– Nie widzę powodów, dla których trener miałby być pozbawiony ambicji, celów i wizji pracy. Różnię się od wielu tym, że mówię to, o czym w dłuższej perspektywie myślę. Inni tego nie mówią – albo się wstydzą, albo się boją, że zostaną wytknięci palcem: „Mówiłeś, a nie osiągnąłeś. To po coś to mówił?” – przyznaje w długiej rozmowie z Weszło Wojciech Stawowy, trener Widzewa. O planach na Ligę Mistrzów, sterowaniu trenerem przez prezesa, mailach od Filipiaka ze składem i sprawie z Augustyniakiem. O tym, że ludzie się z niego śmieją, nazywają nawiedzonym, postrzegają jako cudotwórcę i mu zazdroszczą…

Nawet żona mówi: Czasem, Wojtek, mógłbyś się ugryźć w język

Wpuściłby pan Miroslava Radovicia do samolotu powrotnego z Amsterdamu do Warszawy, skoro zdążył się dogadać z innym klubem?

Tak, wpuściłbym. To, że zawodnik, który grał w Legii przez wiele lat i zrobił dla niej wiele dobrego, chce dziś odejść, nie powinno być powodem do innej decyzji. Może się jednak zdarzyć sytuacja, że ktoś zachowa się nieelegancko i da pretekst, by do samolotu go nie wpuścić.

Rafał Augustyniak tyle dla Widzewa nie zrobił, ale był jego kapitanem i do autokaru nie wsiadł. Bo pan zatrzasnął mu drzwi przed nosem.
Znając pobieżnie sprawę Radovicia, mówię, że powinien wrócić z drużyną. Ale jest jeszcze kuchnia, czyli coś, czego nie widać na zewnątrz. I u Augustyniaka ta kuchnia była, choć ktoś już uznał, że nie wpuściłem go do autokaru, odebrał to jako zatrzaśnięcie drzwi i nazwał mnie burakiem. Tymczasem wcale nie było tak, że ja go nie chciałem do autokaru wpuścić. Rafał o odejściu do Jagiellonii dowiedział się parę godzin przed wyjazdem i nikogo z nas o tym nie poinformował. Nie zadzwonił, że odchodzi, że chciałby zabrać się z nami na sparing, więc nawet nie mogłem mu powiedzieć: „Skoro stąd idziesz, to radź sobie sam”. Piłkarz nie wykazał żadnej inicjatywy, w żaden sposób nie zabiegał, by móc z nami pojechać. Nie mam do niego pretensji o transfer, sam z nim rozmawiałem i sam mu dałem zielone światło. Nie jestem trenerem, który w ramach rewanżu zamyka komuś przed nosem drzwi.

To dlaczego on nie wsiadł do autokaru?
– Dlatego, że nie wiedzieliśmy, że Augustyniak przestaje być piłkarzem Widzewa. Nie zadzwonił do mnie – choć mieliśmy taką umowę – że odchodzi. Jeśli chciał z nami jechać, mógł przyjechać na zbiórkę i wsiąść do autokaru, a przede wszystkim dzień wcześniej zatelefonować do trenera. Gdyby zapytał i powiedział, że chce się z nami zabrać, a przy okazji pożegnać, nie byłoby tematu. Dla kogoś, kto nie zna tej kuchni, Stawowy może być po prostu zły. Są ludzie, którzy lubią wycierać sobie różne rzeczy moim nazwiskiem. Niech przeanalizują moje słowa i zapamiętają, że ja nie jestem kłamcą.

Nikt nie twierdzi, że pan jest, ale cała sytuacja jest co najmniej kontrowersyjna. Nawet przypomina mi się pańska dawna wypowiedź dla Weszło: „Czasem ocenia się mnie jako osobę daleko poza rzeczywistością, ale ja naprawdę umiem oceniać racjonalnie”.
– Skoro niektórym trudno jest zrozumieć, co mam na myśli, to pewnie mówię niezbyt czytelnie. Jest wielu ludzi, którzy dobrze mnie rozumieją, ale są też tacy, którzy po prostu chcą komuś przyszpilić. Bo to jest najprostsze i nie wymaga inteligencji. Wystarczy chwycić za klawiaturę, by przedstawić kogoś w złym świetle.

