Znają się, chyba nawet zbyt dobrze. Na pewno na tyle, że teoretycznie w spotkaniach pomiędzy nimi element zaskoczenia występować nie powinien. Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej. Za każdym razem zaskakuje nas konsekwencja, z jaką sfora Cholo Simeone wytrąca wielkiemu Realowi wszystkie argumenty z rąk.

Real Madryt na drodze krzyżowej. Stacja siódma

Postaw w BET-AT-HOME na wygraną Realu z Atletico -> KURS: 2.54

Można by powiedzieć, że jest w tym pewna sprawiedliwość. Po latach upokorzeń, po długich czternastu sezonach bez zwycięstwa nad rywalem zza miedzy, notoryczna ofiara naciągnęła na głowę kaptur i przyjęła rolę kata. Natchnięty myślą Diego Simeone, zespół przejął kontrolę nad miastem. Nie od razu, nie za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Atletico w nowym kształcie uczyło się – przede wszystkim na własnych błędach – jak nie przegrywać z Realem. Krok po kroku, po paru lekcjach, sztukę tę opanowało do perfekcji.

Przełomowym momentem był finał Pucharu Króla sprzed dwóch sezonów. Czwarte podejście Simeone do ogrania Królewskich, poprzednie kończyły się porażkami. Tym razem się udało. W końcu ucieszyła się ta część miasta, która zazwyczaj po derbowych zmaganiach piła na smutno. Ojcowie mogli przestać z nostalgią wspominać stare czasy, dzieciaki, nowe pokolenie fanów Rojiblancos, po raz pierwszy doświadczyli smaku derbowej victorii. Musiała zaboleć Królewskich ta porażka, wszak właśnie została utracona szansa na ostatni w tym mizernym sezonie tytuł.

W kolejnym – Madryt podzielił się łupami. Na Vicente Calderon fetowano ligę – zarówno lepszy bilans w meczach Realem (zwycięstwo i remis), jak i wygranie całych rozgrywek. Na Santiago Bernabeu cieszono się z pucharów – krajowego (Królewscy wyeliminowali Atletico w półfinale) i tego za zdobycie Ligi Mistrzów. Finał miał swoją dramaturgię, każda para rąk należąca do kibiców Los Colchoneros już unosiła się ku górze, ale korki od szampanów ostatecznie wystrzeliły w innej części miasta.

Przy okazji derbów po raz ostatni.

Sześć prób. Sześć spotkań na trzech frontach w różnych momentach sezonu. Wskażcie nam drugą drużynę, z którą Real – w pewnym momencie sezonu okrzyknięty Dream Teamem – nie potrafiłby wygrać choć raz na takim dystansie. No właśnie.

Diego Simeone. Nieprzypadkowo to jedyne nazwisko, które padło do tej pory w tym tekście. Argentyńczyk znalazł patent na Real – niezależnie od tego, że już za osiem dni może się okazać, że sezon skończy z marnym Superpucharem Hiszpanii, nikt mu tego nie zabierze. Ujmijmy to inaczej – Cholo zafundował Królewskim drogę przez mękę.

Stacja I: Podwójna garda Simeone, czyli Real nie wiedział, co robić.

To były inne zespoły niż te, które w maju walczyły o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Real jeszcze mocniejszy – z mistrzem świata Kroosem, królem strzelców mundialu Jamesem Rodriguezem. Gdzie on ich wszystkich pomieści – zastanawiali się kibice. Atletico? Wielka niewiadoma. Trzech czołowych graczy już rozpoczęło grę w Anglii, ku chwale londyńskiej Chelsea. Jezu, jaki to był denny mecz. 1-1, po bramkach w ostatnich dziesięciu minutach. Atletico wykonało swój plan. Wszystko na oczach 75 tysięcy kibiców zgromadzonych na Bernabeu.

Stacja II: Rottweilery dalej gryzą.

Uśmiech Simeone po ostatnim gwizdku mówi wszystko. Argentyńczyk odstawiał dziś przy linii szopki, klepał w głowę sędziego, w końcu opuścił boisko, ale obrazki jak w pewnym momencie podrywa do boju trybuny – absolutnie epickie. Pasja. Entuzjazm. Chyba nikt nie sądził, że to tak dalej będzie wyglądać.

Atletico szybko strzeliło bramkę za sprawą Mandżukicia, który wykorzystał podanie Griezmanna. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że duet ten pozwoli szybko zapomnieć o utracie najgroźniejszej broni. Nie po raz ostatni to właśnie ci piłkarze rozmontowują – bezradny tego dnia – Real. W świat idzie jasny komunikat: Atletico nie jest efemerydą, która zniknie z czołówek po jednym sezonie. Udało się stworzyć coś trwałego.

Stacja III: Simeone znowu wygrywa na Bernabeu.

Stać ich tylko na bramkę z rzutu karnego. Kolejny raz próbują narzucić swoje warunki rywalowi, lecz ten nie chce grać w ich grę. Te zaproponowane przez Atletico nijak Realowi nie odpowiadają. Trybuny zaczynają domagać się krwi. To dopiero trzecia kolejka ligowa, a Królewscy notują już drugą porażkę! Dopiero później zaczynają zwycięski marsz, który skończy się dopiero w nowym roku kalendarzowym.

Stacja IV: Rzut rożny Atletico, czyli prawie karny.

Postawienie muru nie do przebicia. Jazda na tyłkach, bez względu na to, w którym sektorze boiska. Błyskawiczne kontry i dopracowane do perfekcji stałe fragmenty gry. Tak w skrócie można by objaśnić patent Simeone, patent, którym kolejny raz usadził Real Madryt. Formuła niby znana, niby nie taka znowu skomplikowana, ale podrobić ją? Bez większych szans. Znajomość teorii sobie, ale praktyczne wprowadzenie jej to najwyższa szkoła jazdy, w której prawko ma obecnie wyłącznie Cholo.

Los skojarzył ich ze sobą w ćwierćfinale Pucharu Króla. Szybko. 2-0. Gra Atletico domagała się uwagi. Wtedy wydawało się nam, że lepiej, skuteczniej przeciwko Realowi Los Colchoneros już nie zagrają. Że po prostu się nie da. Paradne!

Stacja V: Torres! Prosimy nie regulować odbiorników.

Kibice Realu przybyli na stadion pełni wiary. Przed spotkaniem oddali hołd Cristiano Ronaldo, zdobywcy Złotej Piłki. Zapewne liczyli, że to Portugalczyk poprowadzi kolegów do dokonania rzeczy wielkiej. Kto, jeśli nie najlepszy piłkarz na świecie? „Remontada” – słowo, które zrobiło zawrotną karierę również w polskich mediach, w hiszpańskiej prasie pojawiało się z niezwykłą wręcz częstotliwością.

Setki scenariuszy. Co się wydarzy? Jak zagra Atletico? Czym zaskoczy Real? Kto będzie bohaterem spotkania? Chyba nikt nie mógł spodziewać się tego, że wszystkie światła będą skierowane w kierunku Fernando Torresa. Dwa gole, Real za burtą. To był trochę inny mecz. Królewscy stworzyli sobie bardzo wiele sytuacji, kto wie, czy nawet nie tyle, co w poprzednich meczach razem wziętych. Marne pocieszenie, ale pozwalało myśleć, że karta się odwraca…

Stacja VI: Derby Madrytu? Raczej: Atletico kontra statyści!

Po pierwsze: ostatni raz taki Real widzieliśmy chyba w listopadzie 2010 roku, kiedy to brutalnie Królewskich zniszczyła Barcelona. Dziś tylko prosił o najmniejszy wymiar kary.

Po drugie: nie mogliśmy sobie przypomnieć lepszego meczu Los Colchoneros za kadencji Diego Simeone. To był ich Everest.

***

Kontynuacja czy koniec? Co przyniesie dzisiejszy wieczór? Pomimo wszystkich upadków, które Atletico zafundowało Realowi do tej pory, piłkarze Simeone nie dorobili się miana faworytów. Ciężko jednak nie odnieść wrażenia, że im to najzwyczajniej świecie odpowiada. Od lutowego meczu z Realu nie porwali swojej publiczności w sposób szczególny. Najwyższa pora. Real właśnie wyszedł na prostą. W kluczowej części sezonu Ancelotti będzie miał pod bronią wszystkich żołnierzy. Mają jeszcze dużo do udowodnienia.

Nie mamy większych wątpliwości, to nie będzie piękny mecz, przynajmniej w klasycznym rozumieniu tego sformułowania. Z drugiej strony – nikt z taką gracją nie zabija futbolu jak Simeone. Nie możemy sie doczekać.

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments