Czy można honorowo przegrać 0:46? Można. Czy można wygrać, choć skończyło się turniej z bilansem 0:114? Oczywiście. Przecież w futbolu niemożliwe nie istnieje. Przekonujemy się o tym od lat, tydzień w tydzień, dzień po dniu. Tym razem dzięki Mikronezji.

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Nie wyobrażam sobie jakie to uczucie zostać powiezionym czterdziestoma sześcioma bramkami. Najczarniejszą kartą mojej niesłychanie lichej piłkarskiej przygody było 0:10 w derbach z innym liceum, gdzie pojechaliśmy nie posiadając własnych strojów (ktoś w koszulce Comy, kto inny robił za Kluiverta z Barcelony), gdzie nie wszyscy pamiętali, że gramy na spalone (kolega stał w polu karnym dziesięć metrów za ostatnim obrońcą i darł się „podaj!”), gdzie przy stanie 0:9 rywal wpuścił drugiego bramkarza w pole i ten bramkarz nas dobił. Wyglądaliśmy jak zgraja nie lada pajaców i tak też graliśmy. Dziewięćdziesięciominutowy festiwal bezradności, w którym grasz główną rolę, to nie jest doświadczenie budujące, bez względu na poziom i stawkę. Od tego nie idzie się zdystansować. Niektórzy wymiękali w trakcie i symulowali kontuzję, byle się z tej stypy przed czasem wypisać.

A przecież to było tylko 0:10. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić smaku 0:46, wrażenia jakie pozostawia stracenie pięciu goli w pięć minut. Nie mam pojęcia jak wewnętrznie skręca wiedza, że lewy obrońca strzelił ci dziesięć goli albo że trener wolał za ciebie, golkipera, wpuścić do klatki pomocnika. Naprawdę chciałbym wiedzieć co myśli człowiek, gdy przegrywa 0:33, i słaniając się ze zmęczenia patrzy na arbitra w dziewięćdziesiątej minucie, gdy ten dolicza jeszcze trzysta sześćdziesiąt sekund boiskowych tortur.

Goście z Mikronezji mają na te osobliwe pytania wianuszek wyczerpujących odpowiedzi. Badali nietknięte korkiem terytoria trzykrotnie na przestrzeni tygodnia. Przyjechali do Nowej Gwinei, pierwszy raz w życiu zobaczyli windę (autentyk, zdradził go trener Forster), a potem stoczyli klasyczne pojedynki gołej dupy z batem, jakby powiedział trener Łazarek. Piłkarsko mogłaby ich pokonać reprezentacja piątkowo-sobotniego nocnego autobusu, ale nie nazwę ich słabymi. Słaby to niewłaściwe słowo, słaby to jest Pastore, który mając wielki talent w nogach ciągnie sam siebie za koszulkę, byleby w finale Copa America wymusić karnego, a nie chłopaki, które wiedzą, że czeka ich lanie stulecia raz po raz, i raz po raz stawiają temu mało pociągającemu obowiązkowi czoła.

Prawda jest taka, że oni grali w swojej lidze i o zupełnie inne trofeum. FIFA lubi chwalić się tym, jak inwestuje w różne egzotyczne kraje, robiąc tam dzięki swoim inwestycjom różnicę. Mikronezję jednak centrala od lat zlewała, nie chciała słyszeć o wejściu wyspiarzy do piłkarskiej rodziny, choć w rzeczywistości Mikronezja ma znacznie większą autonomię niż wiele aktualnie należących do FIFA drużyn. Powiecie – słusznie ich nie chcą przyjąć, po co nam takie ogóry, szanujmy się! No więc choćby po to, że rozwój futbolu na tych wyspach nie oznaczałby kolejnego Lamborghini dla rozkapryszonej gwiazdeczki, a możliwy autentyczny skok poziomu życia dla wielu ludzi. Na Mikronezji 90% osób trapi otyłość, której konsekwencją jest morze chorób. Jak popularność piłki nożnej, którą można by tam wzniecić za mniej niż ćwierć rocznej pensji Pastore, mogłaby ten makabryczny trend odmienić, nie trzeba przekonywać.

Teraz Mikronezja będzie trudniejsza do odstrzelenia przez FIFA. Pisał o nich ESPN, Guardian, La Gazetta, piszemy my i setki innych portali sportowych na całym świecie. Ostatnio odpaliłem Polsat Sport News, a tu w serwisie skrót meczu Mikronezji z Tahiti, innym razem czytałem portal polityczny, a lekturze towarzyszył odnośnik do podstrony o starciu z Vanuatu – tak jest wszędzie na świecie. Ta medialność, to zerwanie z anonimowością sprawi, że teraz FIFA będzie musiała znacznie lepiej uzasadnić odmowę włączenia Mikronezji w swoje szeregi, bo wszyscy będą patrzeć im na ręce. A że podstawy odmowy są nikłe, raczej uznaniowe, może to w praktyce oznaczać, że te grajki od 0:30 z Tahiti, 0:38 z Fidżi, 0:46 z Vanuatu, zostaną narodowymi bohaterami. Położą fundamenty nie tylko pod to, by tu szybciej i mądrzej biegano po boisku, ale by najbardziej otyłe społeczeństwo na planecie otrzymało potrzebny zastrzyk. Dzięki nim i wszystkim działaczom, którym udało się załatwić Mikronezji przelot i wstęp na Pacific Games), jakieś następne pokolenie może nie tylko wygra ważny mecz, ale i będzie pokoleniem znacznie zdrowszym.

***

Mikronezja Mikronezją, ale taka medialna presja przyda się i na naszym podwórku w pewnej szczególnej sprawie. Przeczytałem dziś na Sport.pl artykuł Przemysława Zycha o polskich nastoletnich piłkarzach, wam też polecam lekturę. Dowiecie się z niej, że nasze młode talenty często rozgrywają po 50-60 meczów rocznie, że w  klubie tłuką się dla dwóch roczników, by potem jechać na reprezentację regionu. Generalnie im ktoś bardziej utalentowany, tym ma gorzej. Najbardziej jaskrawym przykładem będzie akurat kobieta, Ewa Pajor, która w jednym roku grała w kadrze U17, U19, A, Ekstralidze, PP i MP U19, ale u chłopców jest analogicznie.

Jaki to strzał w stopę, jakie zarzynanie narybku. Piłkarze dorośli często nie wytrzymują tempa grania co trzy dni, a tu mówimy o dopiero kształtujących się fizycznie osobach. Ciągłe rozjazdy, ciągłe mecze, a gdzie czas na treningi, szlifowanie konkretnych umiejętności, na regenerację? Więcej – gdzie czas na szkołę? A jak nie wyjdzie takiemu chłopcu w piłce – nieunikniona przyszłość dla znacznego procenta próbujących – to co wtedy? To zostanie na lodzie. Całe serce włożył w futbol, jeździł wszędzie jak mu kazano, a gdy dokładnie przez to mu się nie udało, to wchodzi w dorosłe życie z paroma pucharami, paroma fajnymi doświadczeniami i niczym więcej. W innej branży musi zaczynać od zera, bo na stworzenie sobie rezerwowej furtki czasu nie miał. Powiedzmy sobie wprost: niektórym ta panująca od wielu lat polityka wobec juniorów pewnie zrujnowała życie.

Jest to absurd nie z tej ziemi, by talent stawał się przekleństwem. Możemy mieć najlepsze boiska, najlepszych trenerów, wspaniałe bazy szkoleniowe, ale jak tego elementarnego problemu nie wyeliminujemy, to i tak będzie kaplica. Czytam, że PZPN coś robi w tej sprawie – i słusznie, oby szybko, oby wartko, oby w szeroko zakrojony sposób. Oby zmiany nie sięgały tylko medialnych klubów i akademii, ale docierały także do regionów i pomniejszych ośrodków. To jest rzecz, o której rzadko się mówi, a o której bezsprzecznie trzeba mówić, bo choć zgadzam się, że liczą się czyny, nie słowa, tak tutaj związek jednego z drugim jest bezpośredni.

Zachęcam więc, piszcie o przykładach, które znacie, o których słyszeliście – zobaczmy jak wygląda sprawa w praktyce i szeroko rozumianym terenie.

Leszek Milewski

Fot. FotoPyK

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments