Reklama

Tekst czytelnika: przebudowa armady z Goodison Park

redakcja

Autor:redakcja

17 stycznia 2015, 10:39 • 11 min czytania 0 komentarzy

Przyznam się, że długo czekałem żeby napisać choćby pierwsze słowa tego tekstu. Za każdym razem gdy myślałem, że nadszedł odpowiedni moment, łapałem się na chęci dania bohaterom poniższego wpisu jeszcze jednej szansy i jeszcze jednego meczu. Gdy we wtorkową noc Joel Robles podczas 10 serii rzutów karnych pojedynku West Ham – Everton trafił piłką w poprzeczkę, wraz z jej opadnięciem na ziemię zapadła decyzja o rozliczeniu się z tym, co się przy Goodison Road wyprawia.

Tekst czytelnika: przebudowa armady z Goodison Park

Kiedy 11 lat temu David Moyes po raz pierwszy zjawił się w moim gabinecie, a drużynie nie szło, powiedział: nie spadniemy z Premiership – mówił w sierpniu 2013 roku prezes Evertonu, Bill Kenwright – pierwsze słowa Roberto to: doprowadzę Cię do Ligi Mistrzów. Dopóki Hiszpan nie zrealizuje swojej obietnicy, jego deklaracja będzie go prześladowała niczym wypowiedź Louisa van Gaala, który powiedział że jego pracę w Manchesterze United można oceniać po 3 miesiącach od zatrudnienia. O ile wiemy, że Holender powinien był trzymać język za zębami, tak w przypadku Hiszpana karty dalej są ukryte, a on może nadal chować się za swoim katalońskim pokerowym uśmiechem. W końcu ma jeszcze czas, a Bill Kenwright to jeden z najbardziej cierpliwych właścicieli w Premier League.

Po podpisaniu kontraktu z Evertonem Martinez powiedział „Mam nadzieję, że moje pojawienie się przy Goodison to więcej niż wynik poprzedniego sezonu. Nie dostajesz pracy tylko dlatego, że wygrałeś FA Cup i nie powinieneś być gorzej oceniany tylko dlatego, że prowadzony przez ciebie klub spadł z ligi. Co udało nam się wykonać w Wigan w kwestiach poza boiskiem jest nieprawdopodobne.” Bill Kenwright dodał „Roberto powiedział mi, że gdyby miał w minionym sezonie (2012/13 – przyp. red.) miał przez cały sezon do dyspozycji swoich podstawowych obrońców, Wigan skończyłoby sezon w pierwszej 10. Mówił o wielkim problemie z kontuzjami. Ale częścią mojej drugiej pracy – jako impresario – jest rozpoznawanie talentu, a on jest niesamowitym talentem.”

Paradoksalnie największym problemem wiszącym nad The Toffees może być to, że wszystko zdarzyło się po niebieskiej stronie Miasta Beatelsów o wiele za szybko. Roberto Martinez podpisał z klubem czteroletnią umowę, a przecież po ponad 10 latach kadencji Davida Moyesa nikt nie spodziewał się cudów. Katalończyk przed przyjściem na Goodison miał dobrą reputację, ale jednak oprócz wygranego „na do widzenia” Pucharu Anglii nie ugrał z Wigan nic. Wręcz przeciwnie – co roku podczas trwającej cztery sezony przygody z The Latics „El Judas” bił się o utrzymanie, ostatecznie zdobywając komplet punktów w niecałych 29% meczów. Kibice Evertonu cieszyli się raczej ze zmiany w stylu gry jakiej oczekiwano po preferującym ofensywę Hiszpanie niż z ewentualnych wspaniałych rezultatów. Wreszcie zjawiający się tłumnie na zasłużonym obiekcie fani mieli przyjemność oglądać ich ukochany klub prezentujący momentami zachwycającą piłkę.

Z miejsca stał się mistrzem wypożyczeń – do Evertonu na tej zasadzie dołączyli Romelu Lukaku, Gareth Barry i Gerard Deulofeu. Pozostałe transfery to import z Wigan – James McCarthy, Joel Robles, Antolin Alcaraz i Arouna Kone. O wszystkich za wyjątkiem skrzydłowego Barcelony będziemy jeszcze rozmawiać. Okazało się, że Martinez jest w stanie połączyć efektywność i efektowność, a w maju 2014 roku kibice świętowali powrót do Europy po kilku latach przerwy. To wystarczyło, żeby niemalże wynieść byłego piłkarza m. in Swansea czy Wigan na ołtarze. W tym samym czasie człowiek, który wpierw położył kamień węgielny pod budowę obecnego Evertonu, a następnie przyczynił się do zasilenia konta bankowego swojego byłego klubu, opuszczał Old Trafford przy akompaniamencie gwizdów. The Chosen One stał się The Fallen One, a zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej poziomy entuzjazmu były wyższe niż stan rzeki Mersey.

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

Roberto Martinez próbuje usłyszeć narzekania Davida Moyesa

„Mając do dyspozycji czas, możesz osiągnąć wszystko” – na przykład odrzucić zaloty Liverpoolu czy Aston Villi. Na przykład zaskarbić sobie serca tysięcy kibiców, którzy nawet porzucili łacińskie „Nil Satis Nisi Optimum” na rzecz hiszpańskiego „Solo Lo Mejor”. Na przykład przekonać tych samych kibiców do nazywania prowadzonego przez siebie klubu angielską Barceloną. W rok z grającego niezbyt skomplikowaną piłkę zespołu prowadzonego przez Szkota, który nie lubi orzeszków i najprawdopodobniej za dwa lata będzie chciał adoptować Marouane’a Fellainiego, zrobił maszynę do podawania piłki stworzoną według autorskiego pomysłu. Swoim katalońskim uśmiechem używanym w ostatniej dekadzie głównie do zapewniania Dave’a Whelana że wszystko jest w porządku, zaciągnął wierną armię kibiców w niebieskich strojach, którzy bardzo nie lubią francuskiej policji. Kupił ich tym, że zamiast patrzenia na nieudolność Nikicy Jelavicia, byłego napastnika/rzecznika prasowego Victora Anichebe czy na fryzurę Marouane’a Fellainiego, mogli spoglądać na Davida de Geę wyciągającego piłkę z siatki podczas pierwszego od 21 lat zwycięstwa Evertonu na Old Trafford. Ale tę historię już znacie.

Latem 2014 roku dostał to, czego przez 11 lat swojej pracy nie mógł się doprosić David Moyes – furę funtów szterlingów, za które kupił sobie kogo chciał, co dało mu jeszcze więcej możliwości poukładania zespołu na swoją modłę. Na Romelu Lukaku wyłożył 28 milionów z tej fury, chociaż nadal jestem zdania że wcale nie musiał dawać tak dużo. Moje zdanie oczywiście jednak nie dotarło do Hiszpana i Belg zjawił się przy Goodison Road nie tylko na wypożyczenie. Transfer był deklaracją siły, Everton wreszcie doczekał się najlepszego napastnika w historii klubu, a na pewno od czasów Roberta „Mordercy” Warzychy (oczywiście to nieprawda, najlepszym był i będzie Dixie Dean), a kibice uwierzyli, że piąte miejsce i Liga Europy to tylko przystanek w drodze do upragnionej Ligi Mistrzów. W końcu Manchester United musiał zostać przeprowadzony przez Morze Czerwone od łez fanów wierzących w Davida Moyesa przez mistrza świata w zmienianiu bramkarzy przed rzutami karnymi – Louisa van Gaala.

W końcu Liverpool stracił Luisa Suareza, Tottenham będzie Tottenhamował nawet bez trenera Lasso, zaś Arsenal prędzej wprowadzi palarnię pod prysznicem niż skończy rozgrywki na innym miejscu niż czwarte. Nagle otworzyła się furtka, przyczajony tygrys i ukryty Martinez mógł wbrew wszelkim oczekiwaniom wdrapać się po ligowej drabince na najniższy stopień podium. Może oficjalnie się tego nie mówiło, ale mentorem wciąż młodego Lukaku został Samuel Eto’o, który założył i stał się pierwszym absolwentem szkoły uciekania od Jose Mourinho. Kameruńczyk skończył karierę reprezentacyjną i za systematyczne przelewy był gotów walczyć zarówno ze swoją katastrofalną fryzurą, jak i z przeciwnikami Evertonu. Bez większych fanfar Martinez dołożył także do składu Muhamada Besicia, który za życiowy cel obrał sobie ustanowienie rekordu Guinnessa w liczbie nieudanych wślizgów w ciągu jednego sezonu. Młody Bośniak miał uczyć się fachu od Garetha Barry’ego, jedynego człowieka w kadrze Manchesteru City uznającego twitterowe konto-parodię Jamesa Milnera za zabawne.

Mieszanka doświadczenia z młodością, zawodnicy głodni sukcesu nie tylko na domowym podwórku i menedżer, który swoim uśmiechem potrafi podnieść cenę franka szwajcarskiego o siedemdziesiąt groszy. Nic dziwnego, że prawdopodobnie wszyscy kibice Evertonu wyglądali przed startem sezonu tak:

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

Kibic Evertonu ze wszystkimi mistrzostwami Anglii zdobytymi od 1987

Był początek sierpnia 2014 roku. Sześć dni Roberto Martinez tworzył na nowo człowieka, sadził trawę na Goodison i oglądał mecze. Siódmego dnia wstał po co najmniej ośmiu godzinach snu i pomyślał: „to jest ten sezon”.

A potem okazało się, że nie.

Szybkim ruchem ołówka przewijamy taśmę z wydarzeniami do 13 stycznia 2015 roku. Godzina 21:55, Aiden McGeady schodzi z murawy Upton Park z czerwoną kartką. Prawdopodobnie najgłupszą w jego karierze. Everton kilka minut wcześniej dał sobie strzelić gola na 0-1. Zwycięstwo oddalało się od podopiecznych Roberto Martineza szybciej niż reprezentant Irlandii schodził z boiska. Godzinę później Joel trafia w poprzeczkę podczas dziesiątej serii rzutów karnych i The Toffees tracą szansę na zdobycie pierwszego od 20 lat Pucharu Anglii. Walczyli dzielnie, bramkę decydującą o rzutach karnych tracąc dopiero w 112 minucie. Jednak gdy Adrian wprowadził West Ham do czwartej rundy FA Cup w dół Tamizy nie spłynęły wyłącznie nadzieje na trofeum. Na okręt zabrały się najprawdopodobniej również szanse na powrót do Europy.

Everton wygrał jeden z ostatnich 12 pojedynków. Miało to miejsce przed miesiącem, w starciu z QPR. Od strefy spadkowej dzielą ich trzy punkty, do 4. obecnie Southampton tracą 15. W Google pod hasłem „Everton crisis” pojawia się coraz więcej świeżych linków. Kibice jeszcze kilka miesięcy tak zakochani w katalońskim uśmiechu i radosnej grze zaczęli domagać się głowy rektora ich „School of science”. Tymczasem w słonecznym Sociedad pewien Szkot pokonał Barcelonę i zajadał sobie chipsy na trybunach. To zabawne, jak niewiele czasu potrzeba, żeby sytuacja zaczęła obracać się do góry nogami.  Fora fanów The Toffees przepełnione są tematami typu „Everton. I hate you.” „Martinez out” „Should Martinez be sacked?”. Dopiero dwa ostatnie mecze stanowiły pewien podmuch optymizmu. Nastroje przy Goodison Road nadal jednak nie są zbyt dobre.

Teorii co do przyczyn kryzysu jest w tym momencie więcej niż na co dzień tkwi w głowie Jose Mourinho. Oczywiście najłatwiejszym wyjściem z sytuacji jest krytykowanie Martineza, ale wina nie znajduje się wyłącznie po stronie Bobby’ego. Przykład pierwszy z brzegu, Gareth Barry. Były zawodnik Aston Villi i Manchesteru City jest jak Gary z serialu „Friends”. Na początku myśleliśmy że wszystko z nim w porządku, niezły facet, policjant i w sumie sprawdziłby się jako chłopak Phoebe, a potem zastrzelił ptaka i było, nomen omen, po ptakach. Gareth Barry jako gracz na wypożyczeniu z City stanowił o sile środka pola Evertonu w ubiegłej kampanii. Gdy jednak Roberto sprowadził go na stałe, Barry przestał prezentować wysoką formę. Przed nim jeszcze dwa i pół roku kontraktu. Kolejny przykład? Sylvain Distin. Nagle okazało się że nie jest już niedocenianym dinozaurem.

Image and video hosting by TinyPic

Znajdzie się jeszcze kilku zawodników, którzy nie grają tak, jak do tego przyzwyczaili kibiców w ostatnich miesiącach bądź jak się po nich spodziewano. Leighton Baines, Tim Howard, Phil Jagielka – dodajmy do tego jeszcze Barry’ego i Distina, a okazuje się, że cały kręgosłup zespołu najzwyczajniej w świecie leży. Problem w tym, że…

… nie ma ich kim zastąpić. Antolin Alcaraz to parodysta najwyższych lotów, który powinien zlecieć z Wigan do Championship zamiast pójść za Martinezem. Po świetnym występie Joela w Pucharze Anglii pojawiły się głosy, że mimo znakomitej dyspozycji i tak jest to bramkarz nie spełniający standardów Premiership. Aiden McGeady to nie ten sam blondyn, który brylował na Celtic Park gdy Maciej Żurawski znaczył jeszcze cokolwiek w świecie piłki nożnej. Tony Hibbert, Leon Osman, Darron Gibson, James McCarthy, John Stones, Steven Pienaar, Kevin Mirallas, Arouna Kone czy wspomniany przed chwileczką Howard – ci panowie są lub bardzo niedawno byli kontuzjowani.

I w tym miejscu czas zacząć sąd nad Hiszpanem, który przecież jest dyplomowanym fizjoterapeutą. Głosi on teorie na temat regeneracji, roli snu w odnowie piłkarzy i wszystkich tego typu rzeczach, tymczasem jego klub to szpital, nad którym nie może zapanować. Z klubu odeszli członkowie sztabu medycznego – Daniel Donachie i Dave Billows. W sezonie 2012/13 piłkarze Wigan Athletic pauzowali z powodu kontuzji łącznie 1281 dni, w poprzednim gracze Evertonu leczyli się przez 1367. W tych rozgrywkach The Toffees zajmują obecnie 4 miejsce w rankingu Injury League. To naprawdę niepokojący stan rzeczy. Martinez już zapowiedział zmiany w tej kwestii, ale czy ulegnie ona poprawie jeżeli on będzie stał za sterami?

Image and video hosting by TinyPic

Jeden z graczy Evertonu leży na murawie. Reszta się przygląda. Wiedzą, że mogą być następni.

Kolejny zarzut w kierunku Roberto to podejmowanie dziwnych decyzji kadrowych. Najgorszą z nich zdaje się być nagminne ustawianie Rossa Barkley’a na lewym skrzydle bądź jako cofnięty rozgrywający. Niestety, ale talent młodego Anglika marnuje się, gdy musi on biegać głównie na boku boiska bądź głębiej w jego środku. Wychowanek Evertonu najlepiej sprawuje się na ’10’, mogąc wbiegać na pełnej szybkości w linię obronną przeciwnika zanim odda strzał bądź dogra do napastnika/skrzydłowego. Hamulcowym rozwoju Rossa jest Steven Naismith, Szkot w tym sezonie wystrzelił z formą, o czym przekonali się między innymi obrońcy reprezentacji Polski. Steven Naismith to gracz niesamowicie specyficzny i zawodnik, którego osobiście bardzo lubię. Ma wspaniały dar do strzelania goli w ważnych momentach, a determinacją i wolą walki przypominać może Ivicę Olicia. Nie da się chyba znaleźć w tej chwili człowieka, który na boiskach Premiership lepiej atakuje rywali grając tuż za napastnikiem. Jednak chociaż Barkley został wygnany na niekorzystną dla siebie pozycję, wcale nie przyniosło to większego pożytku dla drużyny.

Martinez próbował również kombinować z uczynieniem z Leightona Bainesa Philippa Lahma, wystawiając go w środku pola. Nie może znaleźć odpowiedniego ustawienia skrzydłowych, rotując kwartetem Mirallas – McGeady – Oviedo – Barkley. Eto’o i Kone wpadają i wypadają ze składu. Chciał nawet przejść w 3-5-2 z Barrym ustawionym na pozycji środkowego obrońcy, z Colemanem i Bainesem na wing-backach. Całe to zamieszanie z odpowiednim ustawieniem wyjściowej jedenastki powoduje, że Everton nie może powrócić do stylu gry, którym tak zachwycał rok temu. Wystarczy ich teraz trochę bardziej przycisnąć i nikt nie wie, co zrobić z piłką.

Chwila pressingu w połączeniu z momentami bijącą po oczach nonszalancją wprowadza chaos w poczynaniach defensywnych i powrót do stylu gry a’la Wigan, które przecież wpuszczało gole chętniej i częściej niż Niemcy Turków. Po 21 kolejkach The Toffees dali sobie wbić już 34 gole, czyli… o pięć mniej niż przez cały poprzedni sezon. Idąc tempem tracenia 1,6 gola na mecz mogą skończyć na 60-61 – jest to liczba, którą wykręcało Wigan pod wodzą Martineza, gdy miał do dyspozycji zdrowych obrońców. Defensywa EFC to obecnie wrak, każdy z rzutów rożnych w pucharowych starciach z West Hamem stanowił śmiertelne zagrożenie dla bramki Evertonu, zaś podczas meczu z Manchesterem City parę razy Joel i spółka mieli więcej szczęścia niż rozumu – David Silva w polu karnym robił sobie wszystko, na co miał ochotę. Nawet Dimitar Berbatov zdążyłby się zebrać grając przeciwko obronie The Blues.

Ostatnia chochla dziegciu do miski miodu. Gdzie w tym wszystkim umieścić problemy z koncentracją? Sześciokrotnie w tym sezonie Everton wychodził na prowadzenie, żeby z tych spotkań ugrać zaledwie trzy oczka. Gdyby każde z tych spotkań zakończyło się zwycięstwami The Toffees, właśnie Manchester United czułby ich oddech na karku. Jednak tak nie jest, a za plecami Roberto Martineza dyszy już siedem zespołów od Aston Villi po Queens Park Rangers.

Ten sezon miał być manifestacją ambicji klubu z Goodison Road, transfer Lukaku, walka w Lidze Europy czy powrót do idei School of Science. Steve Bloomer, legenda Derby County, w 1928 roku powiedział: „Everton zawsze przystaje przy ołtarzyku kunsztu i nauki, nigdy nie zapominają o standardzie gry, jaki sobie wyznaczają.” Roberto Martinez na korytarzach ośrodka treningowego wywiesił obrazki z wspaniałej przeszłości klubu, ale żeby przebudowa armady Hiszpana została zakończona z sukcesem, potrzebna jest porządna lekcja historii.

Michał Rygiel

Najnowsze

Anglia

Anglia

Oficjalnie: Jakub Moder ma nowego trenera. To 31-latek

Bartosz Lodko
2
Oficjalnie: Jakub Moder ma nowego trenera. To 31-latek

Komentarze

0 komentarzy

Loading...