Reklama

Polska vs. mistrzowie świata. Serial, w którym zdarzają się happy endy

Piotr Tomasik

Autor:Piotr Tomasik

10 października 2014, 17:51 • 9 min czytania 0 komentarzy

Mecz z Niemcami coraz bliżej, a my cały czas szukamy. Kadrę mamy jaką mamy, tu nic wielkiego nie wymyślimy, ale rozglądamy się za punktem zaczepienia, na którym można budować karkołomną i optymistyczną tezę, że wcale nie musimy tego spotkania przegrać. Skoro nie można cały czas pisać o kontuzjach, które powodują, że niemiecka drużyna wygląda trochę mniej poważnie niż zazwyczaj, to może by tak odświeżyć sobie trochę historii? Nie, nie chodzi nam o historię spotkań z Niemcami, bo wszyscy zdają sobie chyba sprawę, że tu jesteśmy w czarnej dupie. Dzieje spotkań Polaków z aktualnie panującymi mistrzami świata, to zdecydowanie przyjemniejsza lektura.

Polska vs. mistrzowie świata. Serial, w którym zdarzają się happy endy

POSTAW NA POLSKĘ (6.50), REMIS (4.00) LUB NIEMCY (1.47) W BET-AT-HOME >>

W sobotę powstanie trzynasty odcinek tego serialu. Owszem zdarzało nam się dostawać w czapę, ale również wygrywaliśmy. Nie jest najgorzej. Czasami były to arcyważne mecze ważne rangi mistrzowskiej, a czasami ich otoczka nie miała wiele wspólnego z profesjonalizmem. Zresztą, nie będziemy marnować waszego czasu na przydługie wstępy.

Polska vs. mistrzowie świata, odcinek po odcinku.

Odcinek pierwszy: 5.06.1966, Brazylia – Polska 4-1

Reklama

Mistrzowie świata z 1962 roku przygotowywali się do obrony tytułu na angielskiej ziemi, a robili to poprzez rozgrywanie spotkań towarzyskich… w hurtowej ilości. W ciągu dziesięciu dni podopieczni Vicente Feoli wybiegli na boisko sześć razy, a w dwóch z tych spotkań ich przeciwnikami byli Polacy. Gwoli ścisłości dodać należy, że w pierwszym meczu w Belo Horizonte naprzeciw naszej drużyny stanęła ekipa, która z mundialem w Chile miała wspólnego mniej więcej tyle, co Paweł Sibik z grą w reprezentacji Polski. Czyli niewiele. Jedynym pomostem łączącym oba wydarzenia była postać Hilderaldo Belliniego. To jedyny aktualny mistrz świata, z którymi rywalizowali wtedy Stanisław Oślizło i spółka.

Odcinek drugi: 8.06.1966, Brazylia – Polska 2-1

Co innego trzy dni później. Maracana. Oficjalnie na trybunach pojawiło się 130 tysięcy ludzi. Banda facetów ze smutnej rzeczywistości Polski lat 60. wylądowała w samym środku karnawału. Słowem: szał. W składzie Canarinhos tym razem zobaczyliśmy czterech złotych medalistów z mundialu w Chile, a wśród nich Garrincha i Pele. Nie mamy obrazków z tamtego spotkania, ale trybuny stadionu wyglądały zapewne mniej więcej tak:

Ówczesny bramkarz reprezentacji Polski Marian Szeja wspominał później wywiadzie dla Onetu: – Gdy wybiegliśmy na boisko, znaleźliśmy się niczym w ogromnym, wrzącym kotle. Na trybunach zasiadł komplet widzów. Nigdy wcześniej ani nigdy później nasza reprezentacja nie grała przed tak olbrzymią widownią. Tumult był ogłuszający i należało zwracać baczność na ruchy sędziego, bo gwizdka nie było słychać.

Odcinek trzeci: 6.07.1974 Polska – Brazylia 1-0

Reklama

Co prawda Brazylia oddawała miejsce na tronie już dzień później, ale jakby nie patrzeć, to pierwsza wygrana Polaków nad ówczesnymi mistrzami świata. W kadrze Canarinhos znalazło się wtedy miejsce dla ośmiu czempionów z 1970 roku, a w meczu z Orłami Górskiego wystąpiło ich czterech. Oczywiście olewamy wszelkie opowieści o tym, że Brazylijczykom po przegranym meczu z Holandią, który decydował o wejściu do finału, spotkanie o brąz zwisało i powiewało. Nawet jeśli – to ich problem. Jeśli macie zamiar nas przekonywać, że jest inaczej, zjedzcie po snickersie. My nie będzie deprecjonować osiągnięć naszej drużyny.

Piękna historia. Pierwsza wygrana z Brazylią, pierwszy medal mistrzostw świata. I szybkonogi Grzegorz Lato, który co prawda setkę biegał wtedy troszkę wolniej niż w trzy sekundy, ale i tak nie dał się złapać. Szacuneczek.

Odcinek czwarty: 1.06.1978 Polska – RFN 0-0

Mistrzowie świata kontra trzecia drużyna ostatniego mundialu. Rewanż za mecz na wodzie. Teoretycznie wymarzona inauguracja turnieju w Argentynie. W składzie Niemców pięciu aktualnych mistrzów świata (czterech kolejnych na ławce), a u Polaków siedmiu medalistów w podstawie i dwóch na ławce. Setki podtekstów, atmosfera podgrzana do maksimum…

… a stanęło na smutnym 0-0.

Wynik urządzał wtedy obie drużyny, które przed sobą miały mecze z Tunezją i Meksykiem. Jednak dziś to spotkanie wspomina się z pewnym rozczarowaniem. Nie brakuje głosów, że jeśli Niemcy byli do puknięcia, to właśnie wtedy. A tak cały czas męczy nas ta historia.

Odcinek piąty: 12.10.1980 Argentyna – Polska 2-1

Powrót Polaków na Estadio Monumental. Na boisku pojawiło się ośmiu czempionów z 1978 roku, a polskimi obrońcami kręcił 20-letni wtedy Diego Maradona. O talencie „El Pelusy” przekonał się również bramkarz Piotr Mowlik. Rzut wolny, dla którego warto odświeżyć sobie to spotkanie.

Odcinek szósty: 28.10.1981 Argentyna – Polska 1-2

Dwanaście miesięcy później to Polacy schodzili z boiska jako wygrani. Drugie zwycięstwo nad mistrzami globu, pierwsze odniesione na terenie wroga. Tym razem na murawie zabrakło Maradony, ale za to biegło po niej siedmiu zawodników ze złotej drużyny Menottiego. Polacy byli już pewni wyjazdu na mundial do Hiszpanii, do rozegrania pozostawał im tylko mecz z Maltą, czyli czysta formalność. Była więc znakomita okazja ku temu, by pokazać się na świecie. Manifestacja siły się udała. Tym razem piękną bramką z rzutu wolnego popisał się Zbigniew Boniek, a Józef Młynarczyk wybronił mecz, pomimo tego, że grał ze złamanym palcem.

Kilka miesięcy później na szyjach Polaków zawisły brązowe medale mundialu, a Argentyńczycy wracali do domu z niczym, po odpadnięciu w drugiej rundzie.

Odcinek siódmy: 8.12.1984, Włochy – Polska 2-0

Pierwsza okazja do rewanżu za przerżnięty półfinał mistrzostw świata w Hiszpanii. W barwach gospodarzy zagrało ośmiu mistrzów świata, w tym nasz kat – Paolo Rossi. Co tu dużo mówić – nie pykło.

Odcinek ósmy: 16.11.1985, Polska – Włochy 1-0

Co innego rok później. Po raz pierwszy – i jak na razie ostatni – na polską ziemię zawitali mistrzostwie świata, by zmierzyć się z naszą drużyną. I przegrali! Jeśli szukać dobrego omenu, to właśnie w tym spotkaniu. Tym razem zabrakło Rossiego, ale w Chorzowie oglądaliśmy aż dziewięciu mistrzów.

Lekcja historii dla młodego pokolenia kibiców – takie bramki strzelał ten pan, który teraz wymądrza się jako ekspert.

Odcinek dziewiąty: 29.06.1995, Brazylia – Polska 2-1

A za chwilę lekcja historii od innego eksperta. Teoretycznie mecz jak mecz – nieznaczna przegrana z przygotowującymi się do Copa America Canarinhos na ich terenie. Całkiem nielichy rezultat. Znając jednak kulisy tego spotkania, nie mamy wątpliwości – mówimy tu o prawdziwym cudzie. Takowym jest nawet nie tyle wynik, a fakt, że wszyscy kadrowicze wrócili w jednym kawałku do kraju. Nikt nie utonął w morzu alkoholu, choć było blisko. Na pewno nie było profesjonalnie, ale za to wesoło. Przypomnijmy jak to leciało (fragmenty książki „Kowal. Prawdziwa historia”).

Wkrótce po meczu ze Słowacją doszło do wyjazdu, który zapamiętam do końca życia. Środek wakacji, zawodnicy rozsiani po Grecjach, Cyprach, Seszelach i innych Dominikanach, aż tu nagle informacja – gramy mecz. Wiadomo, że Brazylijczycy to nie ogórki, więc sobie zażyczyli, że skoro mają z nami grać, to musimy przylecieć w najmocniejszym składzie. No to dostali, bandę wczasowiczów! Tomka Wałdocha ściągnięto w środku urlopu, chłopak kompletnie bez treningu, bez formy. Co tu owijać w bawełnę – żaden z nas nie nadawał się do profesjonalnego spotkania. (…)

Nikomu nie uśmiechały się wczasy z serii „Podróże z PZPN kształcą”, bo przecież czekały na nas rodziny. Nic to. Trzeba posiedzieć, to posiedzimy. Wlewaliśmy w siebie alkohol przez kilka dobrych dni! Bezustannie. Jedna, wielka, nieprzerwana impreza. Nawet nie wiedzieliśmy, jak nazywać kolejne dni. Było więc „przygotowanie do przygotowania rozpoczęcia zgrupowania”, „przygotowanie do rozpoczęcia zgrupowania”, „rozpoczęcie zgrupowania”, „przygotowanie do przygotowania do zakończenia zgrupowania” itd. A co dzień, to okazja! Gdy niektórych chwyciła fantazja, to zrobiło się naprawdę wesoło. Andrzej Juskowiak z Tomkiem Wałdochem nawet wynajęli sobie jacht, żeby pobawić się w wielkim stylu. Ja powiedziałem, że w to nie wchodzę, bo na bank zwymiotuję. Zostałem z Piotrkiem Świerczewskim na plaży. Zaczęliśmy sączyć jakieś ekskluzywne drinki z ananasowych skorup i tak nas trzepnęło, że zanim się zorientowaliśmy… skończyła się plaża. Gdy zaczynaliśmy tę fazę przyjmowania trunków, mieliśmy do morza dobre pięćdziesiąt metrów. Musiało nam się dobrze rozmawiać, bo zabrał nas przypływ! (…)

Apostel wiedział, że ma do czynienia z zespołem pieśni i tańca, a nie piłkarskim. – Przyjechaliśmy tu, żeby się nie skompromitować – stwierdził. Miał rację. Sam sądziłem, że jak nas złapią, wyczują frajerów, to będę błogosławił dzień, w którym zostałem napastnikiem, a nie obrońcą lub co gorsza bramkarzem. Nikt nie obstawiał niskiego wyniku. W naszym przewidywaniach było tylko „od piątki w górę”. I co się okazało? Mogliśmy wygrać!

Odcinek dziesiąty: 26.06.1996, Brazylia – Polska 3-1

Jeśli jesteście zdziwieni, że odnotowujemy to spotkanie, to macie do tego pełne prawo. W Polsce nie uznaje się tego meczu za oficjalny, wszak do Brazylii poleciała teoretycznie „reprezentacja olimpijska”, do której załapali się chociażby stawiający pierwsze kroki w dorosłym futbolu bracia Żewłakow. Co innego w Kraju Kawy, gdzie to spotkanie honorowane jest przez statystyków i traktowane jak każde inne towarzyskie granie reprezentacji Canarinhos. Drużyną dowodził trener Mario Zagallo, a na boisku wybiegło chociażby trzech mistrzów świata z 1994 roku (Aldair, Bebeto, Ronaldo). A u nas? Popatrzcie na te nazwiska.

Po raz kolejny obyło się jednak bez soczystego wpierdolu, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi takowy zwiastowały. Skończyło się 3-1 dla gospodarzy, a bramkę dla Polaków strzelił Daniel Dubicki.

Odcinek jedenasty: 26.02.1997, Brazylia – Polska 4-2

Przyjmując brazylijskie wyliczenia, to trzecie spotkanie Polaków z mistrzami świata ze Stanów Zjednoczonych w krótkim odstępie czasu. Trzecie przerżnięte. Tym razem do Kraju Kawy wybrała się całkowicie odmieniona reprezentacja Antoniego Piechniczka. W meczu tym zagrało ledwie trzech piłkarzy z ekipy Apostela, która 20 miesięcy wcześniej mogła pokusić się w Brazylii o niespodziankę (Nowak, Świerczewski, Kowalczyk). Efekty?

Skoro wywołaliśmy „Kowala”, to będziemy konsekwentni – fragment o tej potyczce:

Mecz oczywiście przegraliśmy, tylko 2:4, choć było już 0:4. Większość chłopaków nabawiła się kontuzji karku, jak Romario zaczął wszystkimi kręcić. A potem dali nam wiadomość: – Strzelcie sobie ogórki ze dwie bramki, bo nam się już nie chce. Najśmieszniejsza z całego spotkania była odprawa przedmeczowa. Stanęło dwóch znawców – Piechniczek i Kulesza – i zaczęło robić obrońcom wodę z mózgu.

– Uważajcie na rzuty wolne, bo Brazylijczycy grają tak, że jeden stanie, popatrzy, pocelebruje, a jak już wszyscy stracą czujność, to inny podbiegnie i uderzy!

No to w meczu rzut wolny. Nasi obrońcy stanęli i czekają aż Brazylijczycy zaczną celebrować. A tamci szast-prast, jeszcze się mur dobrze nie ustawił, a gość ustawił, zagrał, dziękuję, piłka w siatce. Ronaldo czy inny Romario już się cieszy, a Polacy wytrwale stoją i oczekują celebracji.

Odcinek dwunasty: 23.02.2000, Francja – Polska 1-0

Stade de France, 75 tysięcy ludzi na trybunach i hymn tylko trochę przypominający Mazurka Dąbrowskiego, uratowany przez polskich kibiców. „Lolą Blą” całujący łysinę Fabiena Bartheza i słynny prochowiec Jerzego Engela. Jakby nie patrzeć, magiczny wieczór. W składzie Francuzów ledwie dwóch piłkarzy, którzy niecałe dwa lata wcześniej nie świętowali zwycięstwa w finale mundialu (Wiltord i Vairelles). Poza tym creme de la creme: Zidane, Deschamps, Blanc, Djorkaeff, Desailly, Petit, Trezequet itd. Gospodarze przygotowywali się do mistrzostw Europy, które później – w pięknym stylu i dramatycznych okolicznościach – wygrali. A u nas formowała się dopiero drużyna, która później, po serii towarzyskich wtop, jak burza przeszła eliminacje do mistrzostw świata.

Miesiąc wcześniej dostaliśmy szybkie 3-0 od Hiszpanów, więc oczekiwania wobec tej kadry nie były zbyt wielkie, ale zagraliśmy naprawdę przyzwoite spotkanie. Szczególnie w pierwszej połowie. W drugiej – „Szpaku” 28 razy porównał Jerzego Dudka do Andrzeja Woźniaka, ale wydawało się, że dowieziemy bezbramkowy remis do końca. Jednak Zidane miał inne plany.

***
Powiało optymizmem, nieprawdaż? No zgoda, może nie do końca. Jednak mamy nadzieję, że przekaz jest jasny – puknięcie mistrzów świata to nie mission impossible.

Mateusz Rokuszewski

Najnowsze

Polecane

Grają o mistrzostwo w szkolnej hali. ”Słyszę to od 10 lat. To musi się zmienić”

Jakub Radomski
1
Grają o mistrzostwo w szkolnej hali. ”Słyszę to od 10 lat. To musi się zmienić”
Piłka nożna

Rekord Ruchu na tle Europy – wynik nieosiągalny dla PSG, Bayeru czy Lipska

AbsurDB
3
Rekord Ruchu na tle Europy – wynik nieosiągalny dla PSG, Bayeru czy Lipska
Hiszpania

Od Pucharu Syrenki do… Złotej Piłki? Jak rozwijał się Jude Bellingham

Patryk Fabisiak
3
Od Pucharu Syrenki do… Złotej Piłki? Jak rozwijał się Jude Bellingham

Komentarze

0 komentarzy

Loading...