Nikt nie protestuje, kiedy mówią, że jest jak niewidzialna ręka rynku. Bezwzględnie zmuszająca prezesów i właścicieli klubów do decyzji, o które czasem oni sami by siebie nie podejrzewali. Gdy w konkursach na popularność stają przeciw niemu Pallavicino, Thielen, Schlieper albo Jansen, nie pozostawia wyboru. Od lat wiadomo, kto rozdaje karty, tak więc trudno o zdziwienie, kiedy – tak jak teraz – ogłaszają go najlepszym piłkarskim agentem świata. Po raz piąty z rzędu.

Niewidzialna ręka rynku. Mendes po raz piąty najlepszym agentem świata

W całej Europie, w prasie i w internecie, powstają o nim dziesiątki podobnych tekstów, dzięki którym zdaje się nam, że już sporo o nim wiemy… Że jest perfekcjonistą z nieprzeciętną smykałką do biznesu, że może rozpocząć dzień w Londynie, a zakończyć go w Madrycie, w międzyczasie zahaczając o Porto, że zaczynał jako DJ, a później sam prowadził drobne interesy. Mając obsesję na punkcie zarabiania na rodzinę, w której oprócz niego pracował tylko ojciec. Matka czasem sprzedawała plażowe kapelusze.

Nie jest tajemnicą, że w menedżerce wystartował dosyć przypadkowo. Po czym przez lata swojej działalności zbliżył się do portfeli wielu możnych – Dmitrija Rybołowlewa, Romana Abramowicza, Singapurczyka Petera Lima. Umiejętność prowadzenia telefonicznych rozmów nawet w czasie joggingu, w pełnym biegu, opanował ponoć do perfekcji. Zdarza mu się polecieć do Meksyku, żeby na miejscu obejrzeć jeden mecz, przeprowadzić szybką pogawędkę i wrócić pierwszym samolotem.

Wszystko to składa się w jedną sympatyczną, choć opowiedzianą dziesiątki razy, anegdotę. Dziesiątki historii niczym z filmu o superbohaterze. Ale nie czas je znowu przypominać. Zwłaszcza, że równie ciekawe jest to jak działa tu i teraz. Przecież non stop stawia kolejne kroki, mnoży zyski, o których – wydaje nam się – również wiemy sporo. Wydaje nam się – dobrze powiedziane.

Nieustannie kręci tą piłkarską karuzelą.

Florentino Perez przed kilkoma miesiącami spuentował temat dość wymownie, mówiąc: – Gdybym kupił Radamela Falcao, Mendesa równie dobrze mógłbym zrobić prezydentem klubu. 

## Dlaczego w 2014 roku był najlepszy?

Tylko latem miał zgarnąć z transferowego rynku jakieś 30 milionów euro. Przynajmniej tak się mówi i tak pisze prasa, bo jak ustaliliśmy – nikt nie jest w stanie tego dokładnie oszacować. Wiadomo, że rozbił bank, przeprowadzając 5 z 7 największych transakcji tego okna.

Pośredniczył w sprzedaży:

– Jamesa Rodrigueza z Monaco do Realu Madryt za 80 milionów euro,
– Angela Di Marii z Realu do Manchesteru United za 75 milionów,
– Eliaquima Mangali z Porto do Manchesteru City za 40 milionów,
– Diego Costy z Atletico Madryt do Chelsea 38 milionów.

Gdyby ktoś zapytał: jak to, do cholery, możliwe? – sam Mendes najpewniej odpowiedziałby bardzo prosto, tak jak ma w zwyczaju. Na przykład, że nigdy nie czeka aż cokolwiek się wydarzy. To on sprawia, że się dzieje. A im więcej dzieje się za jego sprawą, tym też – siłą rzeczy – zwiększa się grono zainteresowanych, by te same czary-mary Mendes w przyszłości robił dla nich.

Do wspomnianej wyżej czwórki dochodzi więc jeszcze rekordowa tygodniówka wywalczona dla Radamela Falcao, na jego przenosinach do Czerwonych Diabłów, Ezequiel Garay opchnięty za 15 kawałków do Zenitu, gdzie nie zwykli rozmieniać się na drobne oraz przepchnięcie za podobną kwotę Fernando z Porto do Manchesteru City. Licząc zwyczajowe 10 procent – Mendes na samych prowizjach menedżerskich faktycznie mógł zarobić jakieś 25 – 30 milionów. Z całą pewnością nie jest to jednak kwota, która wiernie oddaje finansową rzeczywistość. Portugalczyk działa znacznie bardziej kreatywnie i od kiedy górę forsy zarobił na bezdomnym z przytułku nieopodal Lizbony – Bebe – chyba nikt już w to nie wątpi.

Za 100 tysięcy euro odkupił 30 procent praw do zawodnika, którego za moment – przy pomocy innego swojego klienta, Carlosa Queiroza – opchnął Manchesterowi za 7 milionów funtów.

W tym roku równie sprytny manewr miał wykonać sprzedając Eliaquima Mangalę. Tutaj znacząca część zysku (przekraczająca 10 milionów funtów), jak niegdyś w przypadku Brazylijczyka Andersona – choć nie tylko, miała przypaść związanemu z Mendesem funduszowi inwestycyjnemu.

W kilka tygodni przetransferował między klubami 250 milionów euro. Zimę miał skromniejszą, wtedy akurat mało kto kupował za poważne kwoty, ale poprzednie lato – znów niczego sobie. Rosyjski właściciel Monaco wziął od niego cały pakiet: Falcao, Rodrigueza, Moutinho i Carvalho.

## Dlaczego w 2015 też będzie najlepszy? 

I czego dokona zimą? Złośliwi powiedzą: wystarczy spojrzeć, kim dawno nie handlował i jaki klub prowadzi akurat Jose Mourinho, resztę można dopasować.

Złośliwi, mówiąc to, będą mieli odrobinę racji, bo Mendes od lat jest znany z tego, że ma swoje ulubione i nieprzypadkowe „miejsca zbytu”. Był takim niegdyś Real Madryt. Była również Chelsea – tak w pierwszej kadencji Portugalczyka, jak i teraz, gdy Mendes pod skrzydłami Mourinho umieścił Diego Costę.

Swego czasu siedmiu zawodników wytransferował do Besiktasu Stambuł. Dobrze układy mu się deale z właścicielami Zenitu i Monaco. A od kiedy Petera Lima namówił na zainwestowanie w Valencię, przeniósł do niej dwóch graczy Benfiki – Andre Gomesa i Rodrigo. Zespół jako trener przejął zresztą Nuno Espirito Santo, czyli… bohater historycznie pierwszego transferu wykonanego przez Mendesa.

Jak zwykle, wszystko składa się w jedną spójną całość.

On sam twierdzi, że w latach 2001 – 2010 stał za więcej niż połową transakcji przeprowadzonych przez Benficę i Sporting Lizbona oraz FC Porto. Szczyci się, że to dzięki niemu za najlepszym Portugalczyków zaczęto płacić wielkie sumy. I tej zimy wokół nich też będzie miał co robić. W pierwszym rzędzie do zmiany klubów ustawiają się Joao Moutinho czy Fabio Coentrao.

Chociaż równie naturalnym ruchem będzie odejście ze Sportingu Williama Carvalho, którym rzekomo interesują się Chelsea i Arsenal. I jak przystało na Mendesa, znów mówi się o kosmicznych sumach.

## Kiedy Mendes się myli?

Wszystko to brzmi słodko, jak laurkowa opowiastka o panu nieomylnym, ale gdyby miało brzmieć inaczej, nie mówilibyśmy o najlepszym agencie świata –  i to pięć lat z rzędu.

Jasne, że nie wszystko i nie zawsze idzie po jego myśli.. W ostatnich miesiącach zawiódł się chociażby na… Paulo Fonsece. Młodym trenerze Pacos de Fereira, z którego powoli, krok po kroku, chciał zrobić dużą postać w europejskiej piłce. Plan był nieskomplikowany – pozwolić mu błysnąć w roli trenera FC Porto, a później, gdy już będzie gotów, wypuścić na szerokie wody. Niestety, Fonseca rozczarował, nie wytrzymał walki o mistrzostwo Portugalii i dziś znów pracuje tam skąd przyszedł.

Nie zmienia to faktu, że stajnia Mendesa – którego tydzień temu widziano na lunchu z Joanem Laportą, a przed dwoma dniami w Dubaju obściskiwał się z Ronaldo i Fabio Capello – byłaby cenniejsza niż kadra któregokolwiek klubu. A liczby te z pewnością jeszcze będą rosnąć, bo Portugalczyk od lat wypatruje takich, którzy są już blisko szczytu, ale na ten absolutny top wejdą dopiero będąc w jego teamie.

Dla jego 200-osobowej ekipy z agencji Gestifute, chociaż praca trwa przez cały rok, znów zaczyna się gorący okres. Kolejne okienko, w którym będzie trzeba parę razy zamieszać w transferowym kotle. Przekonując prezesów i właścicieli do zakupów, o których być może jeszcze im się nie śni.

Fenomen na równi z największymi gwiazdami, które reprezentuje…