Kojarzycie ten żart, że Cech to Szczęsny w czapce? Albo grafikę zmartwionego Wengera po ligowym debiucie Czecha, podczas gdy Polak dobrze wprowadzał się w Romie? No to dziś dywagacje na temat tego, czy Arsenal się nie pomylił przy wymianie bramkarzy, zostały przynajmniej na chwile uciszone. Uciszył je Cech, który przed przerwą miał więcej skutecznych interwencji niż w dwóch pierwszych meczach sezonu (przy okazji puścił trzy gole), i zaliczył kapitalny wieczór.

I to jest piłkarski poniedziałek! Czapki z głów przed Cechem

Jeśli dorzucicie do tego strzały obronione w drugiej połowie przez Simona Mignolet, to macie gotową połowę najlepszych parad sezonu!

Tak, tak, to był mecz dwójki bramkarzy, choć raz do siatki trafił Ramsey, a sędzia odgwizdał kontrowersyjnego spalonego. Przez pierwsze 45 minut prostokąt Petra Cecha był jednak jak zaczarowany. Nieszczęśliwie już zaczął Coutinho, bo od uderzenia w poprzeczkę, potem jego świetny strzał Czech zdołał koniuszkami palców sparować na słupek.

Na deser, trochę w stylu interwencji, jaką ostatnio zaprezentował Tomasz Kuszczak, bramkarz Arsenalu zatrzymał Christiana Benteke.

Najuczciwiej byłoby napisać, że w pierwszych trzech kwadransach Kanonierzy nie istnieli. To znaczy, istnieli tylko w statystykach, bo mieli ponad 60 proc. posiadania piłki. Ale z tych danych wynikało niewiele, nawet bardzo niewiele. Poprzeczka, słupek ze świetną interwencją Cecha, kolejne dwie świetne obrony bramkarza i kilka interwencji defensorów w ostatnim momencie – tak wyglądał Arsenal. A to Chambers źle wyprowadził piłkę, a to środek pola przegrał kolejną piłkę, przez co prędkości mógł nabrać albo Benteke, albo Coutinho. Ciężko nawet zliczyć, ile to razy Rodgers złapał się dziś za głowę, nie dowierzając, że piłka nie wpadła do siatki.

Po przerwie, zamiast wyczekiwać gola, musiał drżeć o wynik. Role na boisku niespodziewanie się odwróciły, Liverpool stracił wszelkie atuty w ofensywie i… przekazał je rywalowi. Arsenal wziął się do roboty, a przy okazji sporo pracy dostarczył bramkarzowi gości. Mignolet zdążył jednak podpatrzeć Cecha i między słupkami również wyczyniał cuda. Oprócz samych interwencji, chwali się koncentracja: przez trzy kwadranse przeciwnik nie stworzył sobie żadnej sytuacji, a w tym czwartym sytuacji miał bodaj sześć. Bliski gola był Sanchez po zgraniu Giroud, sam Francuz – będąc chyba faulowanym – oddał świetny strzał. Ale takich, jak ten, oglądaliśmy dziś znacznie więcej…

Wiecie, jakim wynikiem skończył się ten mecz? 0:0. Cech wybronił Arsenalowi mecz, to samo ze strony Liverpoolu zrobił Mignolet. Dwaj bramkarze dali show, ale nikt ani przez moment nie zamierzał narzekać – kolejne świetne interwencje jeszcze mocniej nakręcały piłkarzy, zwiększały tempo gry i ich zaangażowanie. Po końcowym gwizdku obaj panowie spotkali się na środku, wymienili koszulkami, choć był to taki mecz, kiedy po ich koszulki powinno czekać po dziesięciu chętnych.