2009 rok. Debreczyn w Lidze Mistrzów, reprezentacja Węgier z brązem na mistrzostwach świata U-20. Te sukcesy zbiegają się w czasie z wyborami, w konsekwencji których premierem zostaje Viktor Orban, gość kompletnie zafiksowany na punkcie piłki, przy którym Donald Tusk jest Januszem, myślącym, że kadrę Polski prowadzi ciągle Beenhakker. Powstaje wybuchowa mieszanka – są fundamenty, w postaci sukcesu węgierskiego klubu i utalentowanego pokolenia juniorów, do tego ma rząd, który czyni jednym ze swoich priorytetów przywrócenie blasku rodzimej piłce.

Futbol centralnie sterowany. To jeszcze Węgry czy już Orbanistan?

I nie zamierza rzucać słów na wiatr. Ignorując fakt, że na Węgrzech jest tysiąc znacznie pilniejszych potrzeb, z edukacją i opieką zdrowotną na czele.

***

Od czego zacząć, gdy jest tyle pracy, że nie wiadomo gdzie włożyć ręce w pierwszej kolejności? Viktor Orban nie miał problemu z odpowiedzią na to pytanie. Co oczywiste, naprawę węgierskiej piłki zaczął od uczynienia ze wsi, w której się wychował, jednym z najistotniejszych punktów na futbolowej mapie kraju. Logiczne, prawda? Rzeka pieniędzy popłynęła do liczącego sobie 1500 mieszkańców Felcsut, gdzie za dzieciaka mieszkał Orban, gdzie grał w drugiej lidze (Felscut FC), a także gdzie ma swoją letnią daczę.

Image and video hosting by TinyPic

Wymowna fotka z czasu budowy

Obecnie ta wieś jest bogata między innymi w wart kilkanaście milionów euro stadion, na którym gra pierwszoligowy klub, zasilany narybkiem z najdroższej akademii piłkarskiej Węgier. W planach jest budowa kompleksu hotelowego, ulokowanego tuż przy stadionie, na ziemiach – cóż za przypadek – zarejestrowanych na żonę premiera. Kuriozalnie sprawę tłumaczył rzecznik akademii, Gyorgi Szolossi: – Stadion nie został zbudowany obok domu premiera. To rodzina premiera lata temu zbudowała swój dom obok starego boiska w wiosce – pierwszorzędna nowomowa, Orwell byłby dumny.

Interesujący fakt: Gyorgyi Varga, w swoim czasie na decyzyjnym stanowisku w rejonie, sprzeciwił się sprzedaży wiejskich terenów pod budowę akademii i stadionu. Orban napotkał przeszkodę, której się nie spodziewał. Ale szybko przebił głową mur. Parlament wprowadził prawo, jakby idealnie uszyte pod to, by pozbywać się takich niewygodnych ludzi. Varga błyskawicznie wyleciał: – W czasach komunizmu nie miało znaczenia, czy znasz się na swojej robocie, tylko kogo znasz. Dziś jest tak samo – komentował w prasie.

Image and video hosting by TinyPic

Stadion? Prawda, piękny. Projektował go światowej klasy architekt, Imre Makovecz. Niestety, to obiekt prawie zawsze pusty. Co więcej, okazał się też po części budowlanym bublem. Gdy podczas jednego z pierwszych meczów spadł deszcz, płyta boiska zmieniła się w bajoro. Kryta trybuna praktycznie wcale nie chroniła przed ulewą, zalała widzów i laptopy dziennikarzy.

Porównuje się go często do stadionu w Scornicesti. To miejscowość, w której urodził się Nikola Ceausescu, a który także będąc u władzy postanowił popisać się lokalnym patriotyzmem. Zbudował trzydziestotysięcznik w liczącej 12 tysięcy mieszkańców mieścinie. Za jego władzy, lokalny klubik grał w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dziś tuła się gdzieś po niższych ligach, a stadion jest opuszczony, niszczeje. Krytycy Orbana wieszczą taką samą przyszłość obiektowi w Felscut. Szef Fideszu nie będzie rządził Węgrami do końca świata, kiedyś przyjdzie ktoś po nim i nie będzie chciał słono płacić na utrzymanie Poncho Arena.

Image and video hosting by TinyPic

Rumuńskie Scornicesti, pozostałość po Ceausescu

Czemu Poncho Arena? Taki przydomek w Hiszpanii miał Ferenc Puskas. Orban w Felcsut zorganizował dla byłej gwiazdy Realu prawdziwe sanktuarium. Poza stadionem, również klub nazwano jego imieniem, dodatkowo jest tutaj muzeum z trofeami, koszulkami i memorabiliami członka „złotej jedenastki”. Jest tylko jeden problem – jak śmieją się węgierscy dziennikarze, Puskas pewnie nawet nie wiedział, że istnieje taka wieś jak Felcsut. Urodził się w Budapeszcie i tu spędził większość kariery. Absurdalne jest umiejscowienie jego muzeum w tak karykaturalnie niezwiązanym z nim miejscu.

Najważniejsza w całym projekcie miała być jednak szkółka piłkarska. Orban chwalił się, że Ferenc Puskas Academy jest jedną z dziesięciu najlepszych w Europie. To jednak tylko życzeniowe myślenie, propaganda, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Gdy zamówiono audyt u belgijskiej firmy Double Pass, a który miał zbadać poziom szkolenia na Węgrzech, FPA ledwo załapała się do krajowej dziesiątki, zajmując ostatecznie dziewiąte miejsce.

Belgowie zostawili po sobie raport na 134 strony, z której każda była zarzutem dla tamtejszej federacji. Poziom szkolenia określili jako amatorski. Trenerzy bez specjalizacji. Fatalna rekrutacja. Archaiczne zajęcia. Brak jakiegokolwiek zwrócenia uwagi na psychologiczny aspekt gry.

Image and video hosting by TinyPic

Czy może więc dziwić, że występująca w węgierskim odpowiedniku Ekstraklasy, Puskás Akadémia FC, w ostatni weekend wystawiła drużynę o średniej wieku 26.5? Gdzie środek pola tworzyli 33-letni Toth i 35-letni Polonkai? W pierwszej jedenastce znalazł się ledwie jeden zawodnik U-21. Sam zespół bije się wyłącznie o utrzymanie.

***

Mówiono o nich: nowa złota generacja. Zachowując rozsądek, czyli nikt nie oczekiwał, że będą wycierać podłogę światowymi potęgami, ale jednak liczono, że będą gwarantem regularnych promocji do finałów ważnych imprez. Tych Węgry są złaknione jak mało kto, bowiem ostatni raz gościli na takiej w 1986 roku!

Ci, którzy w 2009 zdobyli brąz na juniorskich mistrzostwach świata, dziś powinni decydować o wynikach dorosłej kadry. Ale niestety, rzeczywistość jest przeraźliwie smutna, wręcz trudna do uwierzenia. Dwie największe gwiazdy tamtej kadry, Koman i Nemeth, aktualnie nawet nie tyle grają w słabych klubach, co W OGÓLE nie znaleźli zatrudnienia. Październik za pasem, a oni wciąż na bezrobociu.

To nie był kukułkowy turniej. Półfinał z udziałem Węgrów oglądało 40.000 ludzi, mecz o trzecie miejsce blisko dwa razy więcej widzów. Światu przedstawili się w Egipcie tacy gracze jak Jordi Alba, Cesar Azplicueta, Ganso, Holtby, Ayew. Madziarzy po drodze do medalu pokonali między innymi Włochów, w półfinale przegrali 2:3 z późniejszym triumfatorem, Ghaną. Vladimir Koman został wicekrólem strzelców (5 goli), choć grał w pomocy. Nemeth był autorem trzech trafień.

Szczególnie wielkie nadzieje wiązano z Komanem. Chłopak już jako nastolatek grywał w Sampdorii, a w wieku 21 lat potrafił wyprowadzić ją na boisko jako kapitan! Nemeth zbierał szlify w Liverpoolu, po młodzieżowych mistrzostwach za grubą kasę ściągnął go do siebie Olympiakos. I co? I wielkie nic. Dwie najbardziej rozpoznawalne twarze drużyny medalistów, dziś będące na futbolowym śmietniku.

***

Czy wizyta Debreczynu w Lidze Mistrzów odmieniła wegierską ekstraklasę? Nie. Ale ligowy krajobraz odmienił oczywiście Orban. Videoton to klubik, który w tutejszej piłce nie znaczył wiele. Mógł się pochwalić tylko sukcesami z brodą, w dodatku kometami, czyli jednym mistrzostwem w latach 70tych oraz finałem Pucharu UEFA w latach 80tych. Ale Videoton miał jeden wielki atut – był ulubionym klubem Orbana. Od paru lat nie schodzi więc z pudła, w swoim czasie było go też na zatrudnienie Paulo Sousy, który wprowadził tę ekipę do Ligi Europy, po trupach Sturmu Graz i Trabzonsporu. Ten sezon też zaczęli z kopyta – od dziewięciu ligowych zwycięstw z rzędu. Mają największy budżet i najepszych piłkarzy.

Image and video hosting by TinyPic

W fazie grupowej zbili wtedy choćby Sporting

Zgadniecie kto jest filią Videotonu? Pewnie tak, bo zagadka nie jest trudna. To oczywiście Puskas Akademia FC. Mówi się, że to siostrzane kluby, czy też wymyśla inne dziwaczne określenia, byleby tylko w papierach dobrze wyglądało, że dwie ściśle współpracujące ze sobą ekipy grają w jednej klasie rozgrywkowej. Nietrudno się domyśleć jaką potencjalną patologię może to przynieść, choćby gdyby tak ściśle obie drużyny zaczęły współpracować ze sobą na finiszu rozgrywek, a celującw triumf Videotonu.

Znacznie popularniejszy w kraju jest Ferenvcaros. W zeszłym sezonie mógł pochwalić się przyzwoitą frekwencją, na poziomie 8.000 średniej, a i z rekordem ligi – 22.000 widzów podczas jednego starcia. Drugi jest Debreczyn, z odpowiednio 7.000 średniej i najlepszym wynikiem około 20.000. Videoton natomiast notuje liczby na poziomie Wisły Płock. Średnio 3.000, rekord 5.200. Ale to właśnie o tym klubie Orban mówił, że ma w niedalekiej przyszłości należeć do 32 najlepszych w Europie. Znowu, nie można odmówić Orbanowi logiki: świątynia Puskasa i najdroższa akademia ma być umiejscowiona tam, gdzie mieszka premier, a koniem pociągowym ligi ma być ten, komu on kibicuje. Proste? Proste.

Zeszły rok brutalnie zweryfikował jednak węgierską piłkę. Wszystkie zespoły wywróciły się na pierwszej napotkanej przeszkodzie. Videoton przegrał w LE z czarnogórskim Mladostem Podgorica. Debreczyn okazał się gorszy od norweskiego Stromsgodet, Gyor poległ w LM z Maccabi. Z tej tendencji wyłamał się tylko Honved, ale dzięki kuriozalnym okolicznościom. Wygrał dwumecz z Celikiem Niksić 13:1, choć był to klub wyżej sklasyfikowany w lidze czarnogórskiej niż Mladost. Sprawa trafiła do prokuratury, poszło podejrzenie ustawienia gier. Zresztą, w przypadku Celiku, to praktycznie recydywa. Sam Honved w kolejnej rundzie łatwo poległ Vojdoviną 1:5. Żaden węgierski reprezentant nie przetrwał w pucharach nawet do września.

Komedia podczas innego pucharowego meczu z udziałem Celiku

Szczęście, że nie oglądałem drugiego meczu. Dowiedziałem o tym Waterloo przez SMS. Czułem się, jakby ktoś mi strzelił w płuca, i choć minął już tydzień, wciąż pluję krwią – tak barwnie opłakiwał Orban swój Videoton po klęsce z Mladostem. Niektórzy dziennikarze polityczni ostentacyjnie cieszyli się, że ulubiony klub premiera odpadł, bo tak ich irytuje polityka „piłka przede wszystkim” jaką uprawia się w kraju.

W tym roku ponownie żaden węgierski zespół nie zagra w fazie grupowej europejskich rozgrywek. Więcej, w Lidze Mistrzów nie ma ani jednego węgierskiego piłkarza. Eliminacje do Euro 2016 kadra zaczęła od domowej porażki z Irlandią Północną. Reprezentanci zdeklarowali się, że oddadzą pieniądze za bilety. Było aż tak słabo.

***

Nie można odmówić Orbanowi sukcesów jeśli chodzi o budowę stadionów. Prace trwają w 33 miejscach kraju. Tu i tam buduje się od nowa, gdzie indziej gruntownie remontuje. Ma powstać narodowy na 65 tysięcy, niektóre oddane do użytku to naprawdę piękne obiekty.

Image and video hosting by TinyPic

Mapa stadionowej rewolucji

Image and video hosting by TinyPic

Dawny obiekt Debreczyna…

Image and video hosting by TinyPic

I nowe cudeńko. Na czołówce macie stadion Ferenvcarosu

Krytycy jednak mówią, że to pakowanie gówna w złoty papierek. Frekwencja w lidze jest żenująca, co kolejkę zdarza się kilka meczów, które przyciągają po kilkuset widzów. Poza tym koszty są naprawdę wysokie, bo to prawdziwa rewolucja, a finansowana w dużej mierze za rządowe pieniądze, podczas gdy Węgry na pewno nie są krainą, gdzie forinty rosną na drzewach.

Dla wielu to najbardziej jaskrawy przykład tego, że premier stworzył swoiste „Orban.Inc”, imperium tyleż polityczne, co biznesowe, będące lukratywnym sojuszem polityki i korporacyjnych interesów. Naturalnym beneficjentem wielkiej odbudowy węgierskiej piłki są choćby firmy budowlane, i tak się szczęśliwie składa, że przetargi wygrywają firmy mające silne więzi z rządem. Jeden z przyjaciół Orbana, mieszkaniec Felcsut, dzięki umowom na budowy obiektów dołączył do grona najbogatszych ludzi w kraju.

Dlatego mówi się, że Węgry przemieniły się w Orbanistan, ze stolicą w Felcsut. To kraj, w którym Orban dzięki władzy nad prawem i konstytucją, umie sprawić, że lokalny biznes tańczy jak mu się zagra. Jeśli chcesz mieć spokój, prowadzić swoje interesy, to sprzyjasz Orbanowi, a on potrafi się odwdzięczyć.

Oczywiście premier zaprzągł swoją biznesową machinę także do realizacji piłkarskich marzeń. Łożąc na sport możesz liczyć na ulgi podatkowe. Nic dziwnego, że w futbol inwestują najwięksi – bank OTP, gigant paliwowy MOL, firma konstrukcyjna Kozgep, Coca Cola Hungary, Suzuki. To inwestycja przeliczalna na zyski, ale i na wpływy, bo zyskujesz tu przychylność władcy Orbanistanu.

***

Jednego nie można Orbanowi odmówić: to facet szczerze zakręcony na punkcie futbolu. Autentycznie chce, żeby węgierska piłka coś znaczyła. Niektóry eksperci podkreślają – jeśli masz w dupie politykę, a żyjesz kopaną, to Orban jest dla ciebie równym gościem. Prezes Honvedu, George Heminway powiedział tak: – bez Orbana węgierski futbol byłby martwy.

Image and video hosting by TinyPic

Problem w tym, że jedyny postęp, jaki aktualnie widać, to ten budowlany. Na zmianę jakości czysto piłkarskiej nie przekłada się on w żadnym stopniu. Dlatego trzeba postawić pytanie: czy zmiana futbolowego krajobrazu na Węgrzech jest w ogóle możliwa przy takim „wizjonerze”? W ostatnim z wywiadów, Orban za zły stan piłki węgierskiej winił prawo Bosmana. Kompletny odjazd, od A do Z.

Kasa pozwoliła na rozwój infrastruktury i sukcesy organizacyjny, dzięki czemu Budapeszt będzie jednym z gospodarzy Euro 2020, gościł też najlepszych juniorów w tym roku podczas mistrzostw europy U-19. Wymowne jednak: Węgry na pięknych arenach poległy z kretesem.

Czy dlatego, że do utworzenia zdrowego systemu nie wystarczy rzucić pieniędzmi, trzeba rozwagi, cierpliwości, opanowania? Orban to bez dwóch zdań cwany facet, odpowiednio śliski by świetnie radzić sobie w polityce. Ale czy może być przy okazji kompletnie pozbawiony cech, które są potrzebne by wyciągnąć węgierski futbol z bagna? Tak, to możliwe.

Leszek Milewski

Liczba komentarzy: 7
Subscribe
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments