Amerykanie dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to mały procent, który wie, rozumie i interesuje się piłką na bieżąco. Tacy ludzie cieszą się z sukcesu, choć mają świadomość, że można było z tego turnieju wyciągnąć odrobinę więcej. Natomiast reszta to okazjonalni kibice, którzy ten wynik biorą w ciemno. Nieważne, że były różne mankamenty, że w fazie grupowej pod względem posiadania piłki gorszą drużyną od Amerykanów był wyłącznie Iran. Klinsmann przed mundialem uświadamiał społeczeństwo, jakim to pięknym diamentem będzie grał w środku pola, a tu okazało się, że ten środek był akurat jednym z głównych niewypałów – mówi Chris Reiko, polski dziennikarz sportowy, który od 1995 roku mieszka w San Francisco i stamtąd relacjonuje najważniejsze piłkarskie wydarzenia. Porozmawialiśmy z nim o tym, jaki był ten mundial dla Amerykanów. Dla tych, którzy walczyli na boisku, i tych, którzy śledzili go (lub nie) przed telewizorami.

Chris Reiko. Jak wyglądał mundialowy boom w Ameryce


Obalmy na początek kilka mitów. Albo dokładnie na odwrót – potwierdźmy to, o czym trąbią media, twierdząc, że Ameryka w czasie mundialu zwariowała na punkcie soccera. Prawda czy fałsz?

– Trudno powiedzieć, jak to będzie teraz, ale przynajmniej do meczu 1/8 z Belgią poruszenie było duże. Wiele mediów, które na co dzień piłką się nie zajmują, a wręcz jej unikają, chętnie o niej pisały. To jest też siła telewizji, bo ESPN, mający ekskluzywne prawa do pokazywania mistrzostw w Stanach, jest punktem odniesienia dla wszystkich innych mediów i kibiców, którzy na co dzień oglądają w nim np. baseball. Mamy teraz w USA taki martwy okres, nie gra żadna liga w tych najważniejszych dyscyplinach, także każdy kibic, który włączył telewizor, musiał dostrzec ten szum wokół mistrzostw. ESPN udostępnił nawet aplikację, w której za darmo można było oglądać mundial na iPhonie czy iPadzie.

Mecz z Portugalią przyniósł ponoć rekord oglądalności na poziomie 25 milionów widzów.

– Duże osiągnięcie. Zwłaszcza przy tym czasie rozgrywania spotkań, bo musimy pamiętać, że Stany to też cztery różne strefy czasu. W Kalifornii mecze były o dziewiątej rano i w południe. Oglądalność tych późniejszych była większa, ludzie wydłużali sobie lunch w pracy. Nawet niektóre bary i restauracje, które zwykle o tych porach są zamknięte, teraz przy okazji meczów były otwierane.

Na dodatek mecz z Portugalią był w niedzielę… 

– To też miało wpływ. Weekend, rano – wtedy automatycznie wszystkie TV ratings idą w górę.

Zacząłem od tego wątku, bo przecież w Polsce ciągle funkcjonuje obraz Amerykanina, który zapytany o piłkę nie ma pojęcia o tym, co się dzieje. To krzywdzący obraz?

– Trzeba sobie powiedzieć jasno, że mistrzostwa świata to jest taki okres, w którym zainteresowanie piłką w Stanach bardzo wzrasta. Jak wspomniałem, mocno wpływa na to kalendarz rozgrywek, bo nie grają ani NBA, ani NHL, czyli tak naprawdę mamy teraz sportowe wakacje. Mundial idealnie wstrzelił się w tę medialną lukę. Generalnie, zainteresowanie piłką nożną wzrasta. Kilka klubów MLS pod względem średniej liczby widzów przebiło już kluby baseballowe. Nie mówiąc o klubach NBA, które mają małe hale. Kilka z nich pod względem frekwencji też jest już za MLS-em, także postęp widać. Największym problemem w Ameryce jest brak rozwiniętego systemu szkolenia, jaki funkcjonuje w innych dyscyplinach – na przykład w NFL, w koszykówce czy baseballu. Młodzi ludzie idą do college, grają w drużynach uniwersyteckich, po czym przechodzą na zawodowstwo. I o ile tam sprawdza się to całkiem nieźle, o tyle w piłce nożnej to nie działa, bo nie dość, że rozgrywki uniwersyteckie trwają bardzo krótko, to taki piłkarz kończący college ma 23-24 lata. Messi w takim wieku miał już trzy wygrane Ligi Mistrzów.

Robi się coś, żeby ten problem rozwiązać?

– Postronny obserwator tego nie zobaczy. Wiele osób w Stanach gra w piłkę dla zabawy. W szkołach podstawowych prawie każdy dzieciak przygodę ze sportem zaczyna od soccera. Amerykanie nie chcą o tym pamiętać, ale – za wyjątkiem Clinta Dempseya – piłka w USA od lat była na plecach Landona Donovana. Klinsmann nie zabierając na mundial zrobił mu straszną krzywdę i to jest opinia wielu milionów Amerykanów. Tylko dlaczego Landon był inny? Dlaczego był lepszy? Dlatego, że w wieku 17 lat wyjechał do Bayeru Leverkusen, liznął zawodowej piłki, grał z najlepszymi w swoim wieku, którzy w tamtych czasach byli o kilka klas lepsi od Amerykanów. Jego pobyt w tak młodym wieku w wielkim klubie był źródłem sukcesu, o czym w Stanach nie chcą teraz pamiętać.

Co warto dodać, ten dopływ świeżej krwi, talentów w końcu był tak mały, że Amerykanie zaczęli posiłkować się zawodnikami amerykańskiego pochodzenia. Do tego stopnia, że powstała naprawdę silna grupa niemiecka, w sumie sześciu zawodników. Choć nie wszyscy to zasługa Klinsmanna, bo taki Jermaine Jones w kadrze debiutował akurat w meczu z Polską jeszcze za Bradleya. Był pierwszym amerykańskim piłkarzem, który na konferencji prasowej potrzebował tłumacza, bo nie mówił po angielsku.

U nas to już prawie normalka, nikogo nie szokuje.

– No tak, ale w Stanach jeszcze nikt tego nie przechodził. Zaczęło się właśnie od Jonesa, któremu tłumacz po meczu z Polską w Chicago musiał przekładać wywiad na angielski.

Ale wracając do poprzedniego wątku: czy odpalenie Donovana zaszkodziło tej drużynie?

– Oczywiście. Rozmawiałem z kilkoma trenerami i wszyscy są zgodni, że nawet w ostatnim meczu z Belgią Donovan byłby idealny. Na przykład za Grahama Zusi, który oprócz stałych fragmentów gry był bezużyteczny. Landon może już nieco stracił, jest wolniejszy, ale to jego doświadczenie, podejmowanie szybkich decyzji w ekstremalnie trudnych sytuacjach na boisku… Pod tym względem ciągle jest jednym z najlepszych piłkarzy w Ameryce. Tylko, ze Landon jest przy tym brutalnie szczery. Klinsmannowi nie spodobało się, kiedy powiedział mu otwarcie, że ma 32 lata i nie da rady biegać na treningach jak dwudziestolatek. Ale na te 20-25 minut w każdym meczu było go stać, na wysokim poziomie.

A inne personalne wybory Klinsmanna? Budziły emocje?

– Julian Green golem przeciwko Belgii zamknął usta wielu krytykom, włącznie ze mną. Chociaż gdyby się dokładniej przyjrzeć, to można by odnieść wrażenie, że nawet nie uderzył czysto w piłkę. Generalnie, to była największa kontrowersja w powołaniach. Green ma 19 lat, gra w rezerwach Bayernu, w trzeciej czy czwartej lidze i dla ekspertów w Stanach to był w wybór na pograniczu skandalu. Pojawiały się komentarze, że być może również przez to Landon został odsunięty – bo nie ukrywał, że jako liderowi odpowiedzialnemu za drużynę, powołanie Juliana Greena nie za bardzo odpowiada.

Szukano jakiegoś drugiego dna w tej decyzji Klinsmanna?

– Powołanie Greena zaprzecza jakimkolwiek zasadom logiki. Na miłość boską, nie gra w Bayernie, nie zostaje wypożyczony choćby do 2. Bundesligi. Chyba nie dlatego, że jest taki dobry, tylko najprawdopodobniej dlatego, że nikt go nie chciał. I nagle Klinsmann odkrywa wielki talent…

Całościowo jednak Amerykanie muszą chyba myśleć o mundialu pozytywnie.

– Gdyby przed turniejem ktoś powiedział, że wyjdą z grupy i dociągną Belgię do dogrywki, zostałby pewnie uznany za szaleńca. A tu okazało się, że nie taki diabeł straszny. Co prawda ludzie, którzy na co dzień siedzą w piłce, będą potrafili na to spojrzeć bardziej krytycznie. Amerykanie, ogólnie, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to mały procent, który wie, rozumie i piłką interesuje się na bieżąco. Tacy ludzie cieszą się z sukcesu, choć mają świadomość, że można było z tego turnieju wyciągnąć odrobinę więcej. Natomiast reszta to tacy okazjonalni kibice, którzy ten wynik biorą w ciemno. Nieważne, że były różne mankamenty, że w fazie grupowej pod względem posiadania piłki gorszą drużyną od Amerykanów był tylko Iran. Klinsmann przed mundialem uświadamiał społeczeństwo, jakim to pięknym diamentem będzie grał w środku pola, a tu okazało się, że ten środek był akurat jednym z głównych niewypałów.

Słusznie wyczuwam lekką niechęć do selekcjonera?

– Nie, bardzo go cenię i szanuję. Poza tym nie krytykuję mistrzów świata czy mistrzów Europy. Aż do sprawy Donovana miał wszystkie moje głosy. Nie będę jednak patrzył na jego pracę całkiem bezkrytycznie, bo takich zaślepionych „klaskaczy” to on ma całe mnóstwo. Patrzę mu na ręce, bo zarabia dużo więcej niż jego poprzednicy, a tak naprawdę zrobił dokładnie tyle samo, co oni. Bob Bradley też odpadł w 1/16 z Ghaną, też w dogrywce. Dobrze, że tym razem chociaż Tim Howard miał dzień konia, bo w innym razie po pierwszej połowie byłoby 3:0 i nikt nie mógłby mieć pretensji.

Howard vs Belgia. Chwilami mecz jednego aktora.

– Oczywiście, chociaż zapominamy, że Chris Wondolowski mógł w tym meczu zostać bohaterem narodowym – i to na dekady. Gdyby wyszedł mu ten strzał z 92. minuty, Belgia byłaby w drodze do domu.

Ależ byłoby u nas poruszenie, ile przypominania, że to prawie Polak…

– Powiedzmy, że tak w 1/4, po dziadkach, którzy byli Polakami. Pamiętam jak mniej więcej cztery lata temu proponowałem go kilku polskim klubom, kiedy w MLS zarabiał jeszcze 42 tysiące dolarów rocznie. Większość się nie zainteresowało…

42 tysiące rocznie – to w granicach minimalnej pensji w MLS.
– Tak, to było w 2010 roku. Widziałem, co jest grane, czułem, że ten chłopak będzie strzelał gole. Choć trzeba sobie powiedzieć dość otwarcie, że Wondolowski to ewidentna ofiara niedouczenia amerykańskich trenerów. Gdyby jamajski napastnik Ryan Johnson nie doznał kontuji i trener nie miał wyjścia, to „Wondo” pewnie do dziś siedziałby na ławce rezerwowych albo byłby wyrzucony z klubu. On był wtedy zwykłym zapchajdziurą. Jak brakowało osiemnastego na ławce, to go brali. Widać było, że to strzelecki talent, ale trenerzy z wielkim ego upierali się przy swoich faworytach.

Wracając do tematu mundialu, faktem jest, że około połowa wyjściowej jedenastki u Klinsmanna to zawodnicy nie z europejskich klubów, ale właśnie z MLS-u.

– Statystycznie – zgoda. Chociaż Bradley dopiero w tym roku wrócił do MLS na gwiazdorskim kontrakcie – 6,5 miliona dolarów – do Toronto. Za równie wysoką gażę z Anglii przyszedł Dempsey i tak naprawdę to ta dwójka może być teraz wizytówką ligi. Ewentualnie Matt Bessler z Kansas City -to też jest będzie duży talent i na pewno zagra jeszcze w poważnym europejskim klubie. Reszta to tło.

A Omar Gonzalez, najlepiej opłacany obrońca MLS z kontraktem na poziomie 1,2 miliona dolarów?

– Gonzalez może i jest najlepiej opłacany, ale jak się mu bliżej przyjrzeć to jest to środkowy obrońca, który często się bardzo gubi. Z Portugalią po jego wejściu straciliśmy drugą bramkę. Przed sezonem pojechał do Hannoveru i w jednym ze sparingów skręcił kolano. Przyjechał z powrotem, ma w kontrakcie milion dolarów, ale jakoś inne europejskie kluby się o niego nie zabijają.

MLS właśnie wznowił rozgrywki, w trakcie mistrzostw. Czy to nie jest trochę niepoważne?

– Mieliśmy tylko dwutygodniową przerwę na czas fazy grupowej. Będzie brakować Kostarykanów i Julio Cesara, pierwszego bramkarza Brazylii, z którego śmieją się, że jego kontrakt w Toronto jest tak niski (około 200 tys. dolarów rocznie – od red.), że nawet jego kierowca zarabia więcej. Amerykanie pewnie też z marszu nie wrócą na ligę, ale tu i tak tak jest pewien progres, bo kiedy kadra USA na mistrzostwach w Korei i Japonii wchodziła do ćwierćfinału, przerwy w rozgrywkach nie było wcale.

Z perspektywy osoby na co dzień zajmującej się soccerem, da się odczuć, że koniunktura na tę dyscyplinę jest w Stanach coraz lepsza, że w przyszłości musi być tylko lepiej?

– Zdecydowanie i mundial to potwierdził. Nawet ten fakt, jak jest relacjonowany w telewizji. Nieprawdopodobny postęp – z wielką pompą. W roli ekspertów Ruud van Nistelrooy, Gilberto Silva, Santiago Solari, Roberto Martinez – trener Evertonu. Piłkarsko powoli, powoli, ale też jest coraz lepiej. Tak naprawdę, jedynym turniejem mistrzowskim, który w ostatnim czasie nie wyszedł Ameryce, był ten w 2006 roku w Niemczech. W trzech pozostałych od 2002 roku albo docierali do 1/8, albo do ćwierćfinału. I w tym roku się to powtórzyło. Na dojście wyżej za bardzo nie było widać wiary…

W Klinsmannie też nie?

– On nie wierzył aż do tego stopnia, że gdy dowiedział się, że w grupie zagra z Ghaną i Portugalią, to przedłużył kontrakt już sześć dni po losowaniu. Gdyby czuł, że wyjdzie z grupy, na pewno by poczekał i po mistrzostwach renegocjował na innych warunkach. Ogólnie, muszę powiedzieć, że jestem zaszokowany postawą zespołów ze strefy CONCACAF. Meksyk w eliminacjach grał taki piach, że gdyby Graham Zusi nie strzelił na 2:2 w Panamie, to Meksykanie by odpadli. Zmieniali trenerów, momentami wyglądali katastrofalnie, a tu na mundialu – świetni. To samo Kostaryka. Fruwali, biegali, byli wszędzie. Nie dziwię się, że ich zabierali na kontrolę antydopingową. Wreszcie za trenera mają gościa, który może nie jest wielkim guru, ale z dwóch i pół piłkarza zrobił zespół. Klinsmann wynikami koniec końców też się broni. Może spać spokojnie. Byle w kolejnych latach osiągnął jakiś progres.

Rozmawiał PAWEŁ MUZYKA