Wychowałem się w faweli, ale nie tak niebezpiecznej, jak te, które pokazują w filmach. Ale to, co można w nich obejrzeć, to sama prawda. Rocinha, Cidade de Deus (Miasto Boga – przyp. red.) czy Complexo do Alemao to najpopularniejsze dzielnice, moja była zdecydowanie mniejsza. Nigdy nie groziło mi żadne większe niebezpieczeństwo, ale mój przyjaciel z futsalu, Allan, który dziś gra w Udinese, pochodzi z dużo groźniejszej. Czasem, jak do niego chodziłem, to widziałem, jak ludzie do siebie strzelali. Niektórzy umierali na moich oczach – opowiada w rozmowie z Weszło nowy pomocnik Legii, Raphael Augusto, który trafił do Warszawy na wypożyczenie z Fluminense.
Kiedy Legia podpisała umowę o współpracy z Fluminense, wszyscy myśleli, że trafią tu młodzi, rokujący zawodnicy w wieku ok. 18-20 lat. Tymczasem przyjechał piłkarz, któremu nie powiodło się ani we Flu, ani w MLS.
Szczerze? Nawet nie wiedziałem o tej współpracy. Byłem jeszcze w Stanach, gdy usłyszałem, że interesuje się mną dobrze zorganizowany europejski klub. Miałem kilka innych opcji, np. powrotu do Brazylii, ale najbardziej zależało mi na Europie. A o Legii dowiedziałem się na tydzień przed przyjazdem i specjalnie się nie wahałem.

Miałem wszystko, by zostać bandytą w Rio

MLS to nietypowy kierunek dla młodego Brazylijczyka.
Wszyscy pytali mnie, po co tam jadę, skoro w USA nawet nie gra się w piłkę, a ja po prostu potraktowałem to jako wyzwanie. Grałem tam na pozycji, do której nie byłem przyzwyczajony, i musiałem częściej bronić. Nie jestem typem defensywnego pomocnika, dlatego rozwinąłem się w MLS. W Brazylii odgrywasz tam, gdzie chcesz, a w Stanach kładzie się duży nacisk na taktykę. Tak jak w Europie.

Nie nagrałeś się tam zbytnio.
Złapałem kontuzję, rehabilitowałem się przez dwa miesiące i między innymi przez to zaliczyłem tylko siedem-osiem meczów. Wiem, że to mało, ale MLS jest specyficzną ligą. W jeden weekend gra, w drugi nie… Pobyt w Stanach będę jednak i tak miło wspominał, głównie ze względu na samo życie i organizację. Nie ma porównania z Brazylią. Mimo że po angielsku nie mówię i komunikowałem się głównie gestami lub z pomocą żony, to nie miałem żadnych problemów. Klub rozwiązywał wszystkie. Opłacali mieszkanie, leczenie… Wielki profesjonalizm, wszystko według planu. I to mi się najbardziej podobało! Cudowny kraj, ale liga też jest dość mocna. Thierry Henry, Juninho Pernambucano i kilku innych mniej znanych, jak Dwayne de Rosario czy reprezentant Panamy z Dallas. Znajdziesz tam wielu poważnych piłkarzy.

Sama piłka jest jednak mało poważna, a ty tam trafiłeś z jednej z najlepszych brazylijskich drużyn.
Ale we Fluminense nie miałem stałego miejsca i wcześniej wypożyczyli mnie do dwóch drużyn. W Duque de Caxias zaliczyłem naprawdę dobre rozgrywki stanowe, „campeonato carioca” i liczyłem, że wrócę do Fluminense. Nie wiem, dlaczego nie dali mi szansy, ale naprawdę byłem rozczarowany. Chyba woleli postawić na innych, a konkurencja była olbrzymia. Deco, Thiago Neves, „Conquinha” (Dario Conca – przyp. red.). Wtedy pojawiła się opcja z USA, a ja… Jakby to powiedzieć – odzyskałem radość z gry.

Wcześniej jednak zdarzyło ci się grywać we Fluminense.
Tak, w 2009, kiedy byliśmy bliscy spadku, ale ostatecznie się utrzymaliśmy dzięki chyba dziesięciu wygranym z rzędu. To był mój dobry okres, dostałem nawet powołanie do młodzieżowej reprezentacji, ale i tak zostałem zapamiętany jako jeden z tych, którzy mogli spaść i rok później już nie dostałem szansy. Byłem naprawdę rozczarowany i zastanawiałem się, czy nie rzucić profesjonalnej piłki i nie wrócić do futsalu.

Serio?
Serio. To świetna dyscyplina. Jak mój syn podrośnie, to na pewno go zapiszę na futsal. Trudno się lepiej przygotować do normalnej piłki.

Wyżyłbyś z tego?
Wyżyłbym, ale większych pieniędzy raczej bym nie zarobił.

Dyrektor sportowy Flu, Marcelo Teixeira powiedział mi, że jednym z głównych powodów, dlaczego na ciebie nie postawiono, był mecz z LDU Quito, za który m.in. na ciebie zrzucono winę.
To też prawda. W pierwszym meczu, w którym nie grałem, Fluminense przegrało 1:5. W rewanżu u siebie, potrzebowaliśmy zwycięstwa czterema bramkami, wygraliśmy 3:0, ja wszedłem w drugiej połowie i nie awansowaliśmy. Ta porażka wiązała się z kiepską pozycją w lidze i do teraz nie rozumiem, dlaczego winą obarczono akurat nas. Zawsze się szuka ofiar i padło na najmłodszych. Doświadczonych trudno odsunąć.

Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć, że rywalizacji z Deco i Conką nie miałeś prawa wygrać.
Teoretycznie miałem, ale w tak mocnej drużynie musisz zaliczyć serię udanych meczów, żeby regularnie grać. Deco i Conca to fenomenalni zawodnicy, jeśli jednak jakiś olbrzymi, młody talent trafi z formą, to trudno na niego nie stawiać.

Wtedy Conca był największą gwiazdą ligi.
OK – jego nie można było wygryźć, grał niewiarygodnie. Zaliczył cały sezon bez żółtej kartki, a wystąpił we wszystkich meczach. Fenomen.

Miałeś jakiś prywatny kontakt z tymi gwiazdami czy tylko widywaliście się w centrum treningowym?
Prywatnego nie, bo sam o to nie zabiegałem. Byłem młodym zawodnikiem i gdybym poszedł z nimi na dyskotekę i doszłoby do jakiejś szamotaniny, to pewnie ucierpiałby najmłodszy. Ale w szatni dogadywaliśmy się świetnie, bo to fantastyczne osoby. Conca przed kamerami wygląda na spiętego i się stresuje, ale w klubie non stop robił żarty. Deco był spokojniejszy. Jak zwracał uwagę, to powoli z opanowaniem. Ale największym liderem był Fred. On potrafił cię ostro zjechać na treningu, a potem przeprosić za mocne słowa. Niesamowity piłkarz… Nie znam drugiej „dziewiątki”, która tak znakomicie odnajdywałaby się w polu karnym. Ustawienie, dojście do piłki, strzał. Kolejny fenomen. Ale prywatnie też się nie spotykaliśmy, bo to po prostu nie moje towarzystwo… Wolałem widywać się w domu ze znajomymi lub z rodziną. W Brazylii urodziło mi się dziecko z moją byłą partnerką, a teraz moja żona urodzi w grudniu kolejne. Nie mam w głowie głupot. Wolę zostać w mieszkaniu i pograć w FIFĘ. Playstation to moje życie (śmiech).

Pochodzisz z faweli czy z normalnej dzielnicy w Rio?
Wychowałem się w faweli, ale nie tak niebezpiecznej, jak te, które pokazują w filmach. Ale to, co można w nich obejrzeć, to sama prawda. Rocinha, Cidade de Deus (Miasto Boga – przyp. red.) czy Complexo do Alemao to najpopularniejsze dzielnice, moja była zdecydowanie mniejsza. Nigdy nie groziło mi żadne większe niebezpieczeństwo, ale mój przyjaciel z futsalu, Allan, który dziś gra w Udinese, pochodzi z dużo groźniejszej. Czasem, jak do niego chodziłem, to widziałem, jak ludzie do siebie strzelali. Niektórzy umierali na moich oczach. Policja wchodziła tam, kiedy mogła, a widok człowieka z bronią nikogo nie dziwił. Abstrakcja. Ty tego nie zrozumiesz, bo w Warszawie można przejść się ulicą wieczorem, a tam był prawdziwy terror. Mama zawsze mi mówiła, że w dzień mogę robić, co chcę, ale mam być w domu przed dziewiątą. Raz, jak się spóźniłem, bo miałem mecz futsalowy, i wróciłem o jedenastej, to cała ulica była pełna ludzi, bo wszyscy myśleli, że mnie porwano. Dlatego wolałem wracać na czas, żeby mama już nie płakała.

Jako piłkarz byłeś w pewien sposób chroniony przez tych, którzy rządzili fawelą?
Mama mieszka tam do dziś, dwa domy od szefa faweli, więc siłą rzeczy dobrze się znamy od lat i widujemy na co dzień.

I czym się facet zajmuje? Choć to pytanie jest chyba formalnościąâ€¦
Sprzedaje narkotyki, dokonuje napadów, kradnie samochody, które zwozi do faweli, a potem sprzedaje.

Bardzo łatwo kimś takim zostać, wychowując się w tego typu środowisku.
Oczywiście. Sam miałem wszystko, by zostać bandytą, ale dzięki Bogu i moim rodzicom nigdy nie miałem problemów z głową. Futbol też mi pomógł, bo po prostu brakowało mi czasu na robienie ulicznych głupot. Rano trenowałem we Fluminense, po południu miałem lekcje, a wieczorem futsal. Na inne rzeczy nie miałem czasu. Pamiętam, jak rozmawialiśmy z moim przyjacielem o przyszłości… Zastanawialiśmy się, co z nami będzie i mówiliśmy, że fajnie byłoby się wyrwać i osiągnąć sukces. On został przestępcą, ale do dziś mamy kontakt i normalnie rozmawiamy.

W pewnym sensie rozumiesz jego położenie?
Z jednej strony nie mogę się zgadzać z tym, co robi, ale z drugiej… widocznie nie miał nikogo, kto wskazałby mu właściwą drogę. To przyjaciel, a takich się nie traci bez względu na to, czym się zajmują. Ja się nie wtrącam w jego sprawy, a on w moje granie w piłkę.

Wspomniałeś, że twoja mama dalej mieszka w faweli. Nie obawiasz się o nią?
Muszę się obawiać, ale ona tak się zżyła z tą dzielnicą, że nie chce z niej wyjechać. Poza tym Rio trochę się zmieniło. Nie jest już tak niebezpiecznie jak kiedyś. Kilkanaście lat temu, mimo że nasz dom jest z cegły, przy deszczu wlewała się do niego woda, ale dziś jest już normalniej. Mamy jeden z najładniejszych domów w okolicy. Wszyscy żyją normalnie. Mama pracuje w szpitalu, ojciec jest taksówkarzem i może wielkiej kasy nie zarabiają, ale na życie im starcza.

A sam opuściłeś fawelę, kiedy jeszcze grałeś w Brazylii?
Na moment się wyprowadziłem, gdy poznałem narzeczoną, ale ja w faweli nigdy nie miałem problemów. Kiedy zacząłem grać we Fluminense, wszyscy się cieszyli, że mogą zobaczyć swojego znajomego w telewizji. Dzieci na ulicy szalały z radości. Ale nie wywyższałem się. Wszyscy mnie lubili, bo nigdy się nie zmieniłem.

Profesjonalny kontrakt nie pozwoliłby ci na zmianę warunków życia rodziny?
Musiałbym być od początku mega gwiazdą lub od razu zaliczyć cudowny sezon, żeby dostać na starcie wysoki kontrakt. Mogłem kupić samochód, wynająć mieszkanie i wspomóc rodzinę, ale wielkiej zmiany nie odczułem. Mam dużą rodzinę – dwóch braci i dodatkowo dwóch od strony ojca. Wyjazd do Europy jest dla mnie dużą szansą. Tylko żona się trochę martwiła, bo jest w zaawansowanej ciąży i była przekonana, że dziecko urodzi się w Stanach. Ale musiałem zaryzykować. Potrzebuję regularnej gry i chcę się w końcu naprawdę wybić.

W młodym wieku doczekałeś się dwójki dzieci.
Tak, ale z matką pierwszego już się rozstałem. Teraz zajmuje się żoną i przez cały czas siedzę w domu. Od kiedy przyjechałem do Warszawy, nie widziałem niczego poza stadionem i hotelem. Dlatego cieszę się, że klub jest tak zorganizowany… Lepiej być nie może.

Jak Legia wypada organizacyjnie w porównaniu do MLS?
Zdecydowanie lepiej. I ma ten fantastyczny stadion z kibicami…

A drużyna?
Największe wrażenie zrobili na mnie „Lado” i „Rado”. Oni zagraliby w pierwszym składzie Fluminense od razu. Środkowym pomocnikom, jak Furman, też byłoby łatwiej, bo dobrze sobie radzą z kryciem. A w obronie spodobała mi się „trójka”.

Jodłowiec.
Nie pamiętam nazwiska, ale przeciwko niemu gra się bardzo ciężko. Tutaj ofensywnym pomocnikom jest zdecydowanie trudniej niż w Brazylii. Tam, jak dostaniesz piłkę, to przeciwnik czeka, co z nią zrobisz, dlatego łatwiej było mi wykorzystać umiejętności z futsalu, a tu od razu doskakują. Nie ma czasu na myślenie.

Na Deyna Cup, choć długo nie pograłeś, sprawiałeś wrażenie zawodnika, który nie pasuje do europejskiego stylu.
Przyznaję, że nie jestem przyzwyczajony do stałego krycia. Brazylijczyk potrzebuje czasu, by się przyzwyczaić.

Z drugiej strony chyba łatwiej nauczyć się krycia niż techniki, którą masz – zdaniem trenerów – fantastyczną.
Jasne, że łatwiej. Ostatnio słuchałem wywiadu z Lucasem Mourą i sam mówił, że w Europie najwięcej nauczył się taktyki. Ja podszkoliłem się w USA, a teraz mam jeszcze rok. Jak się nie nauczę… Nie chcę nawet myśleć.

Krycie kryciem, a nie uważasz, że przesadzasz z egoizmem na boisku? Deyna Cup to tylko sparingi, wiadomo, ale kilka razy mogłeś odegrać lepiej ustawionemu koledze, a startowałeś z dryblingiem między dwoma-trzema zawodnikami. To rzadkość w Polsce.
Ale sam mówisz, że to turniej towarzyski, więc chciałem pokazać coś więcej, jakość. Zwykle, w oficjalnych meczach, zdecydowanie częściej podaję. Nawet ojciec mi zwraca uwagę, że powinienem grać bardziej indywidualnie, żeby się pokazać. To były dopiero moje pierwsze mecze, potrzebowałem rytmu. W lidze udowodnię, że potrafię grać zespołowo, na każdej pozycji. Ale na razie muszę poczekać na swoją szansę.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA

Liczba komentarzy: 2
Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments