Mam w sobie coś z sępa. Zauważyłem, że jeśli klub jest w agonii, może liczyć na moje zainteresowanie. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale jakoś widocznie podświadomie ciekawi mnie, czy wielki, który upadł, zdoła się podnieść. Strasznie wciąga mnie obserwowanie jego zmagań, śledzę je uważnie i na bieżąco.

Czy Milan skończył się na dobre?

Na dowód przytoczę wam historię o tym, jak zacząłem kibicować Rangers. „The Gers” dostali w eliminacjach do Ligi Mistrzów baty od Malmo. Wszedłem na ich forum, interesowało mnie co się pisze, gdy w klubie trwa trzęsienie ziemi. Chwilę później znowu miałem zapewnioną wieczorną lekturę: w play-off o Ligę Europy mistrz Szkocji wpadł na Maribor i znowu zebrał bęcki. Na tym się nie skończyło, bo w tamtym sezonie fanów bombardowano hiobowymi wieściami, aż w wielkim finale zlikwidowano klub i relegowano go do czwartej ligi. Oglądałem to wszystko z bliska, aktywnie działałem nawet forum, by potem śledzić transmisje z Third Division i być pierwszym Polakiem, który wiedział, że Anestis Argyriou (zeszłej jesieni w Zawiszy) to futbolowy nieudacznik czystej wody.

Teraz to samo skrzywienie osobowości przyciąga mnie do Milanu. Nie żebym tydzień w tydzień podczas ich meczów zamykał drzwi na kłódkę, wyłączał komórkę i wlepiał oczy w telewizor, ale jakby się zastanowić, to z zagranicznych drużyn nikogo i tak nie oglądam częściej. Jak nie toczy was ta sama choroba co mnie, to ściągawka: ostatnio w przeciągu tygodnia rossoneri dostali dwa razy od Lazio. Za drugim razem mimo, że grali w przewadze całą drugą połowę, zresztą u siebie. Na San Siro nie wiem czy zebrało się tego dnia chociaż dziesięć tysięcy widzów, dość turpistyczny obrazek.

Porażki Milanu, ich upadek, spowszedniał. Przestała być newsem ich niska pozycja w tabeli, boiskowa klęska czy zakup z second handu. Bardzo po cichu wymiotło ich z europejskiego topu, miejsca, do którego należeli od kilkudziesięciu lat, gdzie zasiadali na najbardziej prominentnych miejscach. Może dlatego, że w piłce tak wiele się dzieje i nie ma czasu na myślenie o nieobecnych?

Milan ma wielkość w genach. Wiecie, że założony w 1899 klub już w 1901 zgarnął pierwsze mistrzostwo? Wielcy byli w latach 50tych (epoka Gunnara Nordahla), 60tych (dwa triumfy w Pucharze Mistrzów), w 70tych też bywali na szczytach szczytów, w 80tych mieli moment przerwy, ale pod koniec nadrobili z nawiązką. Dalszą historię znacie i pewnie wielu z was obserwowało ją z bliska. Lata 90te to wielki Milan z Weahem i Bobanem, potem epoka Ancelottiego, finały z Liverpoolem, Szewa, Seedorf, Gattuso, Pirlo i Nesta.

To normalne, że kluby mają gorsze lata. Każdego to czeka. Barca po odejściu Johana Cruyffa przechodziła przez dziwaczny okres. Po Galacticos do Realu zwożono zgraję graczy nie nadających się do gry w tak wielkim klubie. Świeżym przykładem Man Utd, gdzie po Alexie Fergusonie rządził chaos.

Jest jednak jedna, bardzo istotna różnica. Tamte ekipy były skazane na to, by powrócić do prestiżowego grona. Milan, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, po całych dekadach bycia wielkim, może na dobre, na długie lata, nie wrócić na bankiet. Nawet przy dobrych wiatrach i fajnym sezonie wciąż być bardzo, bardzo daleko od najlepszych, wśród których dawniej rozdawał karty.

***

Z roku na rok kasa w piłce znaczy coraz więcej. Real właśnie sprzedał nazwę stadionu, gracze Barcy na klacie noszą reklamę katarskich linii lotniczych, jednymi z największych na kontynencie są City i PSG, zasilane kieszenią bez dna szejków. Nigdy pieniądze nie były tak ważne w futbolu, jeśli chcesz znaleźć się wśród najlepszych, bez złotych gór nie masz szans. Zwróćcie uwagę, jak talent skoncentrowany jest w coraz mniejszej ilości drużyn: 23 graczy, którzy dostali głosy w Ballon D’or, pochodzi z zaledwie kilku klubów: Bayern, Real, Barcelona, Chelsea, po jednym rodzynku ma PSG, City, Juventus. Obu nominowanych z Atletico zdążyli już wykupić „The Blues”, Di Maria pół roku spędził u „Królewskich”, pół u „Czerwonych Diabłów”. Szczyt się zawęził. Dziesięć lat temu na takiej liście znalazło się dwa razy więcej klubów.

Aby dziś doskoczyć tam, gdzie Milan był od lat, potrzeba o wiele większych nakładów finansowych niż dawniej. Tymczasem teraz finansowe możliwości Milanu są mniejsze, niż przeciętniaka z Premier League, dajmy na to: Stoke. Calcio jest w kryzysie, nie przyciąga tak wielu widzów jak dawniej, przegrywa też walkę na intratnych zagranicznych rynkach – amerykańskich i azjatyckich. Dlatego ostatnio rozegrano Superpuchar Włoch na półwyspie Arabskim, ale biorąc pod uwagę to jak tutejsi szejkowie są zaangażowani w inne ligi, trudno wieszczyć Włochom powodzenie. A jasne jest, że bez silnej Serie A, Milanowi łatwiej nie będzie.

Oczywiście, i w Albanii można by zbudować potęgę, gdyby trafił się wyjątkowo bogaty właściciel. Silvio Berlusconi takim był, teraz jednak nie ma już zamiaru wydawać ogromnych kwot, bądź – co bardziej prawdopodobne – po prostu go na to nie stać. Ponad dziesięć lat temu potrafił lekką ręką rzucić 150 milionów euro (sezon 01/02), kupić zastęp graczy: Rui Costę za 42 miliony, Inzaghiego za 37, Pirlo za 18, Javiego Moreno za 16, Donatiego za 15, Contrę za 7, Davala za 5. Nawet na ogóra takiego jak Witalij Kutuzow z Bate znalazło się 3.5 miliona; wtedy dla Silvio grosze, dziś taką mamonę oglądano by piętnastokrotnie, zanim zdecydowano by się ją wydać.

Problem w tym, że szefów Milanu od dawna zawodzi nos nawet gdy piętnastokrotnie oglądają wydawane pieniądze i między innymi dlatego zbudzono się dziś z ręką w nocniku. Rekordy transferowe w poszczególnych sezonach biły takie wpadki jak Ricardo Oliveira, Huntelaar czy Robinho. Czasem mieli po prostu pecha: Ronaldinho wydawał się strzałem w dziesiątkę, gwiazdą najwyższego formatu, a tymczasem kompletnie się skończył. Takich „asów” wspierano graczami trzeciej kategorii, Mesbahami i Dinizami, którzy dawniej mogliby San Siro oglądać tylko z trybun. Milan jakoś jeszcze ciągnął, póki były stare gwiazdy, ale gdy to pokolenie odeszło, został z niczym.

Wymowny fakt: nawet, gdy wreszcie udało się zbudować coś na kształt kręgosłupa, gdy obronę trzymał za pysk Thiago Silva, a w ataku szalał Ibrahimović, nie udało się ich zatrzymać. Choć obaj podkreślali, że chcieli zostać w Mediolanie. Choć piłkarsko mało graczy na świecie dawało równie wiele jakości. Choć otwierali oni również marketingowe opcje, bo Ibra skupia na sobie uwagę kibiców w każdym zakątku globu, a Thiago Silvę w Brazylii oglądają by tysiące.

Ich sprzedaż była ostatecznym gwoździem do trumny, a dotykającym wielu wymiarów funkcjonowania klubu.

***

Milan za Silvio będzie grzązł w przeciętności. Nie ma z Berlusconim przyszłości, on jednak nie zamierza łatwo puścić zadłużonego na potęgę klubu. Konkretnych ofert nie widać, a z każdym miesiącem Milan staje się coraz mniej atrakcyjnym towarem. Nie tylko dlatego, że przez rozbudowany ponad miarę budżet długi się powiększają, ale i gwiazda blaknie. Potencjalny kontrahent owszem, zwróci uwagę na historię, ale w pierwszej kolejności na aktualną sytuację. Nie przypadek, że Atletico właśnie teraz przyciągnęło do siebie tak poważnego inwestora, jak Wang, kilka lat temu notowany jako najbogatszy chiński biznesmen. Thohir z Interu przy nim to płotka.

Rossoneri tracą zainteresowanie fanów, zarówno lokalnych jak i tych zagranicznych, kurczy się w oczach jego wartość dla potencjalnych nabywców. Na rynku transferowym przegrywa siłą przebicia pewnie z 90% Premier League. Gdy pod koniec lat 90tych zanotowali dwa katastrofalne sezony, gruba kasa szybko pozwoliła im przeładować. Teraz nie ma na to szans, a o aktualnej kadrze można powiedzieć śmiało, że trudno tu znaleźć kogokolwiek, kogo z zyskiem można by sprzedać – jeden El Shaarawy, którego stawiano jako wielką nadzieję, choćby na wytchnienie finansowe, sypie się coraz bardziej i z takiej teoretycznej listy trzeba go skreślić. Poza tym tak jak Premier League jest gruntem, na którym drużyny wzrastają, tak w Serie A się grzęźnie. Nie jest to liga sprzyjająca wzrostowi marki i polepszeniu budżetu, nie teraz. To są fakty. Wynikające z jeszcze poważniejszej kwestii: słabości całej włoskiej gospodarki. Od tego Mediolan nie ucieknie.

Chciałbym, naprawdę chciałbym, by Milan był klubem silnym. Mocna włoska piłka czyniła europejski futbol ciekawszym. Bez niej jest uboższa, tak jak Liga Mistrzów jest uboższa o brak Rrssonerich. Takiego giganta, z historią, rzeszą fanów, gigantycznym stadionem, nazwą, którą zna każdy na świecie, po prostu brakuje. Zniknęło nam z krajobrazu kilka fajnych klasyków.

Niestety wątpię, by dali radę wrócić. Ani za rok, ani za dwa, ani za pięć. Chciałbym się mylić, ale Milan został w poprzedniej epoce pod względem zarządzania, w nową wjechał z wielkim garbem, a okoliczności od niego niezależne też są niesprzyjające. Nawet, jak im się uda, wygrzebią się i zaczną liczyć się chociaż we Włoszech, to od tego bardzo daleka droga do powrotu tam, gdzie byli przez dekady, czyli na sam szczyt. Takie czasy, że nawet bycie niekwestionowanym numerem jeden w Italii (Juve), nie gwarantuje sukcesu w Europie, czy też nawet: szacunku, dostatecznie dużego, byśmy uznali taką ekipę za należącą do piłkarskiego Olimpu.

Leszek Milewski

Liczba komentarzy: 5
Subscribe
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments