Na koncie zwycięstwo w Lidze Mistrzów, jako drugi – i jak na razie ostatni – triumfator spoza szeroko pojętej Europy Zachodniej w całej sześćdziesięcioletniej historii tych rozgrywek. Dwanaście miesięcy przed spektakularnym sukcesem ich mecz… rozpoczął wojnę. Wojnę, w której jedną z głównych ról odegrali najbardziej brutalni kibice tego klubu. Ubiegły sezon? Po sześciu latach panowania śmiertelnego rywala zza miedzy udało im się odzyskać mistrzostwo. Spotkanie, podczas którego mieli świętować upragniony tytuł, przebiegało w atmosferze pogrzebu – kilka dni wcześniej zamordowano ich gniazdowego, a w dodatku kraj ogarnęła powódź. Mało? Puentę dopisała UEFA, która wykluczyła ich za długi z walki o Ligę Mistrzów. Belgrad. Stadion Marakana. Crvena Zvezda. Tutaj nie da się nudzić.

Gdzie dzieciaki zdobywają Puchar Europy, a kibice karabiny maszynowe…

Jak może być inaczej w przypadku klubu, który powstawał w trakcie II wojny światowej, a pierwszy mecz rozegrał, gdy wciąż trwały intensywne walki i rajd na Berlin?

Knajpa, wino, Doktor O.

Początki poważnego futbolu w Belgradzie? Historia, jakich wiele w naszym kręgu kulturowym. Naszym, czyli odległym zarówno od angielskiego flegmatyzmu, jak i rosyjskiego nieokiełznanego bałaganu. Prosty przepis: ogromna pasja, trochę rzetelnej wiedzy, do tego mnóstwo wina i wnętrze restauracji, w której eleganccy włodarze klubu podpisywali kontrakty z nowymi zawodnikami, oblewali podpisanie kontraktów z nowymi zawodnikami, albo… po prostu oblewali nadejście nowego dnia.

„Kafana Madera”. Tawerna, którą do dziś opisuje się z bogatymi nawiązaniami do historii lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. To właśnie wtedy stałym gościem knajpy był Aleksandar „Aca” Obradović, według wielu najważniejszy z trzech twórców potęgi Crvenej Zvezdy. Ambitny student medycyny, który zaczął od roli klubowego fizjoterapeuty, bardzo szybko zjednał sobie sympatię wszystkich osób zaangażowanych w budowę klubu. Przede wszystkim zaś – od razu złapał wspólny język z duetem Cosić-Blagojević, z którym miał – często na drodze zaciekłych kłótni – wprowadzić Crvenę Zvezdę na sam szczyt całej jugosławiańskiej piłki. Sposób działania?

Wykorzystać w maksymalnym stopniu kapitał z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Wykorzystać doświadczenie Žarko Mihajlovicia, trenera, który poprowadził klub do dwóch pierwszych tytułów. Wykorzystać dar od Boga, którym bez wątpienia był wyprzedzający epokę wizjoner i obieżyświat, Ljubisa Broćić. Według serbskich źródeł – to Broćić wymyślił trening interwałowy oraz uniwersalnych skrzydłowych, tworzących zagrożenie pod bramką rywali, ale i powracających pod własne pole karne.

Im dłużej wczytujemy się w życiorysy spisywane przez jego rodaków, tym większy wydaje się sam Broćić, który przecież był zaledwie asystentem dyrygującego składem Mihajlovicia. Zresztą – w tym wypadku nie trzeba zbyt wielkich zabiegów stylistycznych, wystarczy wspomnieć, że Broćić w swoim CV zdołał zmieścić – poza Zvezdą naturalnie – i PSV Eindhoven, i FC Barcelonę, i Juventus, a nawet… reprezentację Kuwejtu, Nowej Zelandii czy Egiptu. Doktor O. miał prosty plan – utrwalić idee i plany obu trenerów, zabetonować je w jakieś… belgradzkie DNA? To absolutnie nie jest nadużycie.


Aco Obradović na ścianie jego ukochanej „Madery”. Poniżej dwie piłki – jedna z czasów podpisywania kontraktów w zaciszu tej restauracji…

Serbowie spod znaku „Czerwonej Gwiazdy” jako pierwsi zwrócili uwagę na rolę szkolenia młodzieży, czego dowodem były sukcesy bardzo młodych zawodników, wychowanych naturalnie przez duet trenerów. W tym samym czasie Obradović zapraszał do swojej tawerny kolejnych kandydatów na piłkarzy stołecznego zespołu oraz konstruował plan bliźniaczo podobny do innego, realizowanego właśnie w… Madrycie. Tak jak Santiago Bernabeu, tak i Aco dostrzegał, że klub, który chciałby wybić się wysoko ponad ligę, potrzebuje stadion godny mistrzowskich aspiracji. Młodzi piłkarze, którzy z wchodzących do zespołu talentów stali się fundamentami i najsilniejszymi ogniwami jugosławiańskiej piłki potrzebowali podobnej skali rozwoju środowiska wokół nich. Rajko Mitić (dziś jest patronem powstającego wówczas stadionu), Dragoslav Sekularac, Vladimir Popović.

Ta ekipa gwarantowała sukcesy.

Od 1951 do 1960 roku – sześć tytułów mistrzowskich. Kompletna dominacja. A przy tym coraz większe uznanie w Europie, gdzie Crvena Zvezda rywalizowała między innymi z Fiorentiną (półfinał Pucharu Europy w sezonie 1956/57) czy Manchesterem United (ćwierćfinał rok później). „Czerwone Diabły” wspominają zresztą dwumecz z Serbami do dziś – to właśnie podczas powrotu z tego meczu miała miejsce katastrofa samolotu przewożącego słynnych „Dzieciaków Busby’ego”. – Gdy graliśmy w Brazylii, otrzymałem bardzo korzystną finansowo ofertę od jednego z tamtejszych klubów. Czy to nie dowód na to, że forsowana przez Doktora Obradovicia teoria „głową i techniką” faktycznie miała sens? – pytał retorycznie Dragoslav Sekularac, gwiazda tamtejszych czasów. – Wtedy jednak nie myślałem o odejściu. Piłka wyglądała inaczej, kochałem Czerwoną Gwiazdę, a odejście byłoby wręcz rodzajem dezercji…


źr. telegraf.rs
Oddział serbskich czetników, partyzantów z czasów drugiej wojny światowej. Wśród nich Rajko Mitić, patron stadionu Crvenej Zvezdy, zdobywca 262 goli dla klubu.

Exodus? Serbia widywała większe tragedie

Co przeszkodziło Crvenej Zveździe w osiągnięciu statusu niepodważalnego hegemona Jugosławii i stałego europejskiego topu? Trudno uniknąć wrażenia, że mimo wszystko sporą przeszkodą był jednocześnie największy żywiciel klubu. Zbrodniczy komunistyczny system. Z jednej strony – bez niego nie byłoby pewnie Marakany, bez niego nie byłoby sukcesów „Czerwonej Gwiazdy”, jakże symbolicznej. Bez niego nie byłoby też jednak wojskowego Partizana, który w tym okresie zaczął dotrzymywać kroku silniejszemu rywalowi zza miedzy, a nade wszystko – bez niego w klubie pozostałby Aco Obradović. 1966 rok. W Anglii trwa gorączka dotycząca Mistrzostw Świata, belgradzki klub jest zaś w samym środku kryzysu i to pomimo oddania do użytku ogromnego stadionu.

Gdzie są ci, którzy budowali potęgę Zvezdy dekadę wcześniej?

Broćić włóczy się gdzieś między Nową Zelandią i Australią. Żarko Mihajlović pracował już wówczas w Turcji, Rajko Mitić, legendarny zawodnik klubu i – od 1960 roku – trener CZB, właśnie obejmował kadrę Jugosławii, Dragoslav Sekularac, po jedenastu sezonach w barwach belgradzkiego zespołu przeszedł właśnie do niemieckiego Karlsruhe. Najbardziej znaczący jest jednak przykład Aco Obradovicia. Doktor O. stał się bowiem… wrogiem systemu. Komuniści z niejasnych przyczyn odsunęli wesołego działacza od klubu, a on sam – uznając, że „misja Belgrad” dobiegła końca – wyfrunął do Stanów Zjednoczonych, by stworzyć podwaliny pod dzisiejszy amerykański boom na „soccer”.

– Doktor mnie kochał. To on wciągnął mnie do drużyny seniorów, to on sprawił, że stałem się pełnoprawnym członkiem zespołu złożonego z moich idoli – opowiadał po latach serbskim dziennikarzom Sekularac, a jego historię mogliby zapewne powtórzyć inni piłkarze Zvezdy, którzy zetknęli się z doktorem. Nic dziwnego, że jego odejście wymusiło spore zmiany oraz potrzebę wykreowania nowego symbolu, nowej legendy. Razem z Obradoviciem pokład coraz bardziej chybotliwego okrętu opuścili przecież właśnie „Seki” Sekularac, jak i legendarny Rajko Mitić.


Sekularac i Obradović w nie do końca ekskluzywnej szatni. Definicja piękna futbolu.

Crvena Zvezda Belgrad potrzebowała nowej tożsamości, nowego stylu, nowej historii, która przyciągnie mieszkańców Belgradu na Marakanę, a nie położony nieopadal wojskowy stadion Partizana. Crvena Zvezda Belgrad potrzebowała Miljana Miljanicia.

Pionier z czasów wielkiego Realu? Robił to już dekadę wcześniej…

– Jako jeden z pierwszych trenerów współpracował z całym sztabem ludzi. Był innowatorem, w tych czasach szkoleniowcy nie zatrudniali pomocników. Miał olbrzymią wiedzę, wprowadzał nowoczesne rozwiązania, można nawet powiedzieć, że zrewolucjonizował pracę trenera w Hiszpanii – to słowa wypowiedziane dla hiszpańskiego „AS” przez… Vicente del Bosque. Człowiek, który w fachu piłkarskiego trenera osiągnął wszystko, uważa Miljana Miljanicia za reformatora, wizjonera, człowieka, który dał podwaliny do pracy tak samemu del Bosque, jak i Camacho i wielu innym hiszpańskim trenerom z Angelem Perezem Garcią włącznie. To Miljanić wymyślił Paula Breitnera, to on powstrzymał Liverpool w fantastycznych czasach Billa Shankly’ego. Hiszpanie są zgodni – ten człowiek zmienił nasz futbol, jego pobyt w Madrycie w latach 1974-1977 był przełomem.

Miljanović hiszpańskie cuda wyczyniał dokładnie dekadę po tym, gdy cudem podniósł rozchodzący się w szwach klub z Belgradu.

– Przychodziłem do Crvenej Zvezdy w czasach, gdy klub miał 37 piłkarzy i ani śladu zespołu. Popatrzyłem na nich i stwierdziłem, że trzeba zacząć od podstaw, od zera. Trzeba zacząć od pracy z młodzieżą, samodzielnie wychować sobie klasowych zawodników – wspominał Miljanović swoje początki w osieroconym przez Obradovicia i jego ludzi klubie. Skoro odeszło pokolenie Doktora O., przyszedł czas na wykorzystanie dzieciaków, wychowujących się w czasach sukcesów Miticia, Sekularaca i Mihajlovicia. Pomysł odpalił. Objawiła się gwiazda Dragana Dżajicia, bodaj najlepszego piłkarza Crvenej Zvezdy w historii klubu, do tego kilka innych wielkich talentów i już w 1968 – niespełna dwa lata po objęciu pogrążonego w kryzysie klubu – „Dzieciaki Miljanovicia” świętowały mistrzostwo. Nie oddały go ani rok, ani dwa lata później.

Jakiego kalibru był to klub? Cóż, to banał, ale nie da się nie uciec do oklepanego tekstu Pelego. „Król futbolu” powiedział swego czasu, że Dżajić to „bałkański czarodziej” i „bardzo dziwne, że nie urodził się w Brazylii”.

Swoją drogą, czy to nie znamienne, że ten sam Dżajić kilka lat temu został aresztowany w związku z przekrętami dotyczącymi zagranicznych transferów Crvenej Zvezdy Belgrad? Defraudacje to jednak i tak pikuś, w porównaniu z historiami z początku lat dziewięćdziesiątych…

Od niedzieli cudów po kopniak rozpoczynający wojnę

Czasy Miljanovicia i jego następców, między innymi Gorana Zeca, który doprowadził klub do mistrzostwa Jugosławii w 1977 roku, utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że cokolwiek nie dzieje się w klubie, ktokolwiek go nie opuszcza – Zvezda poniżej pewnego poziomu nie zjedzie nigdy. I tak w latach siedemdziesiątych, m.in. po kapitalnym dwumeczu z Realem Madryt w Pucharze Zdobywców Pucharów i po wyeliminowaniu z Pucharu Europy samego Liverpoolu, Belgrad został opuszczony przez Miljanovicia (wyjechał reformować hiszpańską piłkę), ale nie przez sukcesy. Niemal do końca lat osiemdziesiątych Crvena Zvezda dość regularnie zdobywała kolejne mistrzostwa dokładając do tego wyśmienite występy w europejskich pucharach, między innymi docierając do finału Pucharu UEFA.

Komunizm coraz mocniej się chwiał, Jugosławia zaczynała wrzeć od nasilających się nacjonalistycznych nastrojów u poszczególnych narodów „zjednoczonych” w ramach „wspólnego” państwa, więc i przyszłość Crvenej Zvezdy stała pod znakiem zapytania. Tym bardziej po aferze z 1986 roku, gdy ostatnia kolejka ligi jugosłowiańskiej stała się prawdziwą „niedzielą cudów”.

W historii serbskiego futbolu finisz sezonu 1985/86 określa się mianem „sprawy Scheibera”. Gdyby w Jugosławii mieli swojego Ryszarda Kuleszę, zapewne usłyszelibyśmy „cała Jugosławia widziała”. Co widziała?

Po trzydziestej trzeciej kolejce na czele ligowej tabeli pozostawał Partizan, który zebrał 46 punktów. Stosunek bramek: 61-29. Trzydzieści dwie na plusie. Drugie miejsce? Crvena Zvezda, 46 punktów, gole 69-38. Plus trzydzieści jeden… W ostatniej kolejce żadnej wątpliwości nie ulegały zwycięstwa obu belgradzkich zespołów – Żeljeznicar i FK Sarajewo były od początku skazane na porażkę, niewiadomą pozostawał jedynie jej rozmiar.

Niedziela, 14 czerwca 1986. Tradycyjnie już, w ramach przeciwdziałania wszystkim szwindlom, mecze miały się rozpocząć o jednej godzinie. Główne pytanie dnia – czy Crvenej Zveździe uda się wbić rywalom z Sarajewa więcej goli, niż ich lokalnemu rywalowi. Ale są i inne: wysokie zwycięstwo Dinama Zagrzeb daje im nadzieję na występy w Pucharze UEFA, Davor Cop potrzebuje goli, by zdobyć tytuł najlepszego strzelca, Budućnost i Sutjeska potrzebowały punktów do utrzymania, a najlepiej i wysokiej liczby goli… Efekt? Kręcenie zaczęło się już przed pierwszym gwizdkiem – na stadionie Partizana wymyślono bowiem specjalną ceremonię uhonorowania ich legendy, Momcilo Vukoticia, co opóźniło rozpoczęcie spotkania. Potem zaś zaczął się regularny wyścig – oba zespoły z Belgradu wygrały swoje mecze 4:0, zachowując w tabeli status quo – wojskowy klub wygrał mistrzostwo jednym golem.

Sam fakt takiego „wyścigu” może i dałoby się jakoś zaakceptować, ale w pozostałych meczach działy się cuda, które kasowały nawet szopkę przed pierwszym gwizdkiem w „Świątyni” – jak określa się stadion czarno-białych. Budućnost – Sutjeska? 5:5. Hajduk, który potrzebował zwycięstwa wygrywa 5:3, ale trzy gole dla gości zdobywa wspomniany Cop, walczący o tytuł króla strzelców. Dinamo potrzebuje pogromu? Nie ma sprawy, 7:1 na wyjeździe do Nowego Sadu.

Łącznie z dziewięciu spotkań, aż siedem uznano za „podejrzane”. Społeczna presja i szał, towarzyszący przede wszystkim opóźnieniu rozpoczęcia meczu przez Partizan zaowocowały wymuszoną decyzją o… powtórzeniu całej kolejki. Na to jednak nie zgodził się świeżo upieczony mistrz, który odmówił gry i został ukarany walkowerem. Mistrzem została Crvena Zvezda Belgrad, ale – niestety dla fanów z Marakany – nie na długo. Po kolejnym sezonie, w którym wszystkie kluby zamieszane w „niedzielę cudów” otrzymały na starcie sześć ujemnych punktów, uznano, że nie ma dostatecznych dowodów na oszustwa w wykonaniu Partizana. Zwrócono im tytuł za sezon 1985/86 i anulowano karę dotyczącą kolejnego sezonu, co zaowocowało kolejnym tytułem mistrzowskim.

Bałagan w Crvenej Zveździe można było porównać wyłącznie do sytuacji całego, coraz bardziej rozgrzanego kraju. Rozgrzanego do tego stopnia, że po ogarnięciu wszystkich problemów organizacyjnych i zmontowaniu paczki będącej w stanie powalczyć o największe sukcesy w kraju i na świecie, mecz belgradzkiego klubu… rozpoczął wojnę.

Bohaterowie wojenni i nie tylko

Delije. Bohaterowie. Jeśli dziś w zagranicznych mediach pisze się o Crvenej Zveździe Belgrad, można mieć pewność, że ci głośni „Bohaterowie” czają się gdzieś w tle. Kim są? Najogólniej rzecz ujmując, Delije to jedna z najbardziej szanowanych grup kibicowskich na świecie. Od późnych lat osiemdziesiątych to zbiorcze określenie na wszystkich fanatyków z czerwono-białej strony Belgradu. Fanatyków, którzy do dziś stanowią jedną z największych atrakcji turystycznych stolicy Serbii. Groundhopperzy i piłkarscy turyści nie mają wątpliwości – „Wieczne Derby” Partizana z Crveną Zvezdą to mistrzowskie widowisko przede wszystkim dzięki kibicom z obu stron miasta. W późnych latach osiemdziesiątych i na początku ostatniej dekady XX wieku, Delije przestali być jedynie tłem dla wyczynów piłkarzy z Marakany. Po raz pierwszy stali się bohaterami z pierwszego planu.

Trwa piłkarska kampania 1989/90. Tymczasem poza boiskiem wali się kolos na glinianych nogach, który przez kilkadziesiąt lat ciemiężył wszystkiego narody na wschód od Berlina. Polska odzyskuje wolność, pada mur berliński, dni Jugosławii wydają się policzone. Coraz mocniejsze dążenie niepodległościowe Chorwatów, Bośniaków, Słoweńców, spory religijne, ekonomiczne, zbierająca się od wieków nienawiść. Bomba, której lont może się zająć od najdrobniejszej iskry w dowolnym miejscu Jugosławii.

Pada na Zagrzeb. To właśnie tam – do najważniejszego miasta geograficznej Chorwacji – wyrusza na wyjazdowy mecz Crvena Zvezda Belgrad. Za nią wloką się zwarte szeregi Delije – kibice, wśród których znajduje się między innymi Żeljko Raznatović, jadą wykrzyczeć w Chorwacji wszystko to, co od miesięcy siedzi w serbskich głowach. Ich rywale – Bad Blue Boys, fanatycy Dinama – także zamierzają zamanifestować na stadionie swoje poglądy polityczne, swoje pragnienie wolności, swój pęd do niezależnego państwa. W premierowym numerze „Magazynu Boisko”, całość jest opisana tak:

To jeszcze preludium do wojny, czy już jej pierwsza odsłona? Zwarty oddział serbskich patriotów pod wodzą bodaj najsłynniejszego fanatyka Crvenej Zvezdy Belgrad, kontra gospodarze, gotujący swoim gościom wyjątkowo gorące przyjęcie. Od początku było wiadomo, że dwudziestu dwóch ludzi na murawie będzie jedynie tłem dla politycznej wojny na trybunach. Pierwsze walki odbywały się zresztą jeszcze poza stadionem, podczas przejazdu Serbów z Belgradu do Zagrzebia i ich przemarszu na sam obiekt. Kibiców Crvenej Zvezdy określa się mianem „Delije”, czyli „Bohaterowie”. Tego dnia bez wątpienia byli właśnie głównymi bohaterami. Tuż po zapełnieniu sektorów gości na Maksimirze zadbali o odpowiednią oprawę meczu krótkim, prostym, ale jakże brzemiennym w skutkach okrzykiem: „Zagrzeb jest serbski”!

Chorwaci wpadli w furię. W sektory Serbów powędrowały dziesiątki kamieni, na które goście odpowiedzieli istną kanonadą z wyrwanych z trybun krzesełek. Obie grupy szybko zwarły się w regularnym boju na trybunach, gdzie użyto wszystkich rodzajów broni – od białej, przez wszelką miotaną, aż po pięści.

W tej szamotaninie na pierwszy plan wysunął się Zvonimir Boban. Chorwat, który właśnie w tym momencie stał się bohaterem narodowym i jednym z symboli walki o niepodległość tego wciśniętego siłą do Jugosławii państwa. Gdy jeden z serbskich policjantów katuje kibica Dinama, Boban wyprowadza soczyste kopnięcie.

Efekt? Boban został zawieszony, ale natchnął dziesiątki tysięcy Chorwatów, także kibiców Dinama. Nie bez powodu pod stadionem Maksimir w Zagrzebiu stoi dziś tablica pamiątkowa dla kibiców, którzy rozpoczęli walkę o wolność.


Wszystkim kibicom Dinama, dla których wojna zaczęła się na stadionie Maksimir, a zakończyła oddaniem żywota na ołtarzu ukochanej Ojczyzny, Chorwacji.

Właśnie w takich okolicznościach wykuwała się drużyna Crvenej Zvezdy Belgrad. Choć tutaj widowisko ukradli im kibice oraz piłkarze Dinama, niemal dokładnie rok później już nic nie przysłaniało ich blasku. Blasku władców całej Europy.

Limitem jest niebo

Paradoksalnie, tak jak podczas tworzenia się klubu u schyłku II wojny światowej, tak i teraz widmo walk wpłynęło na klub w sposób naprawdę godny schylenia głowy. Wojna była właściwie kwestią czasu, „występy” na stadionie Maksimir w maju 1990 roku były preludium do prawdziwych ruchów wojskowych, a według wielu można właściwie uznać, że uliczne zamieszki były pierwszą bitwą trwającej praktycznie do końca dekady wojny. Ostatnią rzeczą, której oczekiwalibyśmy w takich warunkach jest spektakularny sukces jednego z klubów z siedzibą w samym sercu całej tej politycznej zawieruchy. A jednak. Bari 1991. Miasto i rok, które na zawsze będą zajmować miejsce w serbskich muzeach, nawet jeśli równolegle rozpoczynała się wyniszczająca walka o wyjście obronną ręką z procesu rozkładu gnijącej Jugosławii.

Aż trudno w to dziś uwierzyć. Macedończycy Najdoski i Pancev, Chorwat Prosinecki, do tego Czarnogórzec Savicević i cała plejada Serbów z Mihajloviciem na czele. W dodatku mnóstwo młodych chłopaków. – Skład był pełen dzieci po 21-22 lata! – wspominał po latach Sinisa Mihajlović. A jednak. Udało im się to, czego nie dokonali ani Dżajić, ani Doktor O., ani Miljan Miljanić, ani żadna inna legenda Crvenej Zvezdy. Ledwie pięć lat po „niedzieli cudów”, która dała dwa mistrzostwa Partizanowi, czerwono-biali ruszyli na podbój Europy. Grasshopper? Remis i zwycięstwo. Glasgow Rangers? Remis i zwycięstwo. Dynamo Drezno? 3:0 i… walkower. Tak, tak, nawet droga do triumfu w ówczesnym odpowiedniku Ligi Mistrzów nie mogła być po prostu zbiorem piłkarskich wiktorii.

Rewanżowy mecz w Dreźnie zakończył się bowiem gigantyczną burdą, w której tym razem bohaterami nie byli serbscy „Bohaterowie”, ale kibice z Niemiec. Dynamo na kilkanaście minut przed końcem postanowiło z hukiem pożegnać się z Europą. Sędziowie zostali zmuszeni do przerwania gry. Wynik zweryfikowano jako walkower dla gości.

Zostały już tylko dwie przeszkody na drodze do upragnionego tytułu najlepszej drużyny Europy. Pierwszy mecz z Bayernem – wyjazdowe zwycięstwo 2:1. Rewanż? Emocje do samego końca i samobójczy gol Augenthalera w dziewięćdziesiątej minucie spotkania na Marakanie. Remis 2:2, awans. Finał Pucharu Europy, w perspektywie mecz z fantastyczną Marsylią, w której szeregach brylowali Papin, Pele czy Waddle. Taktyka? Nie zapuszczać się poza linię środkową. Według słów samych zawodników Crvenej Zvezdy, jedynym założeniem było utrzymanie czystego konta. Trener nie wymagał od nich żadnych ataków, wręcz zachęcał – jeśli macie stracić piłkę i nadziać się na kontrę, lepiej od razu oddajcie ją Francuzom. Posłuchali. – To był prawdopodobnie najnudniejszy finał w historii – śmiał się Mihajlović. Młodsi i zdecydowanie mniej doświadczeni piłkarze z Belgradu wytrzymali 120 minut, a potem strzelili wszystkie pięć rzutów karnych.

Crvena Zvezda Belgrad, wielokrotny mistrz Jugosławii, wreszcie udowodniła, że piłkarzy z Bałkanów stać na tytuł najlepszego zespołu całego kontynentu. Nigdy wcześniej, ani nigdy później żaden zespół z Jugosławii nie powtórzył ich sukcesu. Z całego „bloku wschodniego” Puchar Europy do góry wzniosła jeszcze tylko Steaua Bukareszt. Poza tymi dwoma klubami, sześćdziesiąt lat historii to triumfy wyłącznie zespołów z Europy Zachodniej.

Koniec maja 1991. „Crvena Zvezda je czempionem Europy”.

Gdy kibic znaczy więcej, niż klub

Co ciekawe, okazało się, że ten największy triumf w historii całej piłki naszego regionu to również początek zmierzchu Crvenej Zvezdy. Sezon 1991/92 był kluczowy z trzech powodów. Rozpadła się mistrzowska drużyna, rozkupiona przez silniejszych i bogatszych rywali, którzy poza walizkami dolarów oferowali… spokój. Belgrad przecież właśnie toczył wojnę z walczącymi o niepodległość narodami współtworzącymi z Serbią komunistyczną Jugosławię. W ślad za zespołem czerwono-białych rozpadła się liga, z której wyodrębniły się własne rozgrywki Macedonii, Bośni oraz Chorwacji. Trzeci problem? Żeljko Raznatović. Szef Delije, a przy okazji człowiek, który miał wkrótce… odebrać Crvenej Zveździe mistrzostwo Jugosławii. Jak?

– To najgroźniejszy człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nie jest zwyczajnym przestępcą, jest jak wściekły pies! – taką sympatyczną wypowiedź na temat przywódcy kibiców Crvenej Zvezdy znajdziemy już na Wikipedii. Żeljko… Kim właściwie on nie był? W swoim krótkim, 47-letnim życiu zdążył obrabować bank, uciec z więzienia, uczestniczyć w strzelaninach z policją, zaliczyć dziesiątki stadionowych zadym, a wreszcie poprowadzić swoich kolegów z trybun do walki podczas wojny z Chorwacją. Od rabusia przez lidera grupy fanatyków po człowieka z własną organizacją paramilitarną. A to wszystko jeszcze „za młodych lat”, bo na starość sprawił sobie własny klub piłkarski. Nie uprzedzając jednak faktów: Żeljko znakomicie odnalazł się w brutalnej, wojennej rzeczywistości.

Człowiek, który jeszcze w maju 1990 roku walczył z kibicami Dinama na stadionie Maksimir podczas wspomnianego już, słynnego boju chorwacko-serbskiego, już rok później miał swój oddany oddział najemników. „Tygrysy Arkana”. Nazwa, która do dziś wywołuje pełne pogardy splunięcia w Chorwacji czy Bośni. Bezwzględni, bezlitośni, bez jakichkolwiek ludzkich odruchów. „Arkan” i jego banda utożsamiani byli z kibicami piłkarskimi, ale do bojówki Raznatović ściągnął nie tylko serbskich patriotów pragnących walczyć o swój kraj. Towarzyszyły im najemne karabiny z całego kontynentu, śmietanka europejskiej bandyterki, którą Żeljko poznał podczas swoich rozlicznych, nie do końca legalnych podróży po krajach Europy Zachodniej.


Chwila relaksu. Żeljko żartuje z „Ljupko” Petroviciem, trenerem, który poprowadził Crveną Zvezdę do triumfu w Pucharze Europy.

Jest jednak i druga strona medalu. Dla wielu Serbów był wzorem pochodzącego prosto z ludu bohatera walczącego o wolność i sprawiedliwość. Metody? Kto martwiłby się o metody, gdy druga strona jest tak samo bezwzględna, jak krwawe bojówki „Arkana”? To człowiek, który poświęcił wszystko dla swojego państwa, dla swojej Ojczyzny. Ta narracja nieco kłóci się z jego karierą przestępczą i licznymi grzechami, wśród których napad na bank jest jednym z mniej odrażających? Cóż, każdy kij ma dwa końce.

Żeljko na wojnie wyszedł całkiem przyzwoicie. Przestał być szefem chuliganów z obfitą, kryminalną przeszłością. Stał się szanowanym człowiekiem walczącym o dobro państwa. I miał zamiar to wykorzystać.

Najpierw próbował kupić swoją ukochaną drużynę, ale gdy okazało się, że to niemożliwe… po prostu stworzył swoją. Kupił mały belgradzki Obilić i w rok zrobił z klubu mistrza Jugosławii. Grał nawet w Lidze Mistrzów i Pucharze UEFA przeciwko Bayernowi Monachium i Atletico Madryt. Romans Obilicia z wielką piłką potrwałby pewnie dłużej, gdyby nie nagła śmierć „Arkana”. Żeljko Raznatović, do dziś oceniany w skrajnie różny sposób, został zamordowany w 2000 roku. Urządzono mu pogrzeb z honorami, jak przystało na serbskiego bohatera wojennego.

Życie po życiu

Te niesamowite historie, które czynią z Crvenej Zvezdy klub absolutnie unikalny i wyjątkowy trwają zresztą do dziś. Wystarczy spojrzeć na kilka ostatnich lat. Zarzuty dla legendy klubu Dragana Dżajicia za przekręty finansowe, niejasności przy transferach, kibice, którzy zawsze będą oceniani zarówno przez pryzmat fantastycznej atmosfery tworzonej przez nich na meczach Crvenej Zvezdy, jak i kryminalne wątki, które co jakiś czas są ujawnianie przez serbskie media.

Zresztą, czy historii tego klubu nie mógłby streścić tak naprawdę ostatni sezon? Batalia o tytuł mistrzowski w sezonie 2013/14 trwała niemal do ostatnich kolejek. Crvena Zvezda Belgrad po sześciu latach posuchy i dominacji lokalnego rywala wreszcie odzyskuje tytuł. Wreszcie podnosi się po bardzo chudych latach, wreszcie dostaje możliwość wyprawienia wielkiej fety mistrzowskiej, wreszcie dostaje możliwość gry w Lidze Mistrzów.

Błąd. A nawet dwa błędy. Mistrzowska feta zostaje odwołana, gdy okazuje się, że Serbię nawiedza fala powodzi, z którą naturalnie walczą również kibice. Ponadto chwilę przed zdobyciem tytułu w gangsterskich porachunkach ginie Velibor Dunjić, jedna z czołowych postaci tamtejszego ruchu kibicowskiego. Delije są w żałobie. Kraj – z racji klęski żywiołowej – również. Zamiast barwnych opraw ze złotym kolorem symbolizującym mistrzostwo – żałobna czerń.

A okazało się, że to dopiero początek problemów. Chwilę później bowiem UEFA wykluczyła klub z europejskich pucharów. Aco Vuković, wprawdzie kibic Partizana, ale jednak człowiek doskonale zorientowany na serbskim podwórku przekonywał w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” – Zvezda ma 50 milionów długu. Kwestia czasu, jak będą musieli go spłacić serbscy podatnicy, bo przecież nikt nie dopuści do bankructwa takiej marki.

Na pieniądze czeka zresztą również… Grzegorz Bronowicki, który wciąż sprawdza, czy listonosz nie przynosi mu zaległych pensji sprzed sześciu lat.

*

Dziś Crvena Zvezda Belgrad zajmuje w serbskiej lidze drugie miejsce tracąc do lidera z drugiej strony miasta sześć punktów. Kwestia czasu, aż znowu usłyszymy o jakimś odpale, o jakiejś historii, która nie miała prawa się wydarzyć. To w końcu Belgrad. Tego klimatu nie da się podrobić.

JAKUB OLKIEWICZ

Liczba komentarzy: 2
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments