Przychodzi nam do głowy tylko jeden człowiek związany z polską piłką, który w ostatnim czasie równie precyzyjnie, co Stan Levy wyrażałby swoje zawodowe myśli – Łukasz Broź, kiedy grał jeszcze w Widzewie, średnio 58 razy w rundzie deklarował, że chętnie by już z Łodzi odszedł. Nasz czeski ulubieniec wprawdzie nigdzie odchodzić nie zamierza, za to z równie dużą, pieczołowicie pilnowaną regularnością przypomina kibicom i działaczom, że on, trener Śląska – uwaga, bo pewnie jeszcze nie słyszeliście – potrzebuje wzmocnień. Wygląda na to, że nie potrzebuje, żeby jego drużyna w obecnym składzie zanotowała postęp, żeby zaczęła wreszcie grać na miarę możliwości albo żeby Mila, Patejuk i reszta wznieśli się na nieco wyższy poziom niż jesienią. Nie, Stanislav Levy, jeśli ma grać o ósemkę, POTRZEBUJE WZMOCNIEŁƒ. Jeśli ich nie dostanie, to niech wszyscy we Wrocławiu o ósemce zapomną, bo kim on ma o nią walczyć?
Oczywiście, jak to każdy trener, coś tam mówi o naprawianiu błędów i szlifowaniu formy, ale najbardziej to mu jednak brakuje nowych, klasowych zawodników. Najlepiej jeszcze dwóch albo trzech. Szybkich, agresywnych, zwrotnych. O, wtedy to miałby wreszcie komfort pracy. Wtedy można by już od niego wymagać rezultatów – puszcza oko sympatyczny szkoleniowiec, co – nie ukrywamy – od dawna nas lekko zaskakuje.
Śląsk w ostatnich latach, przez większość czasu grając praktycznie bez jakiegokolwiek sensownego napastnika, potrafił trzy razy stanąć na podium Ekstraklasy, by wreszcie kiedy już napastnika z prawdziwego zdarzenia ściągnął, wygrywa średnio raz na cztery mecze. Dokładnie wygrał 5 z 21 spotkań, co plasuje go na 13. miejscu w lidze. Levy niezmiennie cieszy się w Polsce szacunkiem, ludzie przytakują, że faktycznie, skoro mówi, że potrzeba wzmocnień, znaczy, że potrzeba, przecież wie co mówi. Ale fakty są dla niego nieubłagane, a wyniki, które notował jesienią w Śląsku – wprost katastrofalne.
Po przejęciu Śląska, od 3 września 2012 do końca sezonu 2012/2013, Levy zdołał uciułać 41 punktów w 27 meczach i załapać się na podium. W międzyczasie stracił dwóch zawodników – bardzo ważnego Sobotę i ważnego przynajmniej w końcowym okresie Ćwielonga, ale zdaje nam się, że ciągle nie zmienia to prostego faktu, że personalnie ma komfort, jakiego nie ma zdecydowana większość trenerów w tej lidze. Robi wynik nie tylko zdecydowanie poniżej oczekiwań, ale znacznie poniżej REALNYCH możliwości tej drużyny.
Prześledźmy tylko skład na ostatni mecz jesieni, z Piastem…
Solidny bramkarz (Kelemen), bardzo dobry jak na warunki polskie napastnik (Paixao), co najmniej przyzwoita para stoperów (Grodzicki, Kokoszka), na bokach też nie jakaś bieda (Dudu z Ostrowskim), w środku Mila z Kaźmierczakiem, na bokach Patejuk i Plaku, którego sam przecież Levy ściągnął. O co tutaj chodzi? Ł»e na ławce nie siedzi jeszcze dwóch równych Paixao, drugi Kaźmierczak i jakiś super-klasowy obrońca na dokładkę? Zimą Levy dostał drugiego Paixao (w sensie – brata), w miejsce Gikiewicza przyszedł Pawłowski.
To jest drużyna na 13. miejsce w polskiej lidze? Przecież nikt w tym sezonie od Levego nie oczekuje cudów. Działacze wprost deklarują, że liczą na miejsce w ósemce, a dalej się zobaczy. Widać, 16 miesięcy pracy w Polsce to ciągle za mało, żeby przetarł oczy i dostrzegł w jakim miejscu się znajduje, a w jakim być powinien. A potem, zamiast ciągle domagać się nowego materiału, ulepił cokolwiek z tego, który już posiada.
Fot. FotoPyK