Upewnię się: do kogo pan pije?
– Do tych, którzy mnie nie znają, a próbują wydawać na mój temat opinie niezgodne z prawdą. Zdaję sobie jednak sprawę, że osoby publiczne muszą być na to przygotowane, dlatego z panem rozmawiam. Gdybym chciał być osobą zatrzetrzewioną, to po takich artykułach na Weszło powinienem był odmówić. Rozumiem też, że czasem można się z kimś nie zgodzić i z kogoś się zaśmiać, ale krytyka nie może być złośliwa i nie powinna polegać na przyszpileniu pozbawionym smaku. Nazywanie kogoś burakiem jest mało inteligentne, a przede wszystkim wymaga pełnego przekonania o tym, co się wydarzyło.

W ogóle widzę, że postrzega się mnie jako osobę, która buja w obłokach i wytacza przed sobą wizje zupełnie nierealne. To śmieszne, bo pokazuje, że słucha się mnie bez zrozumienia i pisze tylko tak, by przedstawić mnie jako kogoś spoza rzeczywistości. Wielu ludzi nie rozumie też, jak ja chcę grać w piłkę, i lubią się z tego pośmiać. Mówią, że Stawowy jest nawiedzony, bo wiernie trzyma się pomysłów, które nie przynoszą efektów.

Do taktyki jeszcze wrócimy… Tak szczerze, dziwi się pan, że jest postrzegany jako osoba spoza rzeczywistości, kiedy w ostatnim zespole pierwszej ligi mówi o Lidze Mistrzów?
Tak, dziwię się. Gdybym mówił, że za trzy lata będę z tą drużyną w Lidze Mistrzów, można by nazwać mnie odrealnionym. Ale ja powiedziałem wyraźnie, że w krytycznej sytuacji najpierw chcę się utrzymać, dalej budować zespół i powalczyć o Ekstraklasę. A w niej chciałbym po trzech latach powalczyć o mistrzostwo, czyli eliminacje Ligi Mistrzów. I znów powiem coś kontrowersyjnego: jestem bardziej niż przekonany, że gdyby za mojej pierwszej bytności w Cracovii kontrakt dziesięcioletni nie trwał tylko miesiąca – bo pewnych zasad w życiu przestrzegam – to zdobyliśmy jakieś trofeum. Nie widzę powodów, dla których trener miałby być pozbawiony ambicji, celów i wizji pracy. Różnię się od wielu tym, że mówię to, o czym w dłuższej perspektywie myślę. Inni tego nie mówią – albo się wstydzą, albo się boją, że zostaną wytknięci palcem: „Mówiłeś, a nie osiągnąłeś. To po coś to mówił?”.

W Cracovii opowiadał pan o Lidze Mistrzów, w Arce – również, w GKS Katowice – już tylko o pucharach. A w ogóle to pański pierwszy kontrakt w Krakowie wygasłby w przyszłym roku…
I do tego czasu tamten zespół miałby albo mistrzostwo, albo Puchar Polski. Moje wypowiedzi o europejskich pucharach to nic niezwykłego. To plany, które powinien mieć każdy w Ekstraklasie. Nie wyobrażam sobie trenera, który wchodzi do szatni i mówi: „Grajmy tak, byle nie spaść”. Mogę być teraz bałwochwalcą i spytać: czy od czasu, kiedy byłem w Cracovii, stało się coś lepszego? Czy za czasów Stawowego Cracovia grała piłkę, która podobała się prawie wszystkim? Czy nie warto było tego zostawić? Ja wiem, że było warto. Czasem jednak trafiają się ludzie z chorymi ambicjami, którzy chcą robić rzeczy tak, jak się ich robić nie powinno, albo mają kompleksy. W Cracovii nie dano mi popracować, a w Gdyni zadecydowały sprawy pozasportowe… Kiedyś Cracovia spadła na dobre z Ekstraklasy i dopiero Stawowy z drużyny złożonej z piłkarzy niechcianych stworzył taką, która grała fajną piłkę i awansowała. No to mówili, że przypadkiem! Nie, nic się nie dzieje przypadkiem, choć szczęście jest potrzebne i ono nam sprzyjało. Jesienią w Ekstraklasie byliśmy w ósemce, ale zimą rozebrano mi zespół. Czy świadomie, celowo? Nie wiem, dlaczego pozbyto się Kosanovicia, dlaczego nie rozmawiano z zawodnikami o kończących się umowach. Sami się pozbawiliśmy miejsca w ósemce. Coś fajnego, co się wówczas rodziło, zostało w sposób nieodpowiedzialny popsute. A za to, co dzieje się w klubie, na zewnątrz odpowiada trener. Nawet, gdy nie jest to jego wina.

Profesor Filipiak w pewnym wywiadzie nie zostawił suchej nitki ani na mnie, ani na drużynie. A ja jestem taki, że nie pozwalam, by wylewano na mnie pomyje. Jak ktoś, kto zatrudnia trenera, nie jest zadowolony z jego pracy, to niech zaprosi go do gabinetu i rozwiąże kontrakt. No, a wie pan, gdzie dziś gra Steblecki?

W Eredivisie.
– A ja dostawałem częste polecenia, żeby nie wpuszczać go na boisko. Nie godziłem się na to, bo był lepszy i zasługiwał na skład, więc był u mnie w składzie. Dostałem nawet informację, że jeżeli dalej będzie wystawiany, to trafi do rezerw. Wie pan, gdzie jest Boljević? Na Cyprze, strzela bramki, a u mnie miał nie grać. Danielewicz? Kolejny: zawodnik Śląska, u mnie miał nie grać. Piłkarze to wszystko słyszeli.

Trener nie powinien zareagować?
– Reagowałem.

Bezskutecznie.
Nie ma mnie dziś w Cracovii.

Ale wcześniej, gdy te scenki miały miejsce, pan nie zrezygnował.
– Pan pewnie czytał moje wywiady i konferencje, więc wie, że profesor Filipiak – którego bardzo cenię i szanuję – wiedział, że z Cracovii odejdę, nawet jeśli skończymy sezon w ósemce. Zapowiedziałem to dużo wcześniej. To była moja reakcja na zachowanie prezesa, który głośno wyrażał swoje niezadowolenie z zawodników i ich demotywował. Być może mogłem zostawić tę pracę od razu, co też radziło mi wielu.

Niech pan dopisze jeszcze jedną osobę do tej listy.
– Pana, tak? Nie odszedłem, bo miałem misję do wykonania, którą i tak mi przerwano. Prezes kilka kolejek przed końcem sezonu – chyba z dużą radością i satysfakcją – zwolnił mnie z pracy. Wydaje mi się, że on zawsze miał w stosunku do mnie jakieś „ale”. Czy to było podyktowane wielką sympatią kibiców Cracovii, nie tych z forów internetowych, a tych, których spotykam w Krakowie? Nie chcę się chwalić – znowu powiedzą, że Stawowy buja w obłokach – ale myślę, że jako trener zrobiłem dla tego klubu bardzo wiele. Wiele zrobili też piłkarze, którzy dziś nie są nawet w stanie wejść na stadion. Przykro o tym mówić, bo Cracovia to wielka tradycja i marka. A ci, którzy za ten klub „umierali”, nie są tam mile widziani.

Co pan odpisywał na maile od profesora Filipiaka, który narzucał panu skład?
Nie chcę zdradzać treści korespondencji, bo jestem dżentelmenem. Wiele mu zawdzięczam, a to, że nie zgadzamy się w wielu kwestiach, wynika stąd, że jesteśmy mężczyznami i mamy silne charaktery.

A to, że on próbował panem dyrygować jak marionetką, mimo zapewnionej wcześniej niezależności?
Nie wyobrażam sobie, żeby trener, który jest zatrudniony w klubie, funkcjonował jak auto zdalnie sterowane. To znaczy, że prezes siedzi, trzyma w ręce pilota i kieruje trenerem… To chore.

Trzyma i kieruje – to się zgadza, ale na te przyciski nie reaguje trener. Połowa schematu została zachowana.
Prezes powinien wytyczyć trenerowi wizję, ale mieć do niego zaufanie. Bo to trener odpowiada za wynik, grę, decyzje personalne i ustawienie. Moja odpowiedź na maile? Skoro dostawałem jasne instrukcje, a i tak grali ci, którzy mieli nie grać – proszę samemu sobie dopisać brakującą część.

Wyznał pan, że z pańskiego odejścia z Cracovii niektórzy się wręcz cieszyli. Po Arce Gdynia też pan stwierdził, że nie wszystkim się podobał. Coś tutaj nie gra.
Wszystko gra na jak najlepszą nutę, bo nigdy nie jest tak, że wszystkim się pan będzie podobał. Jeśli tak pan ma w swojej pracy, to gratuluję.

Wolę mieć dobry kontakt ze współpracownikami i przełożonymi.
– Dla mnie kluczowe jest zaufanie piłkarzy. Oni są najważniejsi. Jeżeli zawodnicy widzieliby we mnie osobę niesprawiedliwą, fałszywą czy nieprzygotowaną – nie siedziałbym w klubie pięciu minut dłużej. To największa porażka. Znajdzie pan piłkarzy, którzy będą mnie krytykować, ale nikt nie powie, że Stawowy jest nieuczciwy, dwulicowy i nieprzygotowany do zawodu. Zdrowe relacje z piłkarzami i przejrzyste zasady zawsze były moim atutem. Co do osób szczęśliwych z mojego odejścia, to może pan zadzwonić do trenera Podolińskiego i on powie, kogo miałem na myśli. Bo on z tymi samymi osobami miał i ma dziś problem. Co więcej, on na początku pracy tych osób słuchał, mocno im wierząc, aż przekonał się na własnej skórze, jak to wygląda. Przy zatrudnieniu Podolińskiego prosiłem prezesa, by w końcu poszedł po rozum do głowy i dał trenerowi pracować przez lata. Dziś doświadcza tego, co ja: na jego temat różni ludzie wygadują różne bzdury. Ja mam akurat to szczęście, że potrafię rozpoznać tych z niezdrowymi intencjami. I w Gdyni też tacy byli. Bo zazdrościli służbowego Lexusa, myśląc, że mam go na własność, a to właściciel salonu samochodowego sam naciskał, o co ja w ogóle nie zabiegałem. Bo drażniło ich to, że mieszkałem w jednej z najładniejszych dzielnic, przy samej plaży, o co też nie zabiegałem. Zazdrościli mi czegoś, co nie było moje i na co nigdy nie byłoby mnie stać. To, że ktoś chciał mi zagwarantować większy komfort na czas pracy, było jego dobrą wolą. Mnie i tak wychowano na człowieka skromnego, który umie się cieszyć z małych rzeczy. Ktoś, kto mnie nie zna i czyta artykuły tych, którzy też mnie nie znają, pewnie pomyśli, że Stawowy to bufon bez kontaktu z rzeczywistością. Nie chcę walczyć z rzeczami, na które nie mam wpływu.

Nie jest tak, że pan – przychodząc do nowego zespołu – narzuca sobie, żeby nauczyć piłkarzy gry w piłkę? Nie porządkuje pan pilnych problemów, nie organizuje gry pod punkty, tylko chce uczyć piłki.
– Trener musi mieć pomysł, ja też go mam. Uważam, że każdy zespół można nauczyć gry w piłkę i jeżeli narzuci się piłkarzom futbol kombinacyjny, to oni go pokażą. Wielu zawodników przyznaje, że chciałoby w końcu grać, nie tylko wybijać.

Prezes mówi, że chciałby punktować i nie spaść.
Zderzamy się więc z rzeczywistością, że trener boi się takich decyzji, bo jak nie ma punktów, to jest wyjazd. Trzeba umieć to połączyć. Widzew ma dziewięć punktów, mecz zaległy i ja chcę ładnej gry dla oka. Wiem jednak, że za styl punktów się nie przyznaje i potrzebujemy zwycięstw. Czasem trzeba zagrać brzydziej, ale skuteczniej.

W Miedzi też pan chciał nauczać futbolu i skończyło się tragedią. Dla zespołu, który znalazł się w nieciekawej sytuacji, i dla pana, bo to kolejna nieudana misja.
– Tragedia to mocne słowo. Nie osiągnąłem w Legnicy tego, co chciałem i w jakim celu mnie ściągnięto. Ale to też jest powiedziane na wyrost, bo cierpliwości – dla mnie to cecha ludzi wielkich – było zbyt niewiele. W swojej pracy praktycznie jej nie doświadczyłem. Mam takiego pecha, że ci, którzy mnie zatrudniają, patrzą na mnie jak na cudotwórcę. Że przychodzi Stawowy i będzie awans. Że przychodzi Stawowy i będziemy grali najlepiej w lidze.

Przecież pan sam im tak mówi.
Mówię, ale w perspektywie czasu. Nie podpisuję kontraktu na trzy miesiące, tylko na trzy lata. I w perspektywie tego kontraktu się wypowiadam.

I co panu z tych kontraktów zostaje?
Zostaje mi to, że mnie zwalniają, a potem się ze mnie nabijają. Czasem mam jednak satysfakcję, jak z dziesięcioletnią umową w Cracovii. Wolę być bezrobotny, ale mieć czyste sumienie i móc każdemu spojrzeć w oczy. Jeżeli ktoś uważa, że tylko przeze mnie drużyna gra źle, to wolę odejść. Tylko czy zawsze jest to wina tylko trenera?

Dziś ma pan 4,5-letni kontrakt z Widzewem. Z cierpliwością – widząc choćby obecną sytuację zespołu w tabeli – też może być różnie.
Nie patrzę na długość kontraktu. Nauczony doświadczeniem, historią z Cracovią, wiem, że to nie ma znaczenia. Bardzo chciałbym, żeby to był pierwszy klub, w którym do końca mógłbym zrealizować swoje pomysły. Z prezesem Widzewa rozmawiałem również o czarnym scenariuszu. Wiem zaś, że postrzega się mnie jako czarodzieja. Wielu oczekuje, że Stawowy bezwzględnie utrzyma zespół. A jak tego nie zrobi – poniesie klęskę.

To pewnie bierze się stąd, że skoro Stawowy ma za cztery lata grać o Ligę Mistrzów, to dlaczego miałby w pół roku nie uratować pierwszej ligi.
– Stawowy nie powiedział, że za cztery lata powalczy o Ligę Mistrzów. A jeśli chcemy to mierzyć latami, sprecyzujmy: pięć lat.

No, cztery i pół.
Jeżeli, nie daj Boże, się nie uda, to znowu wszystko będziecie mogli powiedzieć… W Widzewie każdy ma świadomość, że sytuacja jest do uratowania – nie takie rzeczy trenerzy robili – ale to tylko sport. Jakby co, mamy tez przygotowany plan B, czyli natychmiastowy powrót do pierwszej ligi i dalsza gra o Ekstraklasę.

Rafał Augustyniak mówił mi o podziałach w szatni, braku chemii między zawodnikami. Zespół jesienią miał jedno wyjście na kręgle, a po jednym z meczów Augustyniak uderzył w twarz innego piłkarza. Do tego trener Pawlak wypalił słynne zdanie: „Objęliśmy prowadzenie i to może sparaliżowało drużynę”. Obraz rozpaczy… Jaką pan zastał drużynę?
Spotkałem piłkarzy zainteresowanych tym, co mam do powiedzenia. Jak zacząłem z nimi rozmawiać, to widziałem w ich oczach błysk nadziei. Oni czekali na jakieś zmiany. Nie widziałem ludzi, którzy się nie lubią i biją po twarzach. Wszyscy mamy teraz jeden cel – utrzymać Widzew w lidze i do tego wszyscy będziemy dążyć.

Dla jasności: bicie po twarzy to jednorazowy incydent.
Wcale nie powinno dziwić, że facet facetowi daje po meczu w szczękę. Spotykałem się z różnymi sytuacjami w szatni – nawet taką, że ktoś kogoś powiesił na wieszaku. To kilkudziesięciu mężczyzn, którzy są wściekli po przegranym, często frajersko przegranym meczu. A drużyny z podgrupami i podziałami nie dostrzegłem. Wiem natomiast, że wiele rzeczy, które padały pod adresem tych chłopaków, było nieprawdziwych. Dziwię się takim opiniom.

To znaczy, jakim opiniom?
Że to słabi piłkarze, że się nie nadają, że są za młodzi, że nie mogą udźwignąć presji.

Wystarczyło zobaczyć mecz Widzewa i samemu wyciągnąć oczywiste wnioski. Tym bardziej, jeśli piłkarze opowiadali, że w oczach kolegów z boiska widzieli przerażenie w oczach.
Nie mówię, że to opinia mediów, raczej ludzi, którzy przychodzą na stadion na dobry spektakl. A mecz to tylko opakowanie, wynik tego, co dzieje się w klubie i w tygodniu w treningu. Jeśli do piłkarzy docierają negatywne emocje, mocno się to na nich odbija. Czy na te rzeczy mieli wpływ tylko piłkarze czy ktoś jeszcze inny? Nie chcę wszystkiego wywlekać i rozstrzygać… Spotkałem zespół, który był słaby mentalnie i zbity porażkami, ciągłą krytyką. On dziś na nowo poczuł siłę, bo ma ku temu podstawy. Ktoś skomentuje: „Tak, mają dziewięć punktów, są na ostatnim miejscu, to mają podstawy”. A kiedyś Śląsk z przedostatniego miejsca wyszedł na wicemistrzostwo Polski. Trener Lenczyk, przychodząc do klubu, pewnie też ujrzał przybitą drużynę. Może się okazać, że ile meczów przegraliśmy jesienią, tyle wygramy wiosną.

Obiecałem, że wrócimy do pańskiej filozofii gry, którą źle się odbiera. Jak więc ją rozumiemy, a jak powinniśmy rozumieć?
– Mówi się „grać w piłkę nożna”, a nie „wybijać” czy „kopać”. Niech więc będzie to gra oparta o filozofię, styl i taktykę. Świat idzie w kierunku – gdy mecze rozgrywa się na małych przestrzeniach i coraz lepiej się skraca pole – by grę kreować i prowadzić. To wymusza utrzymanie się przy piłce. Nie chcę też, by to, co robi moja drużyna, było dziełem przypadku. Liczy się powtarzalność w rozegraniu. A to, że ktoś wie, jak będziemy grać, nie znaczy, że wie, jak z nami wygrać. Chce, aby ludzie zrozumieli też, że wymienianie niekiedy dwudziestu podań służy temu, by wypracować sobie dogodną sytuację bramkową. To nie jest filozofia, by było ich dwadzieścia, bo czasem wystarczą cztery – w zależności od sytuacji. Natomiast moją grę często postrzega się jako wymienianie bezsensownych podań, często w poprzek. Ludzie nie rozumieją, że wtedy przeciwnik nie ma piłki, musi za nią biegać, bardziej się męczy, co stwarza nam dodatkowe okazje. Nie rozumieją, bo nie są cierpliwi: że znowu do tyłu zamiast do przodu, że znowu podanie zamiast centry. Czasem trzeba akcję opóźnić i wycofać, by była w pełni przemyślana.

Jak zaczynałem pierwsze podejście w Cracovii, to ludzie mocno gwizdali, ale potem już klaskali. W Gdyni też przeszli drogę od frustracji do braw. W moim drugim podejściu do Cracovii, jak graliśmy sparing z Karpatami, ludzie kazali mi stamtąd „wypier”. Krzyczeli: „Po coś tu wrócił?”. A jesienią w Ekstraklasie mieli wielką radochę, bo graliśmy fajne mecze – i te zwycięskie, i te przegrane. Lech – 6:1, po kapitalnym widowisku. Legia – 4:1, po bardzo fajnym meczu, który dobrze się oglądało, bez obrony Częstochowy.

Teraz to brzmi jakby pan się tymi wynikami chwalił…
– Nie chwalę się, bo porażka 6:1 chluby mi nie przynosi. To baty i lanie, po których głowę należałoby schować w piasek pod jednym warunkiem: gdy gra przynosi wstyd. A my wyglądaliśmy fajnie piłkarsko, tylko popełniliśmy błędy.

Powiedział pan piłkarzom „Dzięki chłopaki, o to chodziło”?
Nie można chwalić za wysoką porażkę, ale nie można też dołować, wiedząc, że taki wynik to efekt błędów indywidualnych, a nie niewłaściwego sposobu gry i błędów w pracy. Czasem trzeba pomóc zawodnikom zrozumieć porażkę. Ja po przegranych meczach nie wpadam w furię, a po wygranych nie latam nad ziemią. Staram się racjonalnie oceniać sytuację. Zawsze mówię też to, co myślę, co ludzie czasem odbierają jako moją wadę. Nawet moja żona mówi: „Czasem, Wojtek, mógłbyś się ugryźć w język”. Dzieci też mi tak mówią, a dwójka z nich jest dorosła i czyta o tacie złe rzeczy. To nie jest przyjemne. Dzieci wiedzą, że tata może zachować się różnie, ale zły nie jest, bo nigdy w życiu nikogo nie skrzywdził. Byłoby mi bardzo źle, gdyby ktoś miał przeze mnie cierpieć. Dlatego nigdy nie zaszkodziłbym Rafałowi Augustyniakowi.

Panu też nie byłoby miło, gdyby czytał takie teksty o bliskich, których kocha. Tym bardziej, że one nie były pisane przez ludzi na forach, tylko przez kogoś, kto powinien być odpowiedzialny i chyba jest po wyższych studiach. Macie bardzo sprawdzone informacje, nie wiem skąd, czyta was wielu, bo sporo jest smakowitych kąsków, ale czasem są rzeczy, które strasznie krzywdzą człowieka.

Dlatego też z panem rozmawiam, żeby poznać inny punkt widzenia. Dla mnie, nie będąc autorem tekstu, nie było to aż tak czarno-białe, jak choćby odbiór pana wypowiedzi o Lidze Mistrzów.
 – A ja bym pana dalej z tą Ligą Mistrzów przekonywał. Myślę, że słucha pan ze zrozumieniem – bo, jak zdążyłem poznać, jest z pana inteligentny człowiek – i może się zastanowić: czy to naprawdę chore myślenie?

Myślenie o Lidze Mistrzów w klubie, który nawet nie wie, gdzie zaraz zagra w lidze?
– Zostawmy aktualne problemy. Wierzę, że one się zmienią, bo inaczej nie miałaby ta praca sensu. Może pan przyjąć rolę dyplomaty, który mówi niewiele, bo potem się będą śmiać, ale jest też taki trener, który mówi otwarcie, co myśli. Miałbym powiedzieć w szatni: „Panowie, spadamy”?

„Utrzymajmy się za wszelką cenę” – tyle dziś by wystarczyło, później będzie można myśleć o czymś więcej. Zdaje pan sobie sprawę, że zawodnicy na pańskie słowa reagowali co najmniej wymownym uśmiechem?
– To jest pierwsza reakcja. Ale jak ktoś się tutaj zatrzyma, to przy ogromnym śmiechu – nawet, jeżeli już się wywrócił – zapala mu się lampka, zaczyna myśleć, przestaje się śmiać, podnosi się, siada, robi herbatę i się zastanawia. Pół roku? Utrzymanie. Co miałbym dalej chłopakom powiedzieć? Że znowu gramy o utrzymanie?

Wie pan, co mówili pół roku temu?
Piłkarze?

Ludzie w klubie, pan Cacek.
Mnie interesuje to, co ja chcę powiedzieć i osiągnąć.

A wie pan, co mówił w Gdyni i Katowicach?
Tak.

I wie pan też, co z tego wyszło?
Chciałbym panu raz jeszcze powtórzyć: dajmy człowiekowi pracować, miejmy cierpliwość. Mógłbym być rozliczany za swoje wypowiedzi, mógłbym powiedzieć: „Przepraszam wszystkich, wyszedłem przed szereg, mam coś z głową”. Mógłbym, ale za cztery i pół roku. W trzecim roku w Ekstraklasie powalczymy o mistrzostwo. Jeżeli tego nie zrobię…

Nie ma znaczenia. Nie dotrwa pan.
– Źle mi pan życzy.

Życzę dobrze, ale wyciągam wnioski z przeszłości. Pan też powinien.
Ja też wyciągam wnioski. Gdyby różne perypetie we wcześniejszych klubach wynikały tylko z aspektów sportowych, mógłbym się pod pana słowami podpisać. Wierzę, że w końcu trafię do klubu – dziś wierzę, że jest to Widzew – w którym o wszystkim zadecydują tylko czynniki sportowe.

Jeszcze jedna rzecz, której nie rozumiem – kiedyś mówił pan, że marzył o pracy z Cabajem, o Rybickim z kolei, że „zawsze chciałem z nim pracować”. O co tutaj chodzi?
– Marcin Cabaj to chłopak, któremu przypięto łatkę – takiego, który robi „cabajki” i któremu się nie udaje. Kiedyś, jak był trzecim bramkarzem w kadrze Pawła Janasa, pisali, że jest jednym z najlepszych w Polsce. A jak trafił słabszy okres, to go gnoili. Powiem panu, że to jest takie typowo polskie. Jak ktoś jest na topie, to wynosi się go w górę. Jak ktoś jest na dole, to się go dobija. O pracy z Cabajem mogłem marzyć, bo każdy marzy o pracy z tymi, którzy są bardzo dobrzy. A Mariusz Rybicki pasuje do mojej koncepcji, lubię takich piłkarzy.

Takich, którzy w co drugiej akcji tracą piłkę?
Takich, którzy są kreatywni i lubią grę kombinacyjną. To, że w co drugiej akcji tracił piłkę, mogło pochodzić stąd, że nie każdy umiał go wykorzystać. Rybicki nadużywa gry 1 na 1, a gdy zrobi to jeszcze w złym momencie – mając czterech rywali w pobliżu – zawsze straci piłkę. Jest jednak na tyle dobry, że mając tych rywali dwóch i będąc przy polu karnym, powinien próbować.

Nie jest pan pierwszym, który zauważa ten problem.
– Sam do wielu piłkarzy nie potrafiłem dotrzeć, a innym się udawało. Taki Marcin Budziński świetnie grał u trenera Pasieki, u mnie co najwyżej miewał momenty, a u trenera Podolińskiego rozegrał świetną jesień. „Budzik” chyba woli styl wolny, luźnego playmakera, bez zadań defensywnych, które u mnie miał. A teraz przykłady na moją korzyść – Roka Strausa zastałem w Klubie Kokosa, a u mnie był najlepszym rozgrywającym. Na Sebastianie Stebleckim dopiero co wieszali psy, a niewielu Polaków może dziś pochwalić się grą w Holandii.

Rozmawiał PIOTR TOMASIK

***

Już po wywiadzie: – A wie pan, jakie zada mi pytanie za cztery i pół roku, jak się spotkamy? Czy czuję z tego wszystkiego satysfakcję? Niech pan jeszcze o tym pomyśli.

Fot.FotoPyk

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments