Zastanawiałem się jak nazwać przeczytaną w „The Guardian” historię Adriana Doherty’ego. Powiedzieć, że jest smutna, zdawało mi się rażącym niedopowiedzeniem, ale jednocześnie za wstrząsającą uznać jej nie chciałem, bo takie scenariusze to życie, jego sól, zdarzają się i wokół nas. W końcu doszedłem do wniosku, że najwłaściwiej będzie, jeśli określę ją po prostu jako: ważną.

Tragicznie ważna historia. Czego pośmiertnie uczy nas Adrian Doherty?

Doherty był członkiem Class of 92′, tego wybitnego rocznika Man Utd, który stał się fundamentem późniejszej wielkości czerwonych diabłów. Tony Park, autor „Sons of United”, książki o młodzieżowym futbolu rodem z Old Trafford, opowiadał o tamtych chłopakach tak: – Najbardziej zaskoczyło mnie, że Gary Neville zaszedł tak daleko. Bo z tamtego rocznika,  pewniaków do wielkiej karierymieliśmy trzech: Giggs, Scholes, Doherty. Giggs miał świetną lewą nogę i szybkość. Scholes był obunożny, sprytny, choć brakowało mu dynamiki. Doherty? Doherty miał wszystko.

Image and video hosting by TinyPic

Adrian w dolnym rzędzie z piłką

Mówiono o nim, że to największy talent z Irlandii Północnej od czasów George’a Besta. Powoływano do młodzieżówki, choć był jeszcze nastolatkiem. Chcieli go przechwycić skauci Arsenalu, a także Nottingham Forest, ten Nottingham Forest czasów Briana Clougha. Gorącym zwolennikiem talentu Doherty’ego był jednak sam Alex Ferguson, po co więc było się gdziekolwiek ruszać? Ponoć Sir Alex raptem kwadrans przyglądał się Irlandczykowi w akcji, a już poszedł zadzwonić do ojca Adriana i rozmawiać o transferze.

A już zupełnie na pewno Fergie chciał dać szansę Doherty’emu w pierwszym składzie jeszcze przed Giggsem. Szesnastolatek został włączony do kadry pierwszego zespołu. Trenował i przygotowywał się do gry w meczu z Carlisie, gdzie miał zadebiutować.

Image and video hosting by TinyPic

Niestety, podczas treningu zerwał więzadła. Czekała go rehabilitacja, walka o powrót. Udało się, na krótko jednak, bo kontuzja odnowiła się i tym razem pauzował rok. Po tych perypetiach, błyskotliwego skrzydłowego, z gazem, dryblingiem, techniką i finezją, już nie było. Skończył się. Nie dawał rady, urazy go zarżnęły, musiał skończyć karierę i zacząć pracować w fabryce czekolady w Preston.

W 2000 roku, kiedy jego dawni koledzy świętowali trzecie mistrzostwo z rzędu, Adrian już nie żył. Dostał fuchę w Amsterdamie, w fabryce mebli, ale pewnego razu goniąc na poranny pociąg ześlizgnął się do jednego z kanałów. W ten sposób ginie tam kilkanaście osób rocznie, tym razem zabrały i juniorską gwiazdkę. Doherty przez miesiąc był w śpiączce, a dziewiątego czerwca zmarł w wieku zaledwie 27 lat.

Image and video hosting by TinyPic

Chryste, niektórzy to po prostu mają pecha w życiu, prawda? Czysty niefart, na który nie zasłużyli, ale którego otrzymali w nadmiarze. Adrian nie był egoistą, primadonną, nigdy nie miał sodówki. Skromny, nieśmiały, który nawet będąc w United zawsze znalazł czas by pograć z dawnymi kolegami w piłkę. Koledzy z szatni wspominają go jako fajnego gościa z szerokimi horyzontami: grał na gitarze, czytał wiersze.

Jesteś kowalem swojego losu – trochę przereklamowane hasło w tym kontekście, prawda? Możesz zrobić wszystko odpowiednio, możesz pracować, mieć talent. Ale i tak, żeby ci się udało, musisz liczyć na szczęście.

Szczególnie w piłce, bo czytałem gdzieś, że odsetek chłopców, którzy należą do markowych akademii, a potem zostają profesjonalnymi piłkarzami, jest zastraszająco niski. Te wszystkie dzieciaki, które przed chwilą przyjechały do Warszawy na Legia Cup z Romą, Tottenhamem, Man Utd czy Herthą: oni wszyscy nie tyle wierzą, że będą w przyszłości grać w piłkę, co wiedzą, że tak będzie. Tymczasem dla większości z nich życie już powoli lepi gorzką pigułkę. Bardzo gorzką, bo wielu odrzuconych ma potem problemy ze sobą, wpada w depresję. Nie potrafią się odnaleźć, tak bardzo uwierzyli bowiem w sen o wielkiej karierze, że teraz żyją z piętnem porażki i rozczarowania.

Image and video hosting by TinyPic

Czasem dochodzi do tragedii

Nawet La Masia, wzór akademii, najlepsza szkółka na świecie, nie daje ci żadnej gwarancji. Cuqui, gość który przeszedł przez wszystkie jej szczeble, nie dał sobie rady w Widzewie i teraz bodaj już skończył karierę. Gwiazda młodzieżowej Barcelony, „przyszły Henry”, właśnie trenuje w Nowym Sączu.

Czy więc trzeba uczyć dzieciaki, by nie pokładały aż tyle wiary w piłce? By nie traktowały jej aż tak poważnie, nie poświęcały jej całego czasu? No właśnie też nie! Historia wielkich, którzy dzisiaj odnoszą w futbolu sukces, to prawie zawsze historia ciężkiej pracy od młodych lat. Bale już był niemal odpalony z Southampton, ale zostawał po treningach, dokładał więcej niż więcej, poświęcał się i oddawał swoje życie karierze, stawiając na jedną kartę. Jemu się udało, ale ilu było takich, którzy postawili równie wiele i zostali z niczym?

Zobaczcie jaki brutalny paradoks. Futbol młodzieżowy i rozwój graczy do pewnego stopnia kieruje się loteryjnymi regułami. Musisz grać na 120% by mieć szansę się przebić, ale nawet, gdy będziesz tak robił, nie masz żadnej gwarancji, że się uda. Bez względu na wszystko, zawsze możesz wylądować na śmietniku.

Pisałem ostatnio o Suleymanie Kocu, chłopaku, który trafił do więzienia, ale który dzięki piłce wyszedł na swoje. W historii o Samoa mieliśmy Johnny’ego, transwestytę, który przez grę na boisku zyskał pewność siebie i większą akceptację. Tak, futbol potrafi wiele dać, ale umówmy się, potrafi być też bezlitosną kurwą. Historia Adriana Doherty’ego jest właśnie o tym.

Dlatego jeśli jak w grze komputerowej przed początkiem piłkarskiej kariery mógłbym wybrać jedną cechę, która by mnie charakteryzowała, to nie wahałbym się ani chwilę. Nie wybrałbym super dokładnych podań. Nie wybrałbym szybkości, siły ani skoczności. Nie wybrałbym zabójczego wykończenia, nie poszedłbym nawet na skróty żądając „genialności”, bo i ona nie daje ochrony, co pokazuje przykład Doherty’ego.

Chciałbym być piłkarzem, który ma szczęście.

Leszek Milewski