność. Stilić to wyjątek, ale większość obcokrajowców podchodzi do Turbokozaka z wielkim uśmiechem. Pamiętasz braci Paixao? Mogli wykręcić pięć punktów, a wszyscy by ich pokochali. Wymarzony odcinek. Pamiętam, jak w Nowym Jorku oglądaliśmy mecz Niemcy – Polska podczas US Open. Siedzimy w niemieckim barze przy Piątej Alei. Piotr Woźniacki, Kuba Rzeźniczak, mąż Moniki Pyrek i jeszcze parę osób. Godzina 14:30, bardzo niefortunna na mecz, bo o 17:00 wszyscy już mocno zmęczeni, ale wsiadamy do taksówki i nagle Woźniacki zupełnie bez powodu mówi: „Wiecie czego brakuje polskim piłkarzom?”. Rzeźniczak: „No, czego?”. „Kurwa, luzu!”.

Skąd akurat taki wniosek?

Spontaniczna sugestia. Piotrek to światowiec, zresztą były piłkarz, i mimo że raz w mieszka Monte Carlo, raz w Stanach albo jeszcze gdzie indziej, wciąż interesuje się futbolem i potrafi na niego spojrzeć z dystansu. Doszedł jednak do słusznego wniosku: choć idzie nam coraz lepiej, większości zawodników brakuje luzu. Dlaczego o tym mówię? Bo kiedy jadę nagrywać wywiad z obcokrajowcem – czy jest to Douglas, Cernych, Nakoulma, Colak, czy Nikolić – to cieszę się na samą tę myśl! Coś się dzieje, interakcja, żarty, próba komunikacji po polsku. Dlatego skorzystam z okazji i zaapeluję do wszystkich naszych piłkarzy: panowie, nie bójcie się, kamera nie gryzie! Wiesz, o co chodzi – my wyszlibyśmy na murawę, zrobilibyśmy po 15 punktów, ale fajnie byśmy się pobawili. A piłkarz?

Często proszą o usunięcie części nagrania?

Nigdy. Zgadzając się na program, zasada jest prosta. Nie masz prawa o to prosić.

Nie wierzę, że nikt nie prosił.

Od razu stawiam sprawę jasno. Często jednak słyszę zarzuty, że są powtórki. Oczywiście, że są! Program jest natomiast uczciwy, bo każdy ma tyle samo powtórek. Tylko dwie osoby od razu zaznaczyły, że ich nie potrzebują. Najpierw Wojtek Łuczak. Pojechaliśmy wtedy do Zabrza nie mając nikogo umówionego, czekamy po treningu, a tu: nie, nie, nie. Na końcu wychodzi Wojtek, więc mówię: „jak nie ty, to nikt”. Przypięliśmy mikrofon, włączyliśmy kamerę i od początku wiedziałem, że idziemy w dobrym kierunku. Mówiąc wprost – Wojtek po prostu rozpierdolił system. Najlepiej podsumował to „Twaro”: „Tym sposobem najlepszy występ Łuczaka w sezonie mamy już za sobą”. I miał rację, bo facet rozwiązał kontrakt z Górnikiem i dziś gra w Wiśle Płock! Ale odcinek – TOP 3.

No dobrze, ale co z tymi powtórkami?

Spokojnie, pamiętam. Żona tylko mi czasem zarzuca, że jak się wypowiadam, to zbyt wielotorowo. Łuczak i Cetnarski od razu zaznaczyli: żadnych powtórek. Każdy zawodnik ma jednak prawo powtórzyć jedną konkurencję. Czyli jeżeli strzela w poprzeczkę trzy razy, to czasem pozwolimy na pięć prób. Ale – podkreślam – tylko przy jednej konkurencji! Gdybyśmy puszczali wszystko normalnie, wyniki mogłyby być różne i ludzie stwierdziliby, że to nie piłkarze, tylko przypadkowe osoby wzięte z ulicy. Ktoś pewnie będzie psioczył, ale tak musi być.

I potem wyjdzie przed kamerę Paweł Abbott, który…

Paweł Abbott (śmiech).

Nie oszukujmy się – to była kompromitacja.

Serdecznie go pozdrawiam, bo gra w Arce, czyli moim ulubionym klubie, ale to prawda – Abbott się, kurwa skompromitował. To wręcz temat przewodni naszych zakrapianych imprez. Jakoś ten Paweł pasuje do wódki i słoika kiszonych ogórków! Liczę tylko, że przedłuży kontrakt z Arką, awansują do Ekstraklasy i pozwolimy mu się poprawić. Bo naprawdę – trudno wyłożyć się bardziej. Z drugiej strony Turbokozak bywa niewymierny. Facet został jeszcze w Ekstraklasie, teraz strzela w Arce, a lepsi poprzepadali. Trzeba mieć luz.

Jest ktoś, kto w Turbokozaku zaszokował cię in plus?

Łuczak. Nie grał za dużo w lidze, a kiedy grał, to i tak nic nie wykorzystywał. W Turbokozaku zrobił jednak bardzo dobry wynik. Mówię szczerze: po nagraniu potrafię już powiedzieć, czy ktoś jest dobrym piłkarzem! Kiedy teraz zobaczyłem, jak Nikolić jest sfokusowany na strzelanie bramek… Może nie ma wybitnej techniki, ale kiedy stoi z piłką i widzi bramkarza, to przekazuje mu prosty komunikat: „chłopaku, zaraz wpierdolę ci gola”. Od razu można to zauważyć.

11817149_1144666542216865_2509476656599014709_n

Skąd w ogóle wziął się pomysł na Turbokozaka?

Siedzieliśmy z Tomkiem Smokowskim na Wimbledonie, akurat sporo w tym czasie dyskutowaliśmy na temat nowej formuły Ligi+ Extra i zadzwonił „Twaro”, że ma idealnego kandydata do prowadzenia tej części programu. Od razu powiedziałem, że nie ma problemu i przystąpiliśmy do akcji. Czuliśmy, że musimy wprowadzić jakieś competition. Żeby zintegrować piłkarzy, by walczyli też poza boiskiem, ale wszystko przy dużym humorze. W końcu doszło do takiego absurdu, że Turbokozak ma lepszą oglądalność niż mecze Ekstraklasy. Wiesz, czego najbardziej się bałem przy kręceniu odcinków, co na szczęście się nie wydarzyło?

Nie mam pojęcia. Deszczu?

Nie, ale to dobre! Nigdy o tym nie myślałem, a deszcz faktycznie nas nie zaskoczył. Bałem się kontuzji! Wyobraź sobie, co by się działo, gdyby ktoś się rozsypał. Co z przyszłością programu? A przy nagrywaniu karnego w ciemno niektórzy mieli nawet pomysł, żeby podstawić piłkę lekarską. Musieliśmy interweniować, bo skończyłoby się dramatem.

Trzeba przyznać, że nadajesz się do prowadzenia tego programu, bo – odnoszę takie wrażenie – raczej nie budzisz negatywnych emocji. Nie prowokujesz swoim zachowaniem hejtu.

Marcin Żewłakow bronił się rękami i nogami, żeby nie wystąpić. Znamy się nie od dziś, mamy dobry kontakt, ale słyszałem: – Sorry, Bartas, ale jestem w TVP.

– Nie ma problemu. Jutro własnoręcznie podpiszę cię jako eksperta TVP.

– Nie, nie chcę.

Trwało to jeszcze trzy-cztery dni. Kolejny telefon. Piłowanie. W końcu się zgodził, a to był odcinek, w którym dodaliśmy najnowszą konkurencję, czyli kręcenie. Swoją drogą, przypadła ona do gustu kobietom. Nie wiem dlaczego – chyba po prostu lubią oglądać, jak facet się zatacza. Żewłakow – wracając do meritum – jednak powiedział, że nie chciał tego występu, ale dodał: „masz takiego diabła w oczach, że nie mogłem ci odmówić”. To dla mnie duży komplement. Uważam, że tego luzu, o którym mówił Woźniacki, brakuje nie tylko piłkarzom, ale też dziennikarzom. Wywiady pomeczowe, materiały, rozmówki, nawet komentowanie meczów – wszystko jest aż do bólu prawidłowe, a dziś transmisji jest tyle, że jeżeli nie przykujesz uwagi widza, to z końcowym gwizdkiem przełączy na inną stację. Myślisz, że ktoś posłucha rozmówki po meczu? Widza nie interesuje, jeżeli na kolejnym kanale ma NBA, tenis czy derby Mediolanu. Dlatego trzeba zrobić coś ekstra.

Gary Neville, czyli chyba najbardziej ceniony angielski ekspert ma zasadę, że w każdej transmisji lub programie musi się znaleźć jedno zdanie-klucz, które zapadnie w pamięć na dłużej.

A ja mam zasadę, żeby z trzech-czterech pytań jedno było kompletnie odklejone od rzeczywistości.

Na przykład?

Na przykład jakiś żart. Ostatnio Lech przegrywa z Ruchem, schodzi Kamiński. Jak może zagadać reporter? „Marcin, przegrywacie do przerwy 0:2, nie jest dobrze”. To pierwsze pytanie 90 procent dziennikarzy. Drugie? „Jaki jest plan na drugą połowę?”. Każdy obudzony w środku nocy, nawet nawalony mógłby zadać takie pytanie. Pani ze stolika obok też. Kiedy jednak słyszę taką poprawność, chcę wyłączyć telewizor. Stoisz jednak z tym Kamińskim, chłop załamany, bo ma trzy razy mniej punktów niż Nikolić bramek i o co pytać? Janusz Basałaj twierdzi, że to powinno brzmieć jak rozmowa kumpli z podwórka. Od ciebie zależy, czy ktoś cię zacytuje, czy wywiad zniknie i nikt nie będzie o tym pamiętał. Zapytałem więc: „czy wynik jest do odrobienia, ale odpowiedz sercem, a nie rozumem”. Wiedziałem, że będzie myślał, a ja liczyłem w głowie. Raz, dwa, trzy. Nie odpowiada. Kiedy powoli zaczynał robić dziubek do odpowiedzi, uznałem, że to już niepotrzebne. Powiedziałem: „dziękuję bardzo”. Liczy się pomysł na rozmowę, a nie liczba guzików w koszuli.

Albo pomysł na materiał, jak ostatnio partyjka tenisa z Probierzem.

Po pierwsze – dobrze czuję się w tenisie, po drugie – nikt tego nie robi. Nikt! Skąd masz wiedzieć, jak Probierz gra w tenisa? Wiesz tylko, jak się zachowuje przy ławce. Mamy milion takich przykładów. Ludzi interesuje to, czym piłkarze zajmują się poza pracą. Tylko do tego musi być odpowiedni dialog i charyzma. Znamy się nie od dziś – smutnego jeszcze mnie nie widziałeś, nie?

W Canale o tobie mówią, że kiedy wyrzucą cię drzwiami, to wchodzisz oknem.

Kiedy czytałem w podstawówce „Przegląd Sportowy”, pani od polskiego pytała:

– Ignacik, i co ty z tego będziesz miał?

– Proszę pani, właśnie dążę do tego, żeby coś mieć z czytania „Przeglądu”!

Tak odpowiedziałem i dziś coś z tego mam. Mam się smucić? Być poważny? Chcę wykorzystać tę energię, którą dostałem od Boga.

Skąd się w ogóle wziąłeś w Canale?

To historia spełniania marzeń. Jeżeli ktoś mi dziś mówi, że nie można, to albo kłamie, albo tak naprawdę nie chce. Był rok 2009, siedziałem w mieszkaniu Maćka Palczewskiego, dziś trenera bramkarzy Cracovii. Był też Michał Chamera, były bramkarz Arki. Oglądaliśmy Ligę+ Extra i nagle Palczewski:

– A dlaczego ty tam w zasadzie nie pracujesz?

– Bardzo dobre pytanie.

Miałem skończone prawo, pracowałem w biurze nieruchomości i kancelarii notarialnej. Zrobiłem nawet szkołę muzyczną jak Mateusz Borek i pomyślałem, że – abstrahując od tego, ile znaczy on, a ile ja – skoro Mati  z podobnymi kwalifikacjami mógł, to dlaczego ja nie? Do dziś pamiętam tę rozmowę u Palczewskiego. Zakończyłem pracę w biurze i kancelarii i pojechałem do Warszawy. Poszedłem do budynku Canal+ na Sikorskiego i powiedziałem: „dzień dobry, chciałbym na staż”. Dostałem się. Przychodziłem przez tydzień, nikt się mną nie interesował, więc czytałem ten „Przegląd”, schodziłem na papierosa, wracałem i znów czytałem. W międzyczasie dzwoniłem do Klaudii i mówiłem, że „tu nic się nie dzieje, wszyscy mają mnie gdzieś i jeżeli tak ma to wyglądać, to wracam do domu”. Przy tej moje energii mogłem nawet czyścić kasety VHS, a nie robiłem kompletnie nic. Aż wyciągnął do mnie rękę Darek Motała. Zacząłem w marcu, a w maju pojechałem na pierwszy materiał. Radość lub smutek kibiców Lecha w pubie na poznańskim rynku. 29. kolejka Ekstraklasy. Multiliga. Wisła grała z Cracovią, a Lech z Ruchem.

I pamiętny gol Jopa.

Wisła i Ruch wyszły na prowadzenie, potem gol Lewandowskiego, Kriwca, a na koniec samobój Jopa. Mam godzinę, żeby dojechać do oddziału TVP w Poznaniu i zmontować materiał. Mocny test. Tomek Smokowski i Piotrek Małkowski, sekretarz redakcji uznali, że młody da radę. Najgorszy był sam dojazd. Ktoś kierował mnie telefonem, w końcu się udało, siadam do montażu, a tu telefon. – Kiedy materiał?

– Kurde, dopiero zagrałem.

– OK, to masz 20 minut.

Poszło i nawet dostałem pochwały, ale nerwy były ogromne. Dziś jednak uważam, że jeżeli dziennikarz denerwuje się przed transmisją i czuje nutkę niepewności, to znaczy, że jest na dobrej drodze. Pierwszy krok do zejścia z tej drogi, gdy siadasz w kabinie i mówisz „jakoś to, kurwa, zrobimy”. Trzeba pomysłu, kreatywności. Staramy się też odchodzić od syndromu piłkarza-debila. Ten stereotyp jest zupełnie nieprawdziwy. Nikt nie powiedział, że ktoś, kto skończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, musi być bardziej inteligentny od kogoś, kto nie studiował. Każdy ma wiele do powiedzenia. Trzeba tylko wiedzieć, jak to wyciągnąć.

Twój sposób?

Uśmiechem załatwisz wszystko. Zawsze mówię żonie: „kiedy dzwoni do ciebie infolinia i ktoś się przedstawia jako pan Łukasz, zwracaj się do niego per panie Łukaszu”. Inna rozmowa. Też mam słabsze dni. Ale kiedy wtedy pojawiam się w towarzystwie i zachowuję tak jak pozostali, 90 procent pyta, co się ze mną dzieje.

– Jesteś chory?

– Nie, po prostu jem kotleta.

– Na pewno? Coś z tobą nie tak.

– No kurwa, jem!

Zapytałeś na początku, kto jest bardziej znany. Chciałbym, żeby żona, bo to wiązałoby się z sukcesem w Wielkim Szlemie. Na razie jednak kiedy Klaudia lata na turnieje i pojawia się w kręgu tenisowym, z którym przebywa notorycznie od 17. roku życia, to najpierw dzwoni do mnie z pretensjami. „Nie widziałam się z nimi przez trzy tygodnie, a pierwsze zdanie, jakie usłyszałam, to: Bartek też przyleciał?”.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA