O losach tej rywalizacji musiał zadecydować detal. Długo zapowiadało się, że wymuszą go dopiero rzuty karne – po 180 minutach bezbramkowej przepychanki. Ale wtedy pojawił się Arda Turan ze swoją zwichrowaną głową i wysoko podniesioną nogą… I nigdy już się nie dowiemy, co by bylo gdyby Atletico do końca biło się z Realem w jedenastu. Wiemy, że Real jak w finale Ligi Mistrzów w końcu je wykończył. Są takie dni, kiedy sprawdzają się wyświechtane trenerskie powiedzonka o tym, jak ważny jest dla nich nawet ostatni rezerwowy. Nawet Chicharito Hernandez.

Real ponownie porządkuje hierarchię. Półfinały zapowiadają się znakomicie

VALENCIA, SPAIN - OCTOBER 18: Javier 'Chicharito' Hernandez of Real Madrid in action during the La Liga match between Levante UD and Real Madrid at Ciutat de Valencia on October 18, 2014 in Valencia, Spain. (Photo by Manuel Queimadelos Alonso/Getty Images)

Najbardziej elektryzujące derby Madrytu od majowego finału Ligi Mistrzów. Już ósme od tamtego czasu. I nawet jeśli te zeszłotygodniowe zostały uznane przez Ancelottiego za „najlepszy pośród złych wyników” – to wciąż gdzieś w tle wybrzmiewał ten okrągły rok bez zwycięstwa Realu. Tego, który na dodatek wychodził dziś na Santiago Bernabeu mocno zdziesiątkowany. Z tercetu BBC zostało… C, jak Cristiano. Otoczony nie przez Bale’a i Benzemę, ale przez Chicharito i Jamesa Rodrigueza. Wspomagany na dodatek przez Ramosa, nie Modricia, co nie wszystkim mogło się pomieścić w głowie. Bo jak? Mieć na ławce gości wartych dobre 50 milionów euro, a jednak grać Ramosem? Ancelotti zagrał.

Jeśli ktoś się zastanawiał czy tych osiem derbowych starć w ciągu roku mogło się madrytczykom znudzić, odpowiedź dostał na długo przed gwizdkiem…

rafa_lebiedz24_2015-kwi-22

Chociaż sam mecz – pierwsza połowa zwłaszcza – był trochę jak… Szukamy dobrego określenia. Jak „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie” i „Kevin sam w domu” puszczane od lat na wszystkich kanałach telewizji. Klasa sama w sobie, zawsze miło się ogląda, ale cholera – już widzieliśmy. Wszystko to już było. Takie derby również.

Mijało 135, 150, 160 minut ćwierćfinałowego dwumeczu, a na boisku ciągle najbardziej błyszczał Oblak – do niedawna rezerwowy bramkarz Atletico.

Real wyszedł nabuzowany. Specjalnie sprawdzaliśmy z zegarkiem w ręku – Atletico nie skonstruowało żadnej akcji ofensywnej przez 14 minut, mając w pierwszym kwadransie 25 procent posiadania piłki. Strzałów przez całą połowę naliczyliśmy 13, chociaż na dłużej zapamiętać warto jeden. Ten Ronaldo tuż przed przerwą. Jedyny zakrawający na stuprocentową sytuację, wybronioną przez Oblaka.

Słowem – typowy mecz walki. Choć ta WALKA w wydaniu europejskim oznacza przecież zupełnie coś innego niż kiedy mówi o niej Piotr Stawarczyk. Tu intensywność akcji, zwariowane tempo, minimalna ilość wolnego miejsca na boisku, tam fizyczna rąbanka. Różne systemy walutowe.

Kiedyś to jednak musiało się rozstrzygnąć…

Jak zwykle – im dalej w mecz, tym bardziej ten elegancki pojedynek zamieniał się w awanturę pod remizą. Przy czym wszystko wskazywało, że bez karnych jedni z drugimi się nie dogadają. Griezmann – największa ofensywna siła Atletico w tym sezonie, zszedł z boiska po 65 minutach z 20 kontaktami z piłką i bez oddanego strzału. Mandzukić bez tego choćby niecelnego uderzenia wytrwał już do końca.

Drużyna Simeone nie robiła dziś tak dobrego wrażenia, ale kto wie – pewnie tymi karnymi mogłoby się skończyć, gdyby Realowi nie pomógł Arda Turan. Nigdy się nie dowiemy na ile to przesądziło, możemy tylko gdybać. Wreszcie jednak, po 87 minutach mordęgi, już przy przewadze zawodnika, zadziałał ten zastępczy tercet James – Ronaldo – Chicharito. Meksykanin miał dziś absolutnie najwięcej sytuacji. Może nie marnował ich w sposób niegodny wielkiego napastnika, ale faktem jest, że po przerwie to on zepsuł dwie najlepsze okazje do objęcia prowadzenia. Później dostał trzecią, którą zamienił na bramkę.

Ogromnie dużo w tej akcji zrobił dla niego CR7, ale też nie odbierajmy zasług. Ten, który w bieżącym sezonie zagrał dla Realu jedną piątą minut, które mógł rozegrać, ledwie parę razy wychodził w podstawowym składzie, zapewnił mu awans do półfinału Ligi Mistrzów. Pierwszy raz od bardzo dawna „Królewscy” zdołali sprawić, że orkiestra Simeone zaczęła fałszować i przegrała zasłużenie.

Dawno nie byliśmy świadkami tak nudnego ćwierćfinału Ligi Mistrzów jak Monaco – Juventus. Poziom meczu był taki, jakby było to w najlepszym wypadku spotkanie grupowe i to w chwili, gdy sytuacja w grupie była już wyjaśniona. Jednym słowem: nędza. Juventus nie musiał i nie chciał atakować, a Monaco co prawda chciało, jednak nie potrafiło. Włosi oddali rywalom inicjatywę, a potem spokojnie obserwowali jak męczą się oni w ataku pozycyjnym. I tak przez dziewięćdziesiąt minut.

To był jeden z najbardziej cynicznych występów Juventusu od lat, na myśl przychodziły od razu czasy, gdy drużynę z Turynu trenował Fabio Capello. Pełne wyrachowanie, brak podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. Massimiliano Allegri ewidentnie myślał przed tym meczem tylko o jednym – jak tu nie stracić bramki. I jakby nie patrzeć, wyszło na jego, w końcu turyńczycy awansowali do półfinału.

Zresztą czy można mieć do niego pretensje o to, że wykorzystał największą broń swojego zespołu, czyli defensywę? W końcu Juventus nie stracił w fazie ćwierćfinałowej ani jednej bramki, a rundę wcześniej w dwumeczu z Borussią Dortmund Gigi Buffon tylko raz musiał wyciągać piłkę z siatki. Trio Barzagli-Bonucci-Chiellini to doskonale zgrana maszyna do rozbijania ataków rywali.

Ciężko natomiast napisać coś pozytywnego na temat gry Monaco. Owszem, Francuzi z pewnością bardzo chcieli strzelić bramkę, widać było, że dają z siebie wszystko. Tylko co z tego, skoro przez cały mecz zawodnicy Jardima zdołali oddać tylko jeden celny strzał na bramkę strzeżoną przez Buffona?

Image and video hosting by TinyPic

Na tym poziomie tak słaby występ po prostu nie przystoi. Ani Martial, ani Carrasco, ani Berbatov nie potrafili znaleźć sposobu na rozmontowanie defensywy rywali. Monaco zabrakło dzisiaj po prostu jakości.

W przypadku Juventusu razi z pewnością styl awansu, dzisiejszy występ podopiecznych Allegriego to były półtoragodzinne katusze przeplatane męczarniami, jednak za dotarcie aż do półfinału Ligi Mistrzów należą im się brawa. Jakby nie patrzeć, Bianconeri nie byli wśród najlepszej czwórki Europy od sezonu 2002/03. Biorąc pod uwagę w jak wielkiej zapaści znajduje się obecnie Serie A, jest to osiągnięcie. Co nie zmienia faktu, że dla pozostałej trójki półfinalistów to Juventus będzie wymarzonym rywalem w kolejnej rundzie.

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments