As Hebert i dżoker Hanzel zablokowali „paishow”

redakcja

Autor:redakcja

11 kwietnia 2015, 19:22 • 2 min czytania

Reklama
As Hebert i dżoker Hanzel zablokowali „paishow”

Patrząc na samą wiosnę – czekało nas starcie z dna. Konfrontacja drużyn, od których gorzej w tym roku prezentował się tylko Bełchatów. Drużyn, które łącznie (łącznie!) wykręciły od lutego zaledwie jedno zwycięstwo. Piast – Śląsk. Jednym zespołem władze zdążyły już wstrząsnąć, zwalniając Pereza Garcię, w drugim wciąż panuje względny spokój. To znaczy – Śląsk zaczął się niebezpiecznie cofać, zaliczył wręcz koszmarny regres, ale nic nie wskazywało na to, by fotel zajęty przez Tadeusza Pawłowskiego zaczął się trząść. Tyle tylko, że sam trener musi w końcu jakoś wstrząsnąć drużyną, bo ta – choć zajmuje czwarte miejsce – jest niemal NAJGORSZA w Ekstraklasie anno domini 2015. 

Reklama

Śląsk rozleciał się zupełnie. Dzisiejszy mecz był idealnym podsumowaniem równi pochyłej, na jakiej znalazł się ten zespół. Nie kleiło się praktycznie nic – z pięknych akcji ofensywnych, które pamiętamy z jesieni, nie zostały nawet strzępy. Jedyne zagrożenie, jakie próbowali stwarzać Paixao i spółka, wynikało ze strzałów z dystansu, ewentualnie kilku wrzutek Dudu. Poza tym brakowało wszystkiego, a najbardziej płynności w kreowaniu gry. Hateley funkcjonował jako zupełnie odrębny byt, Pich potwierdził, że jest permanentnie beznadziejny, Marco nie dochodził do sytuacji, a kiedy już wszedł Danielewicz, który miał to wszystko poukładać, to po sześciu minutach wyleciał z drugą żółtą za kolejny bezmyślny faul. Komedia.

Piast – gdy grano jeszcze po jedenastu – wyglądał jednak podobnie do Śląska. Skrzydła dawały niewiele, po Jurado widać było brak regularnej gry, natomiast Wilczek bez wsparcia kolegów mógł się tylko przepychać. Kiepski dzień złapał też Vassiljev. Kiepski – to znaczy poniżej swojego normalnego poziomu, bo Estończyk i tak jakością bije ostatnio całą ofensywę Śląska. Perfekcyjnie grała za to obrona – w szczególności profesor Hebert – natomiast wszystko odmieniła kartka Danielewicza oraz fantastyczna – choć w trakcie meczu pozornie niezrozumiała – decyzja o wpuszczeniu Hanzela. Łukasz najpierw sam pokonał Pawełka, by chwilę później walnąć w Calahorro. Słuszne i sprytne, biorąc pod uwagę, że każdy kontakt Hiszpana z piłką pod swoją bramką śmierdzi golem dla przeciwnika. „Calahorror” – znacie to określenie nie od dziś, prawda?

Dziś zobaczyliśmy horror w wykonaniu całego Śląska. Nie było „paishow” – jak ktoś to ładnie ostatnio określił. Była kolejna kolizja. Wrocławianie – licząc ligę i puchar – zaliczyli już dziesiąty mecz bez zwycięstwa. Gdyby Pawłowski wykręcił taki wynik w Pogoni, Piaście czy Bełchatowie, to dzisiaj – do czego absolutnie nie nawołujemy – wypoczywałby w Alpach. Niech się pan Tadeusz cieszy, że nie wszyscy działacze są takimi narwańcami.

9X2VI2g

Reklama

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Zainteresowanie Bartoszem Kapustką. Dwa kluby zgłosiły się do jego agenta

Braian Wilma
15
Zainteresowanie Bartoszem Kapustką. Dwa kluby zgłosiły się do jego agenta