Pewnie część z was zapomniała, część przeoczyła, a część po prostu nie wiedziała, ale już dziś Ekstraklasa rozpoczyna wrześniowy maraton (trzy mecze do końca miesiąca). Jeśli sądziliście, że macie spokój od krajowego podwórka, że swoją uwagę możecie skupić na europejskich pucharach, z butami między Ligę Europy a Ligę Mistrzów wchodzą nasi kopacze. Jeśli szukacie jakiegoś pretekstu do dzisiejszej drzemki albo potrzebujecie naładować baterie na wieczór, polecamy mecz: Podbeskidzie – Jagiellonia.

Oba zespoły rozegrały przed tygodniem jakże różne od siebie mecze. Podbeskidzie męczyło i zanudzało w Łodzi, próbując za wszelką cenę nie stracić gola. Nie wyszło. „Po tym, jak bielszczanie wyrównali, siadło tempo meczu” – kręcił głową komentator. Siedziało też do czasu pierwszej bramki. Problem jednak w tym, że oba trafienia dzieliły… trzy minuty. O, dokładnie tyle było tych ciekawych wydarzeń. A Jagiellonia? Jagiellonia zagrała w Białymstoku koncert, aplikując Ruchowi szóstkę i rzucając w wir karuzeli trenerskiej Jacka Zielińskiego. Na ustach wszystkich znów pojawił się Dani Quintana i powracająca jak bumerang dyskusja „Jak to, do cholery, możliwe, że gość z trzeciej ligi hiszpańskiej robi tutaj furorę?”. Nieważne jak. Ważne, że robi.
No właśnie, Quintana. To od niego należało rozpocząć wspomnienie ostatniego meczu, to od niego rozpocznie się też ten dzisiejszy występ. Dariusz Łatka wcale nie robiłby z niego gwiazdy, choć zapewnia, że nie mogą mu pozwolić na tyle, co chorzowianie. Błażej Telichowski żartuje, że ostatniej nocy pewnie będzie miał kłopoty ze snem, mając przed oczami Hiszpana. Z kolei Czesław Michniewicz, zanim przyzna, że na Daniego naprawdę trzeba uważać, stara się jeszcze rozluźnić atmosferę.

Nos Frania Smudy podpowiada jednak, że chimeryczny i nierówny Quintana furory dziś zrobić nie musi. Podbeskidzie pewnie doklei do niego jednego, może dwóch topornych ligowców i o wiele łatwiej na własnym terenie będzie wyłączyć go z gry. Z drugiej jednak strony, Dani przed tygodniem zrobił taki mecz, że grzechem byłoby go nie powtórzyć przynajmniej w połowie.
– Jak nie potwierdzimy dobrej dyspozycji w tym meczu, to sama wygrana z Ruchem tak naprawdę da nam niewiele – słusznie zauważa Tomasz Bandrowski. Bo Jaga, faktycznie, po chorzowianach się przejechała, ale zadawać sobie można było też wiele pytań. Na przykład, jak to możliwe, że przez cały mecz wyższy procent posiadania piłki miał… Ruch? Albo inne, skoro Jagiellonia jest taka silna, jakim cudem tydzień wcześniej jedynie cudem, w samej końcówce, uratowała remis na Widzewie? Ale o tym Białystok pamiętać nie chce. Wystarczy, że tydzień temu wygrali 6:0. Wedle powiedzenia, jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz.
Fot. FotoPyk