„Na pewno nie skończę w telewizji. Za chwilę przestanie się o mnie mówić” – to pana słowa z sierpnia, tuż po zwolnieniu z Lecha. W telewizji faktycznie pan nie skończył, ale jedno się nie zmienia – o Mariuszu Rumaku mówi się cały czas.

Dziś poprowadziłbym Lecha inaczej. Zawisza zmienił mi postrzeganie piłki.

LA QUINTA 30.01.2015 MECZ TOWARZYSKI: ZAWISZA BYDGOSZCZ - SPARTAK MOSKWA 0:0 --- FRIENDLY FOOTBALL MATCH: ZAWISZA BYDGOSZCZ - SPARTAK MOSCOW 0:0 MARIUSZ RUMAK FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl --- Newspix.pl

Tak powiedziałem? To niedobrze. Zupełnie niepotrzebne zdanie. Przecież praca w telewizji nie jest żadną ujmą. To wręcz – chyba mogę tak powiedzieć – prestiż. Kontekst tej wypowiedzi był pewnie taki, że to nie czas, by chodzić po stacjach i opowiadać różne historie. Chciałem raczej odpocząć.

I długo pan nie odpoczął.

Kilka dni. Od razu coś się pojawiło. Pewien doświadczony trener powiedział mi: „jeżeli cię chcą, to podejmuj wyzwanie”. Oczywiście, w rozsądnych ramach.

W Zawiszy te ramy początkowo nie wydawały się rozsądne.

Nie do końca. Przejmowałem zdobywcę Pucharu Polski i drużynę z pierwszej ósemki, z której odszedł tylko jeden piłkarz – Igor Lewczuk. Pojawiło się w międzyczasie sporo kontuzji, ale sądziłem, że w ciągu miesiąca albo dwóch wszystko zacznie wracać do normy. Piłkarze wracali jednak później, nie byli w najlepszej dyspozycji, a spirala się nakręcała. Czy – przejmując Zawiszę – podejmowałem pochopną decyzję? Nie wiem. Uznałem, że to duże wyzwanie i trzeba się uczyć, rozwijać.

Od kiedy pojawił się pan w polskiej piłce, ani na chwilę nie zrobiło się o panu cicho. Albo był bardzo negatywny odbiór po porażkach Lecha w Pucharze Polski lub w Europie czy nawet po jesieni z Zawiszą, albo bardzo pozytywny po ostatniej pracy. Do tego po drodze dochodziły różne – nazwijmy to – napinki medialne. Ostatnio odrobinę się pan wyciszył, ale jednak wciąż budzi duże emocje.

Pytanie, czy to dobre… Szczerze? Nie chciałem, żeby tak było. Zawisza to dla mnie odpoczynek od mediów. Rozumiem, że większy klub budzi większe zainteresowanie, ale proszę mi uwierzyć, że ani przez moment nie miałem zamiaru samemu pchać się przed kamery. Wręcz przeciwnie – niech pan zapyta o to kolegów z kilku stacji czy poczytnych dzienników albo nawet z Weszło, bo niedawno też się ze mną kontaktowaliście. Starałem się unikać wywiadów. W tym złym okresie każdy chciał zadawać trudne pytania, mogłem się gdzieś pojawiać co tydzień, ale nie chciałem. Rozumiem, że raz na jakiś czas – byliście u mnie pół roku temu – powinienem np. porozmawiać z waszym portalem, ale wiele zaproszeń w międzyczasie odrzuciłem.

W Lechu sprawiał pan wrażenie człowieka, którego cała ta otoczka kręci. Nawet te przepychanki słowne z prezesem Leśnodorskim.

Czy mnie kręci? Nie. Powiem tak: nie miałem z tym problemu. Kamera mi nie przeszkadza, ale faktycznie kręcą mnie mecze na dużych stadionach przy pełnej publiczności. Wymiany poglądów z prezesem Leśnodorskim? W Lechu nikt nie odpowiadał na jego komentarze, a ja uznałem, że nie może być tak, że kiedy z Warszawy idzie bardzo klarowny przekaz, to my mamy wszystko przeczekać. Nie – jeżeli w szatni mówię, że podnosimy głowy i idziemy do przodu, to będę pierwszą osobą, która to zrobi. Jeśli nikt nie odpowiadał prezesowi Leśnodorskiemu, to przynajmniej ja mówiłem, co myślę.

Władzom się to podobało?

Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Z perspektywy czasu widzę jednak, że niekoniecznie było to dla mnie dobre. Trener raz pracuje w jednym klubie, raz w drugim, a dziś widzę, jak często pojawiałem się w centrum tej całej presji. Może to odsuwało napięcie od piłkarzy, ale… Kwestia doświadczenia. Czasem lepiej powiedzieć mniej i zaczekać z konkretną deklaracją na odpowiedni moment niż odpowiadać na każdą zaczepkę.

W Lechu – w momentach niepowodzeń – wyglądał pan też na gościa, który zaraz wybuchnie. W Zawiszy natomiast na człowieka pogodzonego z losem. Obawiał się pan, że jak tak dalej pójdzie, to jeszcze chwila i wypadnie z karuzeli?

Nie, nigdy. Nie trzymam się kurczowo posady. Nie myślę o tym, czy utrzymam się na karuzeli. W Lechu zdarzało się jednak, że po jednym dniu wydawało mi się, że znam rozwiązanie na dany problem, natomiast w Zawiszy czasem potrzebowałem dwóch-trzech dni.

Co pana najbardziej zajmowało?

Wiele rzeczy. Zawisza był złożonym problemem. Zarządzanie zespołem, organizacja gry, zbyt duża liczba błędów indywidualnych. Jak zmontować tę ekipę, by od razu poprawiać błąd. Nam często się to zdarzało. Jeden błąd – bramka.

W zasadzie nic nie funkcjonowało. Bramkarz nie broni, obrona nie istnieje, pomoc nie kreuje, napastnicy nie strzelają, na trybunach pustki, na stadionie trumny…

Stąd takie wyniki, ale akurat sprawami kibicowskimi się nie zajmuję. Potem dokonaliśmy po pierwsze – kilku zmian personalnych, po drugie – co było trudniejsze – w sposobie myślenia. To trudne, gdy masz dziewięć punktów. Od pierwszego dnia okresu przygotowawczego, od piątego stycznia, powiedziałem, że budujemy wszystko na pozytywach. Żadnych negatywów. Nie: „musicie wygrywać, bo jest presja”. Wielu nowych piłkarzy nie pamiętało tych porażek. Gdybyśmy docisnęli – tak myślę dziś – mielibyśmy problem. Potem, po dobrym okresie przygotowawczym, zaczynało to funkcjonować na boisku. Pierwsze wyniki nie były spektakularne, ale widziałem, że piłkarze zaczynają w to wierzyć.

Rozważał pan dymisję?

Nie jestem skory, by podawać się do dymisji. Pojawiały się takie myśli. Przegrywasz kolejny mecz i zastanawiasz się: „kurczę, może lepiej, żeby ktoś to wziął?”. Ale z drugiej strony – psujesz, to napraw. Dlaczego masz umyć ręce? Można się oszukiwać, że za dziesięć lat wszyscy zapomną, kto prowadził Zawiszę jesienią, ale nie tędy droga. W Lechu miałem takie samo podejście. Tam jednak się rozstaliśmy.

A nie obawiał się pan, że właściciel panu podziękuje?

Nigdy nie obawiałem się o swoją posadę. Nie mogę myśleć, że muszę wygrać za trzy dni, bo mnie zwolnią. To niech zwolnią trzy dni wcześniej, skoro nie mają zaufania. Wie pan, dla mnie to kuriozalne. Mówi się, że trener dostaje ultimatum. Jeśli przegrasz, tracisz pracę. Poprowadziłeś drużynę w nastu spotkaniach i jedno ma zmienić to, czy zostaniesz? Przecież wtedy prędzej czy później i tak cię wyrzucą. Do czego to prowadzi? W Bydgoszczy nigdy nie miałem ultimatum. Rozmawialiśmy, sprzeczaliśmy się, czasem było ciężko, ale wszystko na poziomie normalnej współpracy.

Pozbył się pan kilku piłkarzy, którzy – co można wywnioskować po ich późniejszych wywiadach – sprawiali, że ta drużyna gniła od środka.

Różne były decyzje – sportowe i pozasportowe.

Ale przyzna pan, że psuli atmosferę. Goulonowi po kontuzji ewidentnie się nie chciało.

Chciało, nie chciało… Zapadła decyzja i odszedł. Nie mogliśmy zrobić tego w większym wymiarze jesienią, bo brakowało miejsc na liście. Marić i Pulhac trenowali z nami przez ostatni miesiąc, ale nie dało się ich już zgłosić. Nie mogliśmy więc pobudzić tej rywalizacji.

Krew pana nie zalewała, widząc takich zawodników jak Fleurival czy Joshua Silva?

Akurat z nimi krótko współpracowałem, bo po pierwszym tygodniu uznałem, że nie są piłkarzami dla nas. Potem odchodzili kolejni. Coś trzeba było robić. Nie mogliśmy się przypatrywać, skoro co tydzień graliśmy mecz. Wyniki trenera Paixao czy nawet Tarasiewicza z końcówki sezonu jednak coś mówiły.

Paixao zajechał drużynę?

Zmieniłem ze swoim sztabem obciążenia.

Na mniejsze?

Nie, nie mniejsze. Inne. Rozmawiałem chwilkę z trenerem Paixao. Dał mi po partnersku kilka wskazówek. Odchodząc z Lecha też powiedziałem trenerowi Chrobakowi, co myślę. Sztab, z którym zacząłem współpracę w Zawiszy – czyli Hermes i Przemek Norko – to ludzie, którzy pracowali z Paixao. Miałem dostęp do wszystkich obciążeń. Nie zaczęliśmy trenować mniej, tylko inaczej. Może dzięki tym zmianom, zaczęliśmy wyglądać trochę lepiej, ale i tak wszystko sprowadzało się do wyniku. Co z tego, że strzeliliśmy dwa gole Lechowi, skoro przegraliśmy 2:6? Dawno nikt tyle nie strzelił w Poznaniu, ale kto tyle stracił? Momentami graliśmy dobrze, ale – analizując – zobaczyłem, co się działo po stracie piłki. W takiej sytuacji musisz reagować już, a nie za dziesięć sekund. Tutaj bramka na 3:2, a my rozrzuceni po całym boisku. Lech momentalnie to wykorzystuje.

Dlatego zrezygnowaliście z Wagnera, który miał naprawdę wysokie umiejętności, ale nie dawał nic w obronie?

Nie zrezygnowałem z Wagnera. Sam chciał odejść. Źle się czuł, żona źle się czuła i chcieli zostać w Portugalii. Z niewolnika nie ma pracownika.

Odszedł też Vasconcelos, który chwilę później wylał na pana żale. Powiedział, że Rumak tylko krzyczy i nie jest liderem.

Kto to jest lider? Inny jest Steven Gerrard, który – proszę prześledzić wywiady – prowadzi kolegów dając odpowiedni przykład, inny Roy Keane, który łapał za klapy i wykrzykiwał w oczy, co myśli. Innym jest Ferguson, który stosował suszarkę, innym Mourinho, który otacza piłkarzy opieką i traktuje po partnersku. Lider nie może krzyczeć? Nie, lider to ten, za którym pójdą ludzie. Jeżeli krzyczysz i idą, to jesteś super liderem.

Za panem szli?

Na pewno nie szli za Zawiszą. Nie wszyscy czuli, że muszą oddać wszystko zespołowi.

Do którego typu lidera jest panu najbliżej?

Staram się dostosowywać do okoliczności, bo jednego zmotywujesz krzykiem, drugi wtedy opuści głowę, a trzeci potrzebuje rywalizacji. Trzeba pracować tak, by każdy czuł się potrzebny. Nie ma jednej drogi. Dziś przygotowujemy się do Legii…

… i niektórzy pytają – widziałem takie rozmowy w mediach – czy nie jesteście faworytem.

Przecież to jakaś bzdura! Sześć zwycięstw z rzędu, ale co z tego? Mamy 29 punktów i ostatnie miejsce w tabeli. Dziś liga się kończy i spadamy. To w ogóle ewenement. Mało który zespół w Europie – proszę sobie przeanalizować – ma więcej punktów niż meczów i zajmuje ostatnie miejsce. Śląsk, który czeka na zwycięstwo wiosną, trzyma się na czwartym miejscu, a Ruch, Zawisza i Korona punktują, a nie idą do góry. Taka liga. Ale może to jest fajne?

Niby tak, ale potem – kibice lubią takie kwestie – ktoś zapyta, jakim trenerem jest Mariusz Rumak. I co odpowiedzieć? Tym, który słabo punktował jesienią czy tym, który dokonał rewolucji zimą i osiągał niesamowite wyniki?

Nie wiem jakim.

To dotyczy każdego – jesienią Berg był gorszym trenerem niż teraz? Nie. Probierz miał gorszy warsztat pracując w Wiśle? Też nie. 

To są bardzo dobrzy szkoleniowcy. Jakimi jesteśmy trenerami? Takimi, którzy pracują w trudnych warunkach. Nie narzekam na te kwestie publicznie, ale sami do dziś mamy problem z boiskiem, bo trawa nie rośnie. To banalne rzeczy, ale kiedy się nazbierają… Małe szczegóły budują wielkie sprawy, ale nie chcę opowiadać, że dotyczy to tylko nas, bo kluby z Ligi Mistrzów też się borykają z takimi problemami. W Rosji też ktoś musi trenować na sztucznym. Trzeba się dopasować. Wie pan, w Zawiszy przez te osiem miesięcy nauczyłem się więcej niż w Lechu przez 2,5 roku i zauważyłem jedno: w Polsce piłkarze, jeśli chodzi o umiejętności, prezentują zbliżony poziom. Nie licząc tych wiodących, których przykładem był Radović, człowiek, który odmieniał oblicze spotkania. Pamiętam, jak z Lechem goniliśmy Legię – nie szło im, ale pojawiał się Radović, strzelał i znowu wszystko constans. Dziś widzimy Legię bez Serba… Może to nie jest powód ich problemów, ale brakuje takiego człowieka. W tej lidze mamy czterech-pięciu takich zawodników, ale pojawiają się następni. Do poprzedniego weekendu Robak zdobył wszystkie bramki dla Pogoni wiosną, ale wchodzi Zwoliński, strzela następne i wygrywają.

Zalicza pan Mikę do grona tych wyjątkowych?

To bardzo młody chłopak. Rocznik 1993. Jesienią miał trudny okres, bo przyjechał latem o kulach, z kontuzją, potem ją wyleczył, ale musiał się bardzo, bardzo zmienić, by zrozumieć, jak się tu gra. Kiedy mieliśmy piłkę, było super. Naprawdę – grał, wiązał akcje, wszystko szło. Po stracie zaczynał się problem. W Portugalii gra się inaczej – sytuacje jeden na jeden rozwiązujesz piłkarsko, a tu często łokieć, dwa razy po Achillesach i dopiero starcie piłkarskie. Mica to zrozumiał. W meczu z Pogonią zaliczył dziewiętnaście odbiorów. Dziewiętnaście! Nie chcę przekłamać, ale zgromadził ich więcej w jednym meczu niż przez całą jesień. To jest ten inny, lepszy Mica.

Da wam więcej niż Masłowski?

Zupełnie inny piłkarz. „Masło” to lewa, prawa noga, uderzenie z dystansu. Mica jest kreatywny na mniejszej przestrzeni. Jednym przyjęciem gubi przeciwnika i świetnie wypada w małej grze. Ma bardzo wysokie umiejętności, ale bym zaliczył go do tego grona, o którym pan wspomniał, musi je potwierdzić w większej liczbie spotkań. Dziś – przypominam – to najmłodszy członek wyjściowego składu.

Zgodzi się pan, że z nowych zawodników najwięcej dał wam Iwan Majewskij?

Rocznik 88, już jest w dobrym wieku do grania, ale – proszę mi wierzyć – stać go na dużą piłkę. Iwan znajdował się na górze naszej listy. Cieszyliśmy się, że udało się ściągnąć tego chłopaka, którego tak wysoko oceniliśmy. W okresie przygotowawczym szło powoli, ale z biegiem czasu okazało się, że to idealna postać. Jesienią często mieliśmy taki problem, że zawodnicy w środku pomocy byli rozbiegani. Czy grał „Drygi”, czy Goulon, czy Kuba Wójcicki – byliśmy wszędzie, a kłopot pojawiał się wtedy, gdy mieliśmy być w środku. Powiedziałem przed rundą wiosenną, że potrzebuję piłkarza odpowiedzialnego, który utrzymuje pozycję i reguluje tempo gry. Iwan odpowiedział: „ja taki jestem”. Jasne, że każdy piłkarz tak o sobie powie, ale dziś widzimy, jak wielki to plus dla ligi, że tu trafił.

Sięgaliście po piłkarzy z różnych kierunków. Predescu, Świerczok, Majewskij, Barisić… Marić gra nie tylko doskonale, ale przy tym daje stabilizację Micaelowi, który wygląda dobrze tylko wtedy, gdy tworzy środek obrony z poważnym partnerem.

Luka przeszedł z dobrego klubu, Rijeki, a na środku obrony brakowało nam doświadczenia. Wiedzieliśmy, że Micael będzie lepiej wyglądał przy piłkarzu, który dobrze czyta grę. Dobieraliśmy też jednak zawodników charakterologicznie. Powiedziałem, że nie możemy dopuścić, by mieć trzech piłkarzy z jednego kraju. Nie licząc oczywiście Polski, bo gdy mamy w zasięgu Polaka i identycznego obcokrajowca, to zawsze weźmiemy Polaka. Taką mam jednak zasadę – trzech to maksimum. Nie chodzi tu jednak o sam kraj, tylko bardziej o grupę o zbliżonej mentalności. Brazylijczycy i Portugalczycy to podobna nacja. Tak jak Serbowie, Czarnogórcy i Chorwaci.

Skąd wy wzięliście tych wszystkich zawodników? Z WyScouta? Youtube’a?

Na YouTube można skleić taką kompilację, że nawet ja wyglądałbym na zawodnika z Ekstraklasy. Na WyScout dobierasz wszystko według własnych potrzeb. Decyzję podejmują jednak trzy osoby – właściciel klubu, dyrektor sportowy i ja. Najpierw oczywiście mówię, kogo potrzebuję, ale potem zaczynamy rozmawiać. Mniejsza szansa, że pomyli się cała trójka. To wypadkowa trzech opinii. Potem odzywamy się do menedżerów, że potrzebujemy zawodników o konkretnej charakterystyce i zaczynamy oglądać. Nie możemy jeździć na bezpośrednie obserwacje. Nie jesteśmy klubem z tej półki. Oczywiście, że opieramy się na materiale wideo, ale to nie problem, gdy możesz obejrzeć cały mecz.

Ilu musiało odpaść z waszych list, aż udało się wyłowić Majewskiego i Maricia?

Te listy są bardzo mobilne. Piłkarze mogą po kolei odpadać, ale uzupełniamy o kolejne, podobne nazwiska. Barisić przyszedł dwa dni przed pierwszym meczem. Pawłowski – dzień później. Pamiętam tę sytuację – jedziemy z drugim trenerem, Czesiem Owczarkiem dzwoni telefon i: „ty, Bartek Pawłowski jest do wypożyczenia”. Bierzemy! Znałem chłopaka z Jagiellonii, Czesiu pracował z nim w Warcie i nagle się okazało, że mniejszy klub może wypożyczyć zawodnika od większego. To u nas rzadkie. Często kiedy dochodzi do wypożyczeń, chłopak na końcu przestaje grać, bo nie wiadomo, co będzie za pół roku lub musimy ogrywać swojego. Powiedziałem Bartkowi: „będziesz lepszy, będziesz grał”. To też pokaże innym klubom, że jeśli w Lechu czy Legii nie gra chłopak, którego chcemy, to może przyjść do Zawiszy, bo tu mu zaufają.

Jest pan wyjątkiem – trenerzy Pawłowski i Probierz wolą wiedzieć, na kogo będą mogli liczyć w dłuższej perspektywie.

Może mają rację? Może ja się mylę i powinienem postępować tak, jak oni? Uważam jednak, że jeżeli szóstego czerwca Pawłowski strzeli w ostatniej minucie gola decydującego o utrzymaniu, to okaże się, że było warto.

Pełnego przekonania nie złapał pan jeszcze do Świerczoka, który po kiepskim początku zaczyna wyglądać coraz lepiej.

Rywalizacja. Kuba walczy o skład z Barisiciem. Kiedy w końcówce z Pogonią wystawiłem go na „dziesiątce”, to potem mówił, że nie jest przyzwyczajony i brakuje mu nawyków. Tuż przed Bełchatowem kontuzji doznaje Predescu, wypuszczamy Kubę i jest dużo lepiej. Odświeżyliśmy sobie potem tę rozmowę. Sam powiedział: „no, nawet zaczyna to wyglądać, gdy wchodzę z głębi”. W jego przypadku musieliśmy popracować nad ustawieniem – co robić, gdy ma piłkę i jak reagować, gdy ją traci. Taktyka indywidualna. Nie tylko grasz – musisz myśleć.

Ma pan poczucie, że udało się zrobić to, co nie wyszło wielu trenerom, udowadniając, że – kiedy drużynie nie idzie – trzeba wymienić piłkarzy, a nie trenera?

Trener odpowiada za wynik. A wynik jest w największym stopniu pochodną pracy trenera.

Dobrze, ale warsztat ma pan taki jak wcześniej, tylko pracuje z innymi wykonawcami.

Ludzie pytają mnie, co się dzieje w Zawiszy. Nic. Pracujemy tak, jak jesienią. Nie ma tak, że wtedy co wtorek robiliśmy przewrót w tył, teraz w przód i zaczęliśmy wygrywać. Zmieniliśmy drobne niuanse – człowiek się rozwija – ale podobna praca w innych okolicznościach może dać efekt. Zawsze będę bronił trenerów. Za szybko ich zmieniamy w Polsce. W Zawiszy powiedziałem jednak na konferencji wprost, że klub potrzebuje zmian. Albo wymieni piłkarzy, bo ja z tym materiałem nic nie zrobię, albo trenera. Dano mi szansę to poukładać, ale podkreślam: nie skończyliśmy jeszcze pracy.

Zgadza się pan, że obecny Zawisza nie jest drużyną na spadek?

Ci piłkarze przy obecnym sposobie myślenia mają bardzo dużą szansę, żeby się utrzymać. Ani przez moment nie myślimy jednak, że jest dobrze. Jeżeli ktoś tak pomyśli, to przywieszę mu tabelę w szatni.

Musi pan jednak czuć satysfakcję, że coś udowodnił tym, którzy – jak my – w pana nie wierzyli.

Oczywiście, że tak, ale nie czuję dzikiej satysfakcji na zasadzie: teraz wam wszystkim pokazałem. Nie jestem takim człowiekiem. Wcześniej pojawiały się opinie, że Rumak jest pyszałkiem, zadziera nosa… Nie pamiętam tych wszystkich epitetów, ale…

… ale stopniowo odklejał pan tę łatkę.

Nie, bo ja nigdy taki nie byłem! Ktoś tak kiedyś powiedział, a potem poszło. Pamiętam wywiad z początku pracy z Lechem. Dziennikarz mówi, że krytykowałem trenera Bakero.

Gdzie?

Tak się mówi.

Ale gdzie się mówi? Na straganach?

A, nie pamiętam.

I takie kłamstwo – bo to było kłamstwo – często powtarzane staje się prawdą.

Skoro powtarzał je w sejmie poseł Tadeusz Iwiński…

Ktoś mi to pokazał. Byłem tłumaczem, kopałem dołki pod Bakero… Ludzie, przecież to jakaś paranoja!

Nie spodziewał się pan, że trafi kiedykolwiek do Sejmu.

Szanuję Sejm i ludzi – musiały być ich tysiące – którzy wybrali tego człowieka, ale przecież te słowa to kompromitacja! Człowiek był nieprzygotowany. Nie wiem – może jakiś asystent mu to podsunął? Nie mam pojęcia, jak to funkcjonuje.

Powiedział pan też, że przekonamy się, czy Puchar Polski to problem Rumaka czy Lecha. I dostaliśmy odpowiedź. Dla pana – satysfakcjonującą.

Na szczęście to był dwumecz. Mówię „na szczęście”, bo każdemu – tym bardziej Lechowi – życzę dobrze. Takie wpadki się zdarzają – Freiburg też wygrał z Monchengladbach – ale Lecha dotknęło to za mojej kadencji dwa razy.

I teraz trzeci.

Czyli trzeba coś przemyśleć.

Ale problem jest.

Nie ma zero-jedynkowego rozwiązania. Tak jak w Lidze Europy – jedziesz na Żalgiris, przegrywasz 0:1, mówisz, że będzie dobrze, a tu dostajesz bramkę i wszystko się zmienia. Ciekawe, co byłoby, gdyby Litwini w rewanżu dostali np. czerwoną kartkę. Czasem potrzeba trochę szczęścia.

Tak jak wy z Lechem, gdy z boiska wyleciał Djoum?

Dokładnie! Wiedzieliśmy, że będzie nam tym bardziej trudno, bo Lech gra teraz bardziej bezpośrednią piłkę. Wiedzieliśmy, że – Sadajew to silny chłop – będą mocniej wchodzić za linię obrony, spróbują nas stłamsić i zaliczą dużo dośrodkowań. Nagle nieodpowiedzialność lub brak trzeźwej oceny sprawia, że mecz się zmienia. Wciąż trzeba jednak strzelić bramkę. Proszę zauważyć, jak trudno nam było w drugiej połowie. Lech też miał sytuacje. Gergo uderzał w poprzeczkę. Tym razem szczęście było jednak po naszej stronie.

Może to moje mylne wrażenie, ale wydaje mi się, że kibice Lecha nabrali do pana większego przekonania w ostatnich miesiącach. Okazało się, że to nie Mariusz Rumak był największym albo jedynym problemem „Kolejorza”.

Dziś poprowadziłbym Lecha inaczej.

Czyli?

Wiele rzeczy bym zmienił, ale tu nie chodzi nawet o ćwiczenia. Zawisza zmienił mi postrzeganie piłki. Choćby skauting – tu przekonałem się, jak wielu jest dobrych piłkarzy, których większe kluby nie dostrzegają. Potrzebowałem tego wyjazdu do Bydgoszczy, żeby wrócić.

Do Poznania?

Nie mówię, że wrócę do Lecha. Chodzi mi o powrót mentalny do kilku kwestii.

Sugeruje pan, że w Lechu było za wygodnie?

Oczywiście, że nie, bo presja jest ogromna, ale czasem trzeba na wszystko spojrzeć z boku.

Ale widzi pan, że coś nie gra z tymi piłkarzami, skoro przy tak wysokich umiejętnościach mają tak duży problem z mobilizacją albo – nie wiem – koncentracją.

Nie wiadomo, czy to problem piłkarzy. Jakiś problem jednak jest i trzeba go zdiagnozować. Nie chcę natomiast o tym mówić, bo nie wiem, czy kiedykolwiek będzie mi dane prowadzić Lecha. Jedno mnie cieszy – bywam w Poznaniu przez jeden, dwa dni w tygodniu, chodzę po mieście, wożę dzieci do szkoły, ludzie mnie rozpoznają, ale ani razu nie usłyszałem negatywnej reakcji. Byłem nawet jesienią na jednym z meczów Lecha. Siadłem z kibicami…

Na kotle?

Nie no, spokojnie. Siadłem ze znajomymi, ale od wielu osób usłyszałem, że trzymają kciuki za Zawiszę. To miłe.

Powrót do Lecha to pana ciche marzenie?

Bardzo chciałbym wrócić, ale wiem, że jeżeli już wrócę, to będzie moje ostatnie podejście do tego klubu. Muszę być jeszcze lepiej przygotowany, a powrót musiałby być na moich warunkach, jeżeli miałbym za wszystko odpowiadać. Poznań to mój dom. Jeżeli bym wrócił, wszystko musiałoby się udać.

Lech musi być szczytem marzeń w Polsce, bo do Legii – z którą teraz gracie – nie pała pan szczególną sympatią.

Lech jest dla mnie wyjątkowy, bo w Poznaniu mieszka moja rodzina, ale wszystkie inne kluby – Legię, Wisłę czy Śląska – traktuję tak samo. To dla mnie zawód. Nie jestem kibicem. Nie wybieram sobie miejsca pracy na podstawie sympatii. Pójdę tam, gdzie będą mnie chcieli i nigdy nie powiem, że nie będę pracował tu albo tam.

Igor Lewczuk – przed niedzielnym meczem – powiedział w „Przeglądzie” pół żartem, że wprowadzi pan kary za puszczane bramki.

Dlaczego?

Bo tak odmieniliście defensywę.

Dużo nad tym pracujemy, ale kar nie przewiduję.

Lewczuk dodał też, że gdybyście je wprowadzili, to nie wypłacilibyście się po meczu.

Jego słowa. Nie jedziemy tam jako faworyt, ale… Wiele może się wydarzyć. Tak to określę.

Duża pewność siebie.

Raczej spokój. Po raz pierwszy nie jadę na Legię jako zespół, który koniecznie musi wygrać. Legia musi, a my nie mamy ciśnienia. Wyjdziemy zagrać dobrą piłkę. Podkreślam: dobrą piłkę.

Bez murowania.

Bez. Będziemy grali tak, by wygrać.

W którym momencie złapał pan tę pewność, że wszystko idzie w dobrym kierunku? Czasem wystarczy jedna akcja, by trener poczuł swój stempel na drużynie.

Dwa ostatnie mecze. Pierwsza połowa z Pogonią funkcjonowała tak, jak chcieliśmy. Według tego, jak trenujemy, z dobrym rytmem, fajną małą grą i zmianą rytmu. Z Bełchatowem były momenty – podobała mi się gra pozycyjna w ostatnich dziesięciu minutach. Przy utrzymaniu pozycji udawało się utrzymać piłkę. W takich momentach człowiek czuje satysfakcję, że trening przekłada się na mecz, ale łapie się też na myśleniu: to my jesteśmy tacy dobrzy czy oni słabi? Nigdy nie ma odpowiedzi. Bełchatów jest jednak naszym bezpośrednim rywalem, a nawet po meczu rozmawialiśmy, że ta nerwowość odeszła. Chciałbym, by Zawisza był zespołem, którego przeciwnicy się obawiają. By mówili, że wiele może się wydarzyć, ale będzie trudno. I nie dlatego, że będziemy się bić. Chodzi o styl. Tu przekonałem się, że na tym poziomie finansowym, przy najmniejszym budżecie, naprawdę da się zbudować zespół, który będzie dobrze grał w piłkę. Nawet na tle najsilniejszych i najbogatszych.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

Fot. FotoPyK

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments