Kapitan Torino jest pierwszym polskim piłkarzem od czasów Zbigniewa Bońka, który zaczyna rozpalać masowo wyobraźnię kibiców na Półwyspie Apenińskim. Oczywiście był jeszcze po drodze Marek Koźmiński, ale były obrońca m. in. Udinese był piłkarzem zwyczajnie solidnym. Glik poziom ten już dawno osiągnął – teraz mozolnie wspina się na następny szczebel, marząc o statusie gwiazdy sławnej w całej Italii. W „swojej” połowie Turynu już dawno nią jest, ba, powoli staje się lokalnym bohaterem. Dawno już nie mieliśmy tylu polskich emocji w Serie A. Rośnie nam nowy „Bello di Notte”, chociaż piękność to nieco inna niż ta, jaką reprezentował „Zibi”.
Boniek piłkarz – temat na serial artykułów, książkę, a może i trzy. Była gwiazda Juventusu i Romy była kimś unikalnym na skalę światową. Piekielnie utalentowany, zdolny, ale i krnąbrny, by nie rzec bezczelny. „Zibi” rozpychał się tymi swoimi kościstymi łokciami jak Włochy długie i szerokie, doczekując się statusu postaci kultowej. Kojarzy się go przede wszystkim ze „Starą Damą”, ale to jednak Roma okazała się prawdziwym domem dla byłego reprezentanta Polski. Południowy styl bycia pasował jak ulał do światopoglądu Bońka – swoiste połączenie wybuchowej natury, ale i wrodzonego luzu oraz pewności siebie. Jeden z piłkarskich działaczy lat 80-tych wspominał, że był tak zauroczony inteligencją oraz szerokością horyzontów Bońka, że pragnął go w klubie w jakiejkolwiek funkcji – jeśli by ten nie chciał grać, mógłby zostać prezesem lub dyrektorem sportowym. To tylko pokazuje skalę, w jakiej „Zibi” oczarował własną osobą Włochy i cały piłkarski świat.
Wizytówką Bońka był jego pseudonim – „Bello di Notte”, czyli „Piękny Nocą”. Skąd taka, a nie inna ksywka? Była gwiazda Juventusu błyszczała przede wszystkim w meczach o europejskie puchary, rozgrywanych późnym wieczorem, w przeciwieństwie do spotkań Serie A, które nierzadko odbywają się nawet w południe. W europejskich pucharach nie gra na razie Kamil Glik, ale śmiało możemy obwołać go pretendentem do korony polskiego ulubieńca we Włoszech. Pozycja Glika rośnie z dnia na dzień, co potwierdza jego nie tylko świetna forma czysto sportowa, ale i szacunek, jakim otaczany jest Polak. Rzadko zdarza się bowiem, aby „straniero” został kapitanem włoskiej drużyny, a takiego zaszczytu dostąpił właśnie Kamil.
Glik doczekał się nawet własnej wymownej ksywki – ” Polska Ściana”. Czy może być przyjemniejsze określenie dla stopera, ostoi defensywy? Pytanie retoryczne. Na Twitterze pojawiają się także coraz to nowsze określenia, wszystkie w tym samym tonie: „Grande Capitano”, „mur nie do przejścia”, „prawdziwy wojownik”, „nowy Puyol”. Polak to nieco mniej atrakcyjna wersja „Bello di Notte” – być może nie tak gwiazdorska jak Boniek, skupiona nie na ofensywie, ale z dużymi szansami na zostanie kimś w świecie włoskiego calcio. Torino zajmuje wysokie, szóste miejsce w Serie A, z szansami na puchary. Ktoś powie, że póki co to zbyt duża para butów dla Turyńczyków, ale dlaczego nie mierzyć wyżej? Zespół dzięki Glikowi gra bardzo skutecznie w tyłach, a w ofensywie błyszczą niesamowici Ciro Immobile i Alessandro Cerci. Pierwszy to napastnik pełną gębą, a drugi to prawoskrzydłowy, dryblujący z fantazją godną wielkich poprzedników w Serie A.
Wliczając wczorajszy mecz na San Siro (1:1 z Milanem), Torino straciło 27 goli, co jak na skład personalny oraz przedsezonowe przewidywania jest wynikiem imponującym. Czy w takim razie tak wysoka pozycja w tabeli ( 6 miejsce) byłaby możliwa bez naszej „Polskiej Ściany”? Skądże. Polak robi prawdziwą furorę, zaczyna być eksponowany w mediach. Jeśli znajdujesz się na okładce prestiżowego „Tuttosport” obok Rafy Beniteza i Paula Pogby, to – cytując klasyka – „wiedz, że coś się dzieje”. Kamil znakomicie odnajduje się w doborowym towarzystwie, a Włosi nie są ślepi. W końcu oprócz Glika mamy w Serie A zaledwie dwóch zagranicznych kapitanów, a pozostała dwójka to legendarny Javier Zanetti z Interu, a także Mariano Izco z Catanii. Smaczku sprawie dodaje fakt, że Polak jest dodatkowo najmłodszym kapitanem w całej lidze włoskiej.
Glik przeszedł ciekawą drogę na szczyty. Zaczynał w rezerwach samego Realu (Real Madryt C), by następnie wrócić do Polski do Piasta i znów wyjechać, tym razem już do Italii. Początki to batalia o miejsce w Palermo, następnie wypożyczenie do Bari, a w lipcu 2011 roku krok milowy dla Kamila – zamiana słonecznej Sycylii na przemysłowy Turyn. Wiadomo nie od dziś, że futbol w tej części Włoch kojarzy się niezmiennie z Juventusem, ale „Byk” z Torino powoli znów wraca na szczyty, sięgając swojej niezwykle bogatej tradycji sukcesów. W latach 1943-1949 „Wielkie Torino” zdobyło aż pięć tytułów mistrza kraju, a niemal cała drużyna grała w ówczesnej reprezentacji Włoch. Piękny sen zakończył się jednak 4 maja 1949 roku. Piłkarze Torino wracali samolotem z towarzyskiej potyczki przeciwko Benfice, ale ich samolot rozbił się na wzgórzach Turynu. Wszyscy pasażerowie zginęli, jedna z najlepszych włoskich drużyn klubowych w historii nagle przestała istnieć. Klub podniósł się po tym ciosie dopiero w 1976 roku, odzyskując Scudetto.
Kolejna fala sukcesów zdaje się zbliżać małymi kroczkami do tej „gorszej” części Turynu, ale „Byk” odważnie idzie po swoje. W ostatnich czterech meczach Torino zdobyło osiem punktów, tracąc ledwie jedną bramkę, a Glik gryzł trawę, biegał za dwóch, poświęcał się za trzech. Portal WhoScored.com uznał go w tym okresie dwa razy piłkarzem meczu, wliczając wczorajszą hitową potyczkę na San Siro. Nie kłamią także statystyki – Kamil ma znakomity procent podań, odbiera dużo piłek, blokuje strzały. Nie jest wirtuozem ataku, nie błyszczy w stylu Bońka, ale i tak wyrasta na nowego „Bello di Notte”. Catenaccio Glika podbija Europę, a cena piłkarza stale rośnie. A może rośnie nam nowy kapitan reprezentacji Polski?
Panie Nawałka, wie pan, co robić.
KUBA MACHOWINA