Wyobraźcie sobie, że PZPN podpisuje cyrograf i na piętnaście lat oddaje polską piłkę zagranicznej firmie. W pakiecie wszystko – prawa telewizyjne, reklamowe, rozległe możliwości ingerowania w nasz futbol. W zamian wielka kasa i plan, którego wprowadzenie ma sprawić, że skórokopów znad Wisły będzie obawiać się każdy Jurgen, Enrique i Ronaldo.

Sto lat tradycji przegrało z cyrkiem. Skok na kasę w Indiach

Wyobraźcie sobie, że ta firma X nie potrafi jednak zarazić swoją wizją klubów. Legia, Wisła i Lech nie zamierzają godzić się na w praktyce dyktatorskie rządy, zbieranie ochłapów, bycie cudzymi marionetkami. Ale w X nikogo to nie zraża: powstają podmioty zastępcze, na przykład Smoki Kraków. Niedźwiedzie Poznań. Pszczoły Warszawa. W kukułkowych klubikach nowy właściciel naszej piłki lokuje zawodników o uznanych nazwiskach, często takich, jakie polski kibic widział widział tylko na plakacie z Bravo Sport.

Cały cyrk zostaje nazwany SuperEkstraklasą. W istocie jest wypadkową reality show, Tańca z Gwiazdami i meczu przyjaciół Litmanena z reprezentacją Warszawy.

Fajna wizja? Czy raczej nieszczególnie?

To bynajmniej nie fikcja, a rzeczywistość w Indiach. Jeśli zazdrościliście hinduskim kibicom, że będą oglądać Del Piero albo Trezegueta prosto z trybun – przestańcie. Jest druga strona medalu. I wszyscy ci, którzy identyfikują się z hasłem „against modern football”, przed końcem tego artykułu puszczą pawia.

***

Ale zaraz, jak to – zapytacie. Przecież Indie to piłkarska pustynia! Spalona ziemia! Bardzo dobrze, że ktoś próbuje zbudować tam coś fajnego! Pustynia mówicie? Cóż, każdy ze 131.000 widzów, którzy w 1997 oglądali z trybun Salt Lake Stadium derby Kalkuty pomiędzy Mohun Bagan i East Bengal, mógłby się nie zgodzić. Padł wtedy rekord Indii jeśli chodzi o frekwencję na wydarzeniu sportowym. Piłkarski mecz ligowy schował do kieszeni między innymi finał mistrzostw świata w hołubionym tam krykiecie.

To nie pustynia, to żyzny, tylko zapuszczony grunt. Rzadko przychodzi zgodzić się z Blatterem, ale trafnie nazwał Indie śpiącym gigantem, ogromnym (1.2 miliarda potencjalnych „konsumentów” piłkarskich) niezagospodarowanym rynkiem piłkarskim, także pod względem ekonomicznym. Poza tym futbol ma tam historię dłuższą, niż w wielu krajach europejskich. Jeśli chodzi o popularność przegrywa tylko z krykietem (choć często jest to miłość tylko do zagranicznych rozgrywek, szczególnie Premier League), ale i to wyłącznie w skali całego kraju, bo są takie rejony, gdzie piłka to sport numer jeden. Takim jest East Bengal, którego stolicą Kalkuta.

Stamtad pochodzi Mohun Bagan, założone jeszcze w XIX wieku. To oni są autorami jednego z największych zwycięstw w historii tutejszej piłki, meczu, który zyskał wymiar polityczny. IFA Shield to prestiżowy puchar, założony w 1893 przez Anglików. Jak łatwo się domyślić, to zespoły złożone z europejczyków notorycznie go wygrywały. Jakiż wymiar musiało mieć dla tutejszej społeczności, że po IFA Shield sięgnął zespół hinduski! A dokładnie tak stało się w 1911 roku. Wielkie zwycięstwo po pokonaniu w finale żołnierzy z New Yorkshire Regiment.

Image and video hosting by TinyPic

Pomnik drużyny Mohun Bagan z 1911

Przenosimy się w 1977, Mohun Bagan mierzy się z New York Cosmos. Tak, z tym wielkim ówczesnym Cosmosem, z samym Pele w składzie. Hindusi remisują 2:2, zbierają znakomite recenzje.

O meczu z 1997 już pisałem. I trzeba w jego kontekście podkreślić jedną, bardzo ważną rzecz: to nie była jednorazowa sytuacja, biletów nie rozdawano za darmo. Derby Kalkuty to zawsze wydarzenie, które przyciąga od 50.000 do 70.000 widzów.

Mohun Bagan to bodaj najpopularniejszy klub piłkarski w Indiach, z sympatiami kibicowskimi przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Mający, by tak rzec, umocowane społeczne w mieście, pełniący tu swoją rolę. Ale nie został uwzględniony w planach rozwoju hinduskiej piłki. IMG Reliance, firma, której federacja podała tutejszy futbol na talerzu (tak jak we wstępie, prawa do praktycznie wszystkiego, umowa na piętnaście lat), woli poświęcać czas i pieniądze Atletico Kalkuta. Mającej trzy miesiące marionetce, z wypożyczonym stadionem i kadrą.

East Bengal czy Mohammedan to inne z klubów, które są bardzo silne historycznie i kibicowsko. Ale ten przykład już przerobiliśmy, warto wspomnieć natomiast o dwóch innych: Pune FC i Bengaluru FC. Oba są bardzo młode, mają mniej niż dziesięć lat.

Pune powstało w 2007 roku i od początku mocno postawiło na szkolenie młodzieży, rozwój bazy treningowej, pracę u podstaw. Szybko zaczęło to przynosić efekty. Juniorzy wygrywali młodzieżowe rozgrywki, a klub stał jednym z najmocniejszych w kraju, choć w większości kadra składa się z wychowanków. Był też pierwszym, który spełniał wszystkie standardy federacji AFC. Dzięki temu grał w kwalifikacjach do azjatyckiej Ligi Mistrzów, choć był tylko wicemistrzem.

Image and video hosting by TinyPic

W Pune FC świetna praca z młodzieżą, w Pune City – dwa miesiące z Trezeguetem

Podobną drogą poszło Bengaluru FC, założone w 2013. Tam dodatkowo wprowadzono zachodnie wzorce kontaktów z kibicami. Ciągłe akcje skierowane do nich, duża aktywność w social media. Spotkania z fanami, profesjonalny sklep z gadżetami klubowymi. Udało się wywołać dzięki temu modę na kibicowanie, a w rezultacie w mieście, gdzie dawniej mecze piłkarskie rzadko przyciągały tysiąc osób, frekwencję utrzymuje się na poziomie 7.000.

Prawdą jest, że hinduska I-League jest słaba. Może nawet: przeraźliwie słaba. Ale pojawiały się w ostatnim czasie bardzo pozytywne trendy, które powoli ale konsekwentnie odmieniały jej oblicze. IMG Reliance zamiast jednak rozpędzić ten projekt, postanowiło włożyć dziesiątki milionów dolarów w dwumiesięczny cyrk, przy okazji tocząc zakulisową wojnę z tymi, którzy byli tutaj od wielu dekad.

Image and video hosting by TinyPic

Tak wygląda hinduski 130 tysięcznik

***

Chwila moment. Na pewno teraz zapytacie – skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Na mecz w Kalkucie przychodzą dziesiątki tysięcy kibiców, tu i tam wzorowo pracuje się z młodzieżą, to czemu Indii w ogóle nie ma na piłkarskiej mapie? Choćby i tylko azjatyckiej. Dlaczego tamtejsza reprezentacja ostatnio zebrała oklep 1:3 od czeskiego trzecioligowca, dlaczego każdy mistrz kraju jest odprawiany z kwitkiem w eliminacjach AFC Champions League już w pierwszej rundzie, jak u nas jakiś Luksemburg?

To dobre pytania. Bardzo dobre. I warto na nie odpowiedzieć.

Indie w swoim czasie były jedną z najmocniejszych azjatyckich drużyn, co właściwie nie powinno dziwić biorąc pod uwagę ich więzi z Wielką Brytanią. Problem w tym, że w pewnym momencie zatrzymali się w rozwoju. Cały świat stawał kolejne kroki, profesjonalizował się, a hindusi ciągle tkwili gdzieś w realiach przedwojennych.

Na olimpiadzie w 1948 grali boso. I dobrze im szło! Z Francją przegrali raptem 1:2. Dwa lata później dostali zaproszenie na mistrzostwa świata. Do dziś pokutuje mit, jakoby odmówili uczestnictwa ze względu na nakaz FIFA, by wszyscy grali w butach. Tak naprawdę historia jest bardziej prozaiczna – mistrzostwa świata były wtedy imprezą na dorobku, w Indiach znacznie bardziej ceniono olimpiadę. Turniej w Brazylii zlekceważono. Jednak gdy lata panowania amatorskiej piłki na świecie się kończyły, skończył się także złoty czas hinduskich piłkarzy.

Image and video hosting by TinyPic

Znamienny fakt: pierwszy zawodowy klub (Kochin FC) powstał tutaj dopiero w 1997. Świat gotował się do Coupe de Monde we Francji, rozkwitała Liga Mistrzów, a tam dopiero oswajano się ze zjawiskiem zawód – piłkarz. Zresztą, klub ten błyskawicznie splajtował przez złe zarządzanie. Mało krzepiące początki.

Indie padły też ofiarą własnej tradycji. Największym prestiżem cieszyły się różne puchary, zakładane jeszcze przez Brytyjczyków: Durand Cup, IFA Shield, Santosh Trophy. Potem doszło do tego jeszcze Federation Cup z lat 70tych. Taki organizacyjny chaos nie sprzyjał rozwojowi. Liga ogólnokrajowa? Przy tak wielkim państwie i ogromnych odległościach? Bardzo wymagający projekt, skoro mowa o amatorskich klubach. Dlatego pierwsze pół-zawodowe rozgrywki ligowe ustanowiono dopiero w 1996.

Hindusi stracili kilka dekad drepcząc w miejscu. Ale ostatnio, drgnęło. O klubach, które zaczynają odnajdywać się w nowej rzeczywistości, już pisałem. Ale przed trzema laty i reprezentacja odniosła sukces, awansując do najbardziej prestiżowej imprezy kontynentu, finałów mistrzostw Azji.

Jasne, dostała tam oklep od każdego. Jasne, straciła najwięcej bramek ze wszystkich uczestników. Jasne, gwiazdą w Indiach uznano bramkarza Subrata Pala, za heroiczne wyczyny między słupkami, choć dał się pokonać kilkanaście razy. Ale to też pokazuje, że publika żyła tymi meczami. Mimo, że hindusi dostawali po głowie od każdego.

Sunil Chetri to też sportowiec, którego w Indiach kojarzy większość. Choć piłkarsko to odpad. Wsławił się poza krajem grą w sparingu LA Galaxy – Man Utd. Amerykanie testowali go, ale ostatecznie nie zagrał w MLS nawet minuty. Potem jeszcze rezerwy Sportingu, gdzie także sprawdzał wygodę ławek, i już powrót.

A mówimy o gwieździe krajowej. Umówmy się, taki Piech w Indiach byłby piłkarskim Bogiem. Wigry Suwałki rok w rok mistrzem. Tym bardziej należy docenić, że przy tak dramatycznym poziomie umiejętności graczy, tu i tam zjawiają się na trybunach konkretne liczby fanów.

***

Celem IMG Reliance ma być awans drużyny narodowej na mistrzostwa świata w 2026. Tylko jak to osiągnąć, skoro cała kasa idzie w festyn, na którym rolę baby z brodą i połykacza mieczy odgrywają piłkarscy emeryci? Jak lokalne kluby mają być konkurencyjne w pucharach kontynentalnych, skoro w wyniku powstania Indian Super League, oficjalne rozgrywki mają półroczną przerwę? Przycina się skrzydła I-League, gdy właśnie nabierała rozpędu.

Idźmy dalej: w 1987 założono TATA Football Academy, szkółkę, która od tego czasu wypuściła aż 120 kadrowiczów różnych kategorii juniorskich. Dyscyplina, profesjonalne podejście, porządne szkolenie – to unikat w tamtejszych warunkach. Ale da się? Da się. Ile takich akademii można by założyć za kontrakt Trezegueta?

Powiecie – ale hindusi pograją z poważnymi zawodnikami, to może być kształcące. Cóż, jest to jakaś teoria. Ale przykład Japonii każe wątpić. To nie obecność słono opłacanych obcokrajowców pozwoliła zmienić piłkarską kulturę u samurajów, a system szkolenia. Zwróćmy też uwagę: jeśliby zebrać najlepszych zagranicznych piłkarzy z J-League, i przeciwstawić ich tym z Chin czy Arabii Saudyjskiej, to zostaliby zmieceni z powierzchni ziemi. A gdzie są reprezentacje tychże krajów?

Piet Hubers, obecnie trener w Indiach, a dawniej napastnik NEC Nijmegen, też zwraca uwagę, że infrastruktura jest największym problemem: – Dzieciaki w Holandii bez względu na to gdzie mieszkają, mają maksymalnie dziesięć minut rowerem na najbliższe boisko. To szerzy kulturę uprawiania piłki. Trzeba zmierzać w tym kierunku w Indiach, boisk dla najmłodszych powinno być jak najwięcej. Futbol musi być bardziej dostępny.

I znowu wypada zadać pytanie: ile boisk dla najmłodszych można by zbudować za kontrakt Del Piero? Co byłoby większą inwestycją w przyszłość?

***

Szefem AIFF, hinduskiej federacji, jest Praful Patel. W swoim czasie zasłynął między innymi zrujnowaniem Air India. To on sprzedał IMG Reliance piłkarskie Indie.

Image and video hosting by TinyPic

Nie trzeba było czekać długo, aż kluby zaczęły się buntować. Trudno im się dziwić – nawet w samej I-League, którą tworzą, nie mają absolutnie żadnej władzy. Nie wchodzą do zarządu, nie mają tam głosu.

Kluby założyły swój własny związek, zbojkotowały AIFF. Póki co jednak są pod ścianą. Koalicja IMG Reliance, Star India (tamtejszy koncert TV, który już zaklepał prawa do transmitowania ISL) i AIFF jest zbyt potężna. Generalny sekretarz Mohun Bagan, Anjan Mitra, wskazuje na jawne podcinanie gałęzi klubom nie należącym do Indian Super League: – Mówią, że pracują na korzyść rozwoju piłki w kraju. Że to wszystko ma też pomóc I-League. W takim razie czemu w ISL można zatrudniać ośmiu zagranicznych graczy, a u nas tylko czterech? To dyskryminacja. Ograniczanie naszych możliwości.

Warto też w tym kontekście zacytować głos z wewnątrz, artykuł Bhargaba Sarmaha z Huffington Post: „Inwestorów zainteresowanych I-League odstrasza fakt, że pieniądze generowane przez nią idą prosto do kieszeni IMG Reliance. Kluby nie są obecne przy podziale lwiej części zysków, nie mają też głosu przy decyzjach związanych z ligą.

Skoro jednak już istnieje taki system, to IMG-R opłacałoby się wspomóc te drużyny, zainwestować w ligę, rozwinąć kluby. Tak jednak nie jest i tym bardziej zaskakujące, że IMG-R klubom Indian Super League zaoferowała znacznie atrakcyjniejsze warunki, także przy podziale dochodów. I-League nie może liczyć na podobne traktowanie.

IMG-R zaprasza do łóżka korporacje, podczas gdy uznane dla naszej piłki marki muszą spać na podłodze. Wygląda to tak, jakby w interesie IMG-R było zatrzymanie rozwoju I-League, uczynienie klubów w niej uczestniczących słabymi jak nigdy.

(…) Próba zainteresowania ludzi futbolem to jedno, ale sabotaż całej ligowej struktury to drugie. Szczególnie w momencie, gdy I-League zaczynała stawiać duże kroki do przodu.”

Image and video hosting by TinyPic

Materazzi. Przyszły grający trener jednego z klubów ISL

***

Nie można mienić się zbawcą hinduskiej piłki, a przy tym pomijać podmioty piłkarskie o dużym znaczeniu społecznym. Marginalizować kluby, które stanowią o historii tutejszego futbolu. Dlatego trudno nie być cynicznym i nie zakładać, że jakakolwiek przyszłość kopanej w Indiach nie ma znaczenia dla IMG-R i IAFF, to wszystko czysty skok na kasę. Wykorzystanie sprzyjających okoliczności, a przy okazji eliminacja konkurencji – Mohun Bagan, East Bengal, które nie byłyby nigdy marionetkami IMG-R. Są na to za silne.

Pomyślcie sami. Drugi najludniejszy kraj świata. Ponad miliard ludzi. Ogromna publika. Przyjaźnie nastawiona do piłki.

Nakłady? Przebrzmiałe gwiazdy pozyskane na dwa miesiące. Jaki to koszt?

Do tego marketing, by skusić lokalnych celebrytów i korporacje na wzięcie udziału w projekcie robienia kasy na – pozwólcie mi zaryzykować powiedzenie – demografii.

Brzmi jak kawał potencjalnie bardzo dobrego interesu. Taki przeterminowany produkt, pełen parodystów i emerytów, a który i tak przyciągnie tłumy przed telewizory, choćby ze względu na to jak ludnym krajem są Indie. Bez problemów wszyscy inwestorzy powinni wyjąć z tego projektu znacznie więcej, niż w niego włożą.

A że po trupach? Cóż. Kto by tam czekał ileś lat, aż dojrzeją talenty w szkółkach. Ani grosza nie wyjęliby też w przyszłym roku z boisk budowanych dla najmłodszych. Kto by tam bawił się we wprowadzenie systemu rodem z Japonii, a który się sprawdził. Kto by pomagał klubom, które mają kibiców, historię i pozycję, a więc nie da się ich kontrolować. To wszystko się nie kalkuluje w przyszłorocznym budżecie. – Chcą zabić śpiącego giganta przed obudzeniem go – słowa Valanka Alemao, właściciela Churchill Brothers, niedawnego mistrza Indii, bardzo wymowne.

***

Na jaki mecz wolelibyście iść? Trzystadziewiąte derby Kalkuty, sięgającą XIX wieku rywalizację Mohun Bagan – East Bengal, czy na Mombai FC i czterdziestoletniego Del Piero?

Odpowiadajcie sobie jak chcecie, ale pamiętajcie – to nawet nie jest sednem sprawy. Tamtejsza federacja sprzedała rodzimy futbol firmie, która wybrała przynoszący natychmiastowe zyski cyrk kukułkowych klubów, lejąc przy tym gęstą strugą po fundamentach piłki w Indiach, czyli zasłużonych piłkarskich instytucji. Choć oba podmioty mają środki i możliwości, by skutecznie wydobyć rodzimy futbol z bagna. Może nie na jutro, ale na za dziesięć lat – już tak. Z korzyścią dla wszystkich.

Aha, wspominałem, że koszykówkę też już zaklepali? Na 30 lat. IMG Reliance to najwyraźniej hurtownicy.

Leszek Milewski

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments