Reklama

Zatrudnić Kieresia, zwolnić Kieresia… Pięć rad dla dyrektora Krzynówka

Piotr Tomasik

Autor:Piotr Tomasik

07 lipca 2015, 08:23 • 4 min czytania 0 komentarzy

Polscy niespełna 40-latkowie, którzy zobaczyli kawałek świata, idą w dyrektory. Michał Żewłakow pełni taką rolę w Legii, Kamil Kosowski – w Rozwoju, a Marcin Baszczyński – w Termalice. Mniej więcej w tym samym momencie, choć przy znacznie mniejszym rozgłosie, fotel dyrektora w Bełchatowie objął Jacek Krzynówek. I my, jako życzliwi koledzy, mamy dla niego na dzień dobry kilka rad.

Zatrudnić Kieresia, zwolnić Kieresia… Pięć rad dla dyrektora Krzynówka

Po pierwsze, zatrudnić Kieresia

Ten, kto nie zatrudni Kamila Kieresia na stanowisku trenera GKS-u Bełchatów, nie powinien zostać zaliczany jako pracownik klubu odpowiedzialny za pion sportowy. Krzynówek ma akurat na ten moment dobrą wymówkę – on został zatrudniony w tym samym czasie co Rafał Ulatowski. I jako że „Ula” od trenerki miał bardzo długą przerwę, a w trzech ostatnich klubach poszło mu bardzo mizernie, nie wiadomo, czy zdoła ten wózek pociągnąć w dobrą stronę. Kiereś już wcześniej udowodnił, że się nadaje, bo nie dość, że wyniki miał z zespołem niezłe, to zrobił awans do Ekstraklasy. Teraz też pracuje w GKS-ie, tylko że akurat w tym, który jest o klasę rozgrywkową niżej.

Po drugie, pozbyć się Kieresia

Ten, kto nie pozbędzie się Kamila Kieresia na stanowisku trenera GKS-u Bełchatów, nie powinien zostać zaliczony jako pracownik klubu odpowiedzialny za pion sportowy. Poza tym, w kolejce czekają następne rekordy – Marek Chojnacki z ŁKS-em rozstawał się cztery razy, a prędzej czy później będzie musiał się rozstać i piąty.

Reklama

Po trzecie, podzielić się doświadczeniami

Teraz już na poważnie. Kosowskiego do Rozwoju Katowice wzięli po to, żeby podzielił się wiedzą i doświadczeniem zdobytym na boiskach polskich, jak i zagranicznych. Baszczyńskiego w Termalice zatrudnili też nie po to, by zapewniał ludziom rozrywkę przed ekranem. I to samo jest z Krzynówkiem.

A przecież jego los mógłby podzielić którykolwiek z młodych chłopaków z szatni GKS-u. Historia Krzynówka była przecież jasna: urodzony kilka kilometrów od Bełchatowa, potem dwa sezony gry w pobliskim klubie i wyjazd za granicę w wieku 23 lat. – Przyjechałem do Norymbergi i kiedy w centrum miasta czekałem na swojego menedżera, miałem łzy w oczach. Sam siebie pytałem, co ja tu robię. Poznałem przecież superdziewczynę, a zdecydowałem się wyjechać i zaryzykować utratę wszystkiego – mówił przed laty w „Rzeczpospolitej”. – Nie wiem, co bym robił, gdybym nie został piłkarzem. Czy rzeczywiście wytrzymałbym w tej stolarni, a potem jedną rozrywką byłoby stanie z butelką piwa w drzwiach sklepu. Chyba nie, bo w ogóle nie lubiłem piwa. Dzięki sobie i ludziom, którym zależało, żeby mi w życiu wyszło, zaszedłem bardzo daleko. Przed wyjazdem do Niemiec grałem w Bełchatowie, mieszkałem w domu z rodzicami i nagle ten wyjazd. Pamiętam nawet odległość, to było 820 kilometrów, dla mnie dystans trudny do wyobrażenia. Nie znałem realiów, języka.

Ale sobie poradził. W Niemczech spędził dziesięć lat, w Bundeslidze rozegrał 178 meczów, na jej zapleczu 24, a w reprezentacji prawie sto. Gole strzelał też w Lidze Mistrzów. Real, Liverpool i Roma na rozkładzie. On, chłopak z Kamieńska.

Po czwarte, nauczyć pokory

Wystarczy połączyć statystyki, które przytoczyliśmy powyżej, z fragmentem wywiadu dla Weszło: – Najbardziej cieszy mnie to, że jak rozmawiam z różnymi ludźmi, to na koniec mówią: „Panie Jacku, pan to się nigdy nie zmienił, pozostał pan normalnym człowiekiem i nie odbiła panu sodówka”. Bo ja naprawdę nigdy się nie zmieniłem. To dziennikarze wykreowali mnie zarówno na gwiazdę, jak i osobę, która odcięła się od świata mediów i stała się niedostępna.

Reklama

Krzynówek mógł sprawiać wrażenie osoby trudnej, mało kontaktowej. Mógł różnie znosić prywatne problemy, mógł mieć dość swojej sytuacji w Wolfsburgu i relacji z Magathem, mógł mieć chwile zwątpienia. Ale na pewno nie stracił kontaktu z ziemią i nie poszybował w powietrze.

Po piątek, przekazać wzorce niemieckie

Dziesięć lat spędzonych w Niemczech to ogromny bagaż doświadczeń, już nie tylko tych piłkarskich. To znajomość modeli funkcjonowania klubów, szkolenia młodzieży, wprowadzania jej do pierwszej drużyny czy liczne kontakty. Krzynówek te zachodnie wzorce ma w małym palcu i zna je jak własną kieszeń. Rzecz jednak w tym, by mierzyć siły na zamiary i nie przeszarżować. Tomasz Hajto tyle opowiadał o wprowadzaniu niemieckich standardów, że w kilkanaście tygodni spadł do drugiej ligi i stracił pracę. Trzeba znać umiar.

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...