Nie ma drugiej ligi na kontynencie, która w ostatnim czasie tak by wynędzniała. Jeszcze niedawno Grecy wystawiali niemal rokrocznie dwie drużyny w Champions League, w porywach nawet trzy (sezon 04-05). Poważnych transferów dokonywała cała czołówka, na ławkach trenerskich przekleństwami rzucały uznane nazwiska, a byle przeciętniak był w stanie wyłowić perełki z lig tak zwanego trzeciego szeregu, czyli również z Ekstraklasy. Dziś Super League jest super tylko z nazwy, w rzeczywistości to krajobraz po trzęsieniu ziemi, z zaledwie jedną ocalałą wysepką – Olympiakosem, którego przed kataklizmem uchronił cyrograf. Nawet reprezentacja, od lat z sukcesami boksująca powyżej swojej wagi, zeszła na ziemię. Choć właściwie należy powiedzieć, że zapadła się pod nią, bo tak należy określić kompromitujący start w eliminacjach do Euro 2016, gdzie Helladę na kolana rzuciły nawet Wyspy Owcze.

Kraina żebraków, pustych stadionów i skandali. Piekło greckiej piłki

Powiedzmy wprost: gdy dziś gdzieś mówi się o greckiej piłce, najpewniej chodzi o jakiś skandal.

Image and video hosting by TinyPic

Bywało inaczej. Sezon 01/02, Panathinaikos z Olisadebe w składzie był pół godziny od półfinału

***

Panathinaikos. Mało który zagraniczny klub tak przesiąknięty jest polskością. Warzycha (głównie) i Wandzik (jego Robin) rozkochali w sobie trybuny Apostolos Nikolaidis do tego stopnia, że w późniejszych latach nawet Maciej Bykowski otrzymał swoją szansę w Atenach. A przecież „Koniczynki” to też pucharowe batalie z naszymi eksportowymi drużynami: dramatyczny bój z Wisłą, kiedy to „Biała Gwiazda” była o jeden błąd sędziego od raju. Porażka Legii w walce o półfinał Ligi Mistrzów (jak to dziś brzmi!), rok później słodka zemsta na Grekach w Pucharze UEFA. PAO to też śledzenie występów Olisadebe na najlepszych arenach Europy, okazjonalne popisy „Sypka”, Wawrzyniak zimowym transferem okrętujący się na fazę pucharową Champions League.

Tak, sporo było tego. Dużo wspomnień. Lepszych, gorszych, zwykle o dużą stawkę. Jakoś ostatnio jednak ani widu, ani słychu o Panacie. Co tam się dzieje? Już tłumaczę.

Jeszcze w sezonie 09/10 „Koniczynki” potrafiły rozbić bank. Osiem milionów euro za Cisse, cztery za Leto, trzy i pół wysupłane na Katsouranisa – poważne kwoty, a otoczone jeszcze szeregiem pomniejszych transakcji. Przez trzy ostatnie lata PAO nie dokonało jednak żadnego transferu gotówkowego, który czapką nakrywałby przenosiny Masłowskiego z Bydgoszczy do Warszawy. Oczywiście, to wciąż barwy, które mogą skusić niezłych graczy jak Berg, Pranjić, Petrić, ale muszą mieć oni kartę na ręce. Inaczej droga na Nikolaidis pozostaje zamknięta.

Image and video hosting by TinyPic

W 2010 chodziło się na Cisse. Klub notował rekordową frekwencję, na Stadion Olimpijski chodziło średnio blisko 30.000 kibiców

W 2012 „Koniczynki” stanęły oko w oko z finansową otchłanią, tą samą, która przeżuła i wypluła Glasgow Rangers. Rodzina Vardinogiannisów, która rządziła klubem przez trzy dekady, zostawiła za sobą finansowe bagno do posprzątania, w rezultacie PAO groziło twarde lądowanie na dnie ligowej drabinki i pojedynki po wsiach z amatorami. Do gry weszli jednak kibice.

Tak jest, dziś władzę dzierży „Panathinaikos Alliance”, stowarzyszenie kibicowskie, które poprzez członkowskie składki gromadzi środki na funkcjonowanie PAO. Panata naturalnie polega również na umowach sponsorskich, kasie z praw telewizyjnych, ale fakt faktem – nie wisi na szyi żadnego bogacza, co przez długie lata było normą.

Struktura „Panathinaikos Alliance” jest dość nowatorska. Każdy członek, bez względu na to ile posiada akcji, ma zawsze tylko i jeden głos. Sami w dowolnej chwili możecie zostać jednymi z właścicieli Panathinaikosu, bo rejestracji członkowskiej da się dokonać przez sieć. Oczywiście, z tego tytułu są przywileje, ale i obowiązki w postaci regularnych składek. W wirtualnym gabinecie mielibyście interesujących współpracowników, bo wśród składkowiczów są nie tylko kibice, ale i byli piłkarze, choćby Djibril Cisse czy Gilberto Silva.

Plany są ambitne. Szef „Panathinaikos Alliance”, Giannis Alafouzos, przekonuje, że potencjał tej metody finansowania jest duży. Wskazuje na wielką popularność „Koniczynek”, według jego wyliczeń kibicować w samej Grecji miałoby im 1.600.000 osób, a poza krajem jeszcze więcej. Gdyby tylko zauważalna część z nich zmobilizowała się i wpłaciła roczną składkę w wysokości kilkuset euro, PAO nie tylko stanęłoby na nogi, ale jak dawniej mogłoby mierzyć się z najlepszymi.

Pytanie tylko: gdzie to morze kibiców, gdy przychodzi dzień meczowy? Panathinaikos, firma, którą zna każdy w Europie, a frekwencję ma na poziomie Korony Kielce. Ostatnie pięć lat „Koniczynki” grały na Stadionie Olimpijskim, siedemdziesięciotysięczniku, który zwykle nie wypełniał się choćby w dziesięciu procentach. Nawet na prestiżowych starciach z Tottenhamem i Lazio w Lidze Europy arena świeciła pustkami, zapełniała się mniej więcej tak, jak Stadion Miejski we Wrocławiu na mecz z Piastem Gliwice.

Prawda jest nie tyle bolesna, co życiowa. W godzinie próby, tej najciemniejszej, okazało się kto jest kim, co przecież zdarza się nie tylko w piłce. Nieliczni, którzy autentycznie i dogłębnie dbali o PAO, wzięli klub na swoje barki, a tłumy, które chodziły na Cisse w 2010, kiedy Olimpijski często pękał w szwach, zostały w domu. Wrócą, gdy przyjdzie wynik.

Image and video hosting by TinyPic

Dziś wynieśli się na swój stary stadion, szesnastotysięcznik. Panathinaikos wreszcie gra sezon, w którym bije się o mistrza, a tymczasem trybuny świecą pustkami

Image and video hosting by TinyPic

Można postawić istotne pytanie o scenę kibicowską w Grecji. Z jednej strony, może jest przereklamowana? Ma opinię fanatycznej, jednej z najlepszych, a efektowne oprawy i racowiska z greckich trybun co i rusz robią w sieci furorę. Później jednak patrzysz na statystyki i pytasz – gdzie i kiedy ten bal? Tylko na derbach, a poza tym kapcie i wynik sprawdzany na telegazecie? Z drugiej strony, może właśnie Grecy zasłużyli na swoją markę w każdym stopniu, i w konsekwencji jeszcze bardziej niż u nas pokutuje tam opinia, że stadion to nie miejsce dla każdego. Janusze, od zawsze i na zawsze w przygniatającej przewadze liczebnej, ze względu na fanatyzm ultrasów mogą nie postrzegać stadionów jako opcji dla siebie.

Rekord in minus padł na meczu Kalloni – Veria. Musiano zagrać na neutralnej arenie, bo Kalloni nie miało dostosowanego własnego stadionu. W stolicy na Olimpijskim „widowisko” oglądało… 66 widzów.

***

Greckie kluby padają jak muchy. Po trzech dekadach w Super League w powietrze wyleciał Iraklis. Na ulicach Salonik pojawiły się wielotysięczne demonstracje, a co bardziej krewcy kibice toczyli regularne walki na ulicach: policja próbowała zaprowadzić porządek gazem łzawiącym, a ultrasi próbowali zaprowadzić chaos cegłówką i ogniem. Rok temu „kibice” właściwie podpalili swój stadion, w ten sposób wyrażając niezadowolenie z nieudanej drugoligowej kampanii. A przecież taką samą relegację prosto w grono ekip amatorskich przeżył Aris! Żal cywilów w Salonikach.

rac

Iraklis, Aris – to nie są przypadkowe marki. Ale o czym my mówimy, skoro nawet AEK, lokalna potęga, trzeci największy klub kraju, wskutek kłopotów finansowych po 89 latach zleciał z ligi? To był iście hiobowy rok, filmowy w ilości katastrof. Przez długi AEK nie spełnił warunków licencyjnych UEFA i został wykluczony z europejskich pucharów. Bolesny cios, bo kasa z gry w Europie miała być znaczącą częścią budżetu. Do tego dorzucono na deser zakaz transferowy i pogoniono na boisko przetrzebioną kadrę, która wypłaty otrzymywała teoretycznie. AEK rotował trenerami, AEK przegrywał mecz za meczem. U Christosa Arkoudasa wykryto środki dopingujące. Giorgios Katidis gola uczcił nazistowskim gestem, za który wykluczono go dożywotnio z wszelkich greckich reprezentacji (wcześniej był kapitanem kadry U-19). AEK spadł czysto piłkarsko, zajmując przedostatnie miejsce, a potem ogłosił upadłość.

Polski akcent w tej greckiej tragedii. Bougaidis z Lechii pieczętuje spadek ateńczyków samobójem w 87 minucie, po którym piłkarze uciekają do szatni przed kibicami

Tyle dobrego, że w Grecji nie lądujesz w piekle okręgówki czy innej czwartej ligi, tylko na trzecim poziomie rozgrywkowym. Ledwie dwa lata i znów możesz grać na najwyższym poziomie. Taką drogą idzie AEK, reset wyjdzie im na dobre, za rok będą ponownie gdzie ich miejsce. Już przebąkuje się tam o nowym stadionie, a nie da się ukryć, oponenci trzy razy zastanowią się, nim spróbują się sprzeciwić. Może to i dyktatura pięści, ale skuteczna: pięciu członków rady, który głosili, że Aten nie stać na nowy obiekt, zostało zaatakowanych i trafiło do szpitala. Pięćdziesięciu ultrasów AEK-u zjawiło się na sesji urzędu miasta i zdemolowało salę obrad.

Image and video hosting by TinyPic

***

Określmy greckich kibiców eufemizmem: żywiołowi. Ma to swoje plusy, jak choćby niesamowite oprawy i efektowne jak cholera racowiska, ale nie ukrywajmy, jest też ciemniejsza strona. Przypomnijmy wydarzenia sprzed kilku dni, a które są kluczowe dla zrozumienia klimatu greckiej piłki.


Jak się zaczęło? Wzajemne prowokacje kibica PAO i trenera Pereiry, szkoleniowca Olympiakosu, po których fani „Koniczynek” przełamali barierę, obrzucili boisko racami, krzesełkami, odłamkami band reklamowych i dosłownie wszystkim, co tylko było pod ręką. Potem starcia miały przenieść się poza stadion, a nawet… do gabinetów. Przedstawiciele Olympiakosu i Panathinaikosu ponoć dali sobie po razie podczas wtorkowego posiedzenia ligi. Miarka ostatecznie się przebrała. Sprawę wyeliminowania bandyctwa z futbolu wzięła rządząca od niedawna lewicowa partia Syriza. Wygląda więc na to, że żarty się skończyły i greccy kibice będą musieli stanąć przed wyborem – albo się ogarniacie, albo… zamykamy stadiony. I tyle.

Zapowiedziano, że rozgrywki zostaną wznowione tak szybko, jak to tylko będzie możliwe, ale o pobłażaniu agresji nie będzie więcej mowy. Sytuację w której Pajtim Kasami, piłkarz Olympiakosu, w przerwie dostał racą w ramię, określili jako skandaliczną. W kwestie ogarnięcia greckiej piłki zostały zaangażowane już nie tylko jej władze, ale również ministerstwo sportu. Ci zapowiedzieli mającej prawa do transmisji telewizji, że od nowego sezonu liga wystartuje tylko wówczas, kiedy osiemnaście klubów, bez wyjątku, wprowadzi karty kibica i dostosuje stadiony do standardów bezpieczeństwa. Cierpliwość rządzących kończy się o tyle, że od początku sezonu liga była zawieszana już dwukrotnie – we wrześniu i listopadzie. Powody? Najpierw śmierć podczas starć między kibicami trzecioligowych Ethnikosu Pireus i Irodotosu. Potem pobicie asystenta dyrektora komisji sędziowskiej.

Iskra, która podpaliła stadion. Kibic PAO kontra Pereira

Zajścia stadionowe? Rutyna. Pozwólcie powiedzieć: pikuś. Kibice Olympiakosu pewnego razu wysadzili ateńską kafejkę, której właścicielem był gracz PAOK-u, Georgios Tzavellas, a który w swoim czasie podpadł trybunom. Nienawiść między grupami kibicowskimi czasem urasta do miar niemalże absurdalnych: gdy AEK miał rozegrać mecz pucharowy z Dundee Utd na arenie Panioniosu, ultrasi tych drugich zdemolowali własny stadion, byleby tylko do tego nie doszło.

***

Organizacja FIFPro w niedawnym raporcie zaleciła, by gracze w miarę możliwości omijali szerokim łukiem Cypr, Maltę i właśnie Grecję – z wyłączeniem tych drużyn, które swoje finanse opierają w silnym stopniu na wpływach z gry w Europie. W Grecji 2/3 zawodników regularnie miewa problemy z otrzymywanie płatności na czas.

Jeszcze ciekawszy był raport FIFPro dotyczący korupcji. Przyjrzeliśmy się mu wnikliwiej latem, oto ówczesne wnioski:

Grecja pod lupą okazuje się puszką Pandory. Taki obraz tej ligi malują sami piłkarze. Powszechnie panuje wśród nich przekonanie, że matchfixing to standard, nie wiadomo tylko do jakiego stopnia. Aktualnie trwają zresztą dochodzenia w sprawie klubów Volos i Kavali. Strzelmy kilkoma odpowiedziami, przypominając, że wszystkie dotyczą TYLKO ostatnich dwunastu miesięcy.

14% ankietowanych odpowiedziało, że grało w ustawionym meczu. Z tej grupy aż32% przyznało, że przed meczem wiedziała o wszystkim.

Z 13% zawodników ktoś kontaktował się w sprawie ustawienia meczu. Z tego co dziesiąty zgodził się i przyjął propozycję.

Na pytanie, czy uważasz, że mecze w lidze greckiej są ustawiane, 64% graczy odpowiedziała twierdząco. Zdumiewająca liczba, w innych ligach ten wskaźnik nie przekroczył kilkunastu procent.

Czy zgłosiłby komuś, gdybyś podejrzewał, że mecz w którym masz zagrać będzie ustawiony? 71% była na nie. 16% graczy przyznało też, że w ostatnim roku grało u bukmachera łamiąc zasady narzucone przez związek.

Tyle w kwestii wyników. Ankieta analizowała też podłoże zepsutej tkanki i tu również jest ciekawie.

Kto ustawia mecze, jest pomysłodawcą? Ktoś z zewnątrz – 20%. Sędzia – 16%. Piłkarze – 11%. Oficjele klubowi – 50%.

Powody zgadzania się na korupcję? 33% – problemy finansowe. 13% – presja ze strony klubu. 15% – łatwa kasa, a proceder trudny do wykrycia. 9% – groźby w kierunku rodziny. 1%, uwaga, kulturowa akceptacja dla ustawiania meczów.

Jak można zmniejszyć ryzyko występowania podobnych patologii? 25% – większe płace. 30% – płace na czas. 18% – lepsze warunki pracy.

Grubo, prawda? To najbardziej patologiczny kraj ze wszystkich, które były brane pod lupę. Śmierdzi historiami rodem z meczu Amica – Aluminium Konin.

Jeśli to was zainteresowało i chcielibyście wiedzieć więcej, to dobre wieści. To była tylko przystawka. Danie główne to przepis jak ze stołu Vito Corleone.

***

„Około trzynaście milionów euro zarobiono poprzez bukmacherkę na pewnym meczu ligi greckiej, co do którego aktualnie toczy się dochodzenie…”

Wycinek z greckiej prasy, dziennik „Kathimerini”. Czerwiec 2011.

***

Biedująca tłuszcza, wyrywająca sobie ochłapy, spauperyzowani dawni możni, a pośród nich on. Niekwestionowany, nietknięty burzą król. Wciąż mający wielkie pieniądze, potrafiący wydawać miliony, mający pełny stadion, Ligę Mistrzów. I jest tylko jeden problem: cała konkurencja ma Olympiakos za kanciarzy.

Afera „Koriopolis”, która wybuchła w 2011 i wskutek której z ligą pożegnały się Kavala i Volos, niemal kręciła się wokół właściciela Pireusu, Evangelosa Marinakisa. To szara eminencja tamtejszej piłki, w momencie ujawnienia niewygodnych dla niego faktów jednocześnie piastował trzy stanowiska – prezesa Olympiakosu, prezesa Super League, a także był wiceszefem federacji. Wyobraźcie sobie co gdyby w polskiej piłce był ktoś tak rozlegle ulokowany.

Image and video hosting by TinyPic

Prokuratorem był Aristid Korea. Miał nagrane rozmowy telefoniczne, setki akt i niezachwianą pewność, że skaże Marinakisa i jemu podobnych, bo oskarżał ponad osiemdziesiąt osób. Korea przekonywał, że Marinakis był częścią międzynarodowej organizacji ustawiającej mecze w siedmiu krajach – zwróćmy uwagę, nie w wielu krajach, a konkretnie w siedmiu. Wiedział o czym mówi. Marinakis miał wpływać na policjantów, sędziów, polityków, byleby tylko ugrać swoje.

Ludzie sypali. Thansis Yiachos, sędzia finału Pucharu Grecji zdradził, że Marinakis w przerwie zjawił się w jego szatni, łamiąc tym samym federacyjne zasady. Szef Olympiakosu tłumaczył się, że wszedł by życzyć powodzenia – innymi słowy, wykręcił się sianem.

Ale to małe miki. Słuchajcie dalej: Petros Konstantineas zeznał, że gdy wybrano go sędzią meczu Xanthi – Olympiakos, dostawał od różnych osób z federacji przykaz, że goście muszą wygrać. Protestował, nie zgadzał się, sędziował normalnie i Olympiakos przegrał. Kilka dni później piekarnia Konstantineasa została wysadzona w powietrze.

Image and video hosting by TinyPic

Aby uporządkować sytuację z sędziami ściągnięto zza granicy Hugha Dallasa, byłego znakomitego arbitra. Szkot jednak też dał się zastraszyć i zrezygnować. Gdy dotkliwie pobito jego bliskiego współpracownika, Christoforosa Zografosa, a który aktywnie działał przeciw manipulacjom w obsadzie sędziowskiej, dał sobie spokój. Ta posada to jeden z najgorętszych stołków w europejskiej piłce.

Marinakis udaje głupiego, ale przede wszystkim używa swoich wpływów, by się wykręcić. Ma własne stacje telewizyjne i gazety, które nigdy nie powiedzą o nim złego słowa, nawet, gdy właśnie trwa dochodzenie przeciw niemu i na jaw wychodzą nowe, istotne fakty. Poza tym nie można nie doceniać jego wpływów politycznych – właśnie foruje swojego kandydata na burmistrza Pireusu i pewnie dopnie swego.

Warto zauważyć, że jesienią tego roku Koreas został oddalony od sprawy, co wywołało powszechne zaskoczenie – w pierwszej chwili, potem ułożyło się w pełną całość. Oczywiście, nie można niczego powiedzieć na pewno. Nie można niczego oficjalnie potwierdzić. Ale zawsze można zapytać o to kto miał motyw. Tak czy siak, pewne jest jedno – ludzie z tła, lubujący się w zagrywkach poniżej pasa, trzymają grecki futbol w garści i tylko zaciskają uścisk.

***

Trudno dziś szukać pozytywnych punktów zaczepienia. Wspomniane zajścia podczas ostatniego meczu PAO – Olympiakos: Panathinaikos wygrał ten mecz, co dawało mu złapanie kontaktu z mistrzem, dzieliłyby ich raptem trzy punkty. Pierwszy raz od kilku lat, na tak późnym etapie sezonu obie ekipy byłyby blisko. „Koniczynki” miałyby realne szanse na mistrzostwo i wielką kasę, bo triumf w Super League między innymi daje bezpośredni awans do Ligi Mistrzów. Może to byłby impuls, którego potrzebuje Panata, by ozdrowieć. I co? I wskutek zajść kibicowskich ten jakże ważny triumf poszedł do śmieci. Olympiakos wygrał walkowerem i uciekł peletonowi. I jak tu wchodzić w grecki futbol? Jak się angażować? Gdy boisko ma drugorzędne znaczenie, a próby naprawy zgniłego systemu można przypłacić zdrowiem?

Grecy zwracają uwagę właściwie na jeden plus – teraz, gdy liga jest biedniejsza, gra w niej więcej Greków. Rok temu Pierwszy raz od dwudziestu dwóch lat na otwarcie ligi w wyjściowych jedenastkach obu drużyn znaleźli się sami Grecy (Panionios – Aris). Młodzi otrzymują gros szans, może wykluje się z tego kolejne złote pokolenie? Fajna teoria, ale posłuchajcie tego: w październiku kadra U-19 dostała od Szwajcarii 0:10, a obarczony winą trener Taslakostas nie wytrzymał i opowiedział z jaką szatnią miał do czynienia. Juniorzy palili papierosa za papierosem, olewali dietę, zdemolowali hotel (między innymi wybijając szyby) i narazili się obsłudze. To jest to nadchodzące pokolenie, które ma odmienić Grecję, które zasilając ligowy krwiobieg ma wyprowadzić Super League na prostą?

Leszek Milewski

Podziękowania za pomoc