Ten facet to nie pierwszy z brzegu wyrobnik, który wpadł do Polski na parę lat, zrobił swoje, albo i nie, po czym zabrał dobytek i odjechał. Nie, Aleksandar Vuković i jego historia to ponad dekada z polską ligą, kilkanaście lat dynamicznych przemian, w których środku siłą rzeczy się znalazł, setki zawodników z którymi grał, kilku trenerów, których miał okazję poznać. Przyszpililiśmy go na długie trzy godziny i wypytaliśmy o wszystko, od serbskiej historii i belgradzkiej sceny kibicowskiej, aż po… problemy z czarną społecznością Warszawy, które miał Moussa Yahaya.
Dwa razy wchodziłeś z ławki w derbach Belgradu jako młody zawodnik. Teraz jesteś emerytem, ale licznik pozostał bez zmian. To mało czy w sam raz, patrząc na to, jak ułożyło ci się życie w Polsce?
Absolutnie za mało. Ja nawet w tych derbach tak naprawdę nie wchodziłem na boisko. Po prostu moja polszczyzna była tak słaba, że nieudolnie coś wyjaśniłem i dziennikarze napisali co innego… Koledzy z osiedla wiedzieli, że jeśli zagram dla Partizana przeciwko Crvenej – mogę kończyć karierę. Więc może to i dobrze, że ostatecznie nie byłem zmuszony do podjęcia takiej decyzji. A na poważnie – śniłem o jakiejś ważnej bramce, o dokonaniu czegoś wielkiego w derbach. Marzenia już nie spełnię, ale na szczęście te mecze były również wyjątkowe w juniorach, więc miałem pewną rekompensatę…
A dużo ludzi ma ochotę oglądać walkę młodzików?
Z 1000-1500. Ja zapamiętałem wyjątkowe starcie ze stadionu z Crvenej. Słuchaj – potrzebowaliśmy w tym meczu tylko remisu. Realizujemy cel, cieszymy się, świętujemy na boisku. A co się dzieje na trybunach? Naturalnie niezbyt wesoło, bo wszyscy się leją. Miałem wtedy z 17 lat, byłem dwa lata w Partizanie i powoli żegnałem się z juniorską piłką. Nie sposób tego zapomnieć.
A skąd ta miłość do drużyny? Przez znakomitego Predraga Mijatovicia?
Też… Mieliśmy w końcu w Jugosławii niesłychanie silną ligę piłkarską i cztery potęgi: Partizana, Crveną zvezdę, Hajduka Split i Dinamo Zagrzeb. I właściwie całe Bałkany były podzielone na te cztery ekipy. W mojej rodzinie Partizan był obecny od zawsze i nawet sobie nie wyobrażam, że moje dzieci mogłyby pójść inną drogą. Zadbam, żeby były odpowiednio ukierunkowane. Sam jestem z Banja Luki z obecnej Bośni i Hercegowiny, miasta oddalonego o 300 kilometrów od Belgradu. A po ulicach ludzie potrafili tam na co dzień chodzić w barwach Partizana i Crvenej zvezdy…
Przynajmniej w miarę pokojowej atmosferze?
Dochodzą mnie teraz słuchy, że w Banja Luce urósł tzw. „lokalny patriotyzm”, kibice obnoszą się z uwielbieniem do tamtejszego Boraca. Czyli można dostać w zęby za barwy zespołów z Belgradu. Za moich czasów było zupełnie inaczej, bo największą frajdą było pójście do szkoły w koszulce swojego klubu… Czy to po triumfie derbowym w piłce, czy w sekcji koszykarskiej. Dzisiaj lepiej zachowywać pewną ostrożność.
Wyznawcy Partizana stanowili większość w twoim rodzinnym mieście?
Właśnie na odwrót. Dominowała Crvena, bo okres mojego dorastania przypadł na największe sukcesy tej drużyny. Puchar Europy w 1991 roku… Cóż, rywalizowali wtedy z najlepszymi na kontynencie jak równy z równym. I pozyskiwali wtedy fanów, którzy szli na ślepo za sukcesem. Zwłaszcza, że w derbach zwykle dostawaliśmy po głowie. Na szczęście cierpliwość popłacała, bo po paru latach Partizan zaczął się odbudowywać i dominować w lidze. Wcześniej nie pasował do współczesnego świata, bo był wojskowym klubem, prowadzonym zresztą w przestarzały sposób. Nie należę do gości, których jednego dnia fascynuje Barcelona, a drugiego inna europejska potęga. OK – lubię styl Blaugrany, ale sezonowcem nie zostałem. Jeśli wybierasz jakąś drużynę, bądź przede wszystkim gotowy na gorsze momenty.
Poglądy miałeś zawsze dość skrajne. Raz stwierdziłeś, że wolisz spotkać dobrego Chorwata niż dobrego Serba. Ale z Crveną nie było zmiłuj – wskazałeś, że przyjaciela z czerwoną gwiazdą w sercu… mieć nie będziesz.
Trochę przesadzałem. Moja tolerancja wzrosła przez żonę, która jest kibicem Crvenej. Poza nią, paru znajomych też tak ma… Jak to mawiają – nikt nie jest ideałem! Widać to po tych właśnie za Crveną. A co do Chorwatów – od razu przychodzi mi do głowy Mate Lacić, którego śmiało mogę nazwać swoim przyjacielem. Osoba świecąca przykładem, dobrocią. Liczy się dla mnie tylko, jakim jest człowiekiem. Pal licho, skąd jest, komu kibicuje.
A udało ci się zatem zaprowadzić chociaż raz żonę do obozu wroga, czyli na sektor Partizana?
Nie, bo nie jest na tyle fanką sportu. Wiesz… ona powie ci, że kibicuje Crvenej i tyle. Syndrom Barcelony. (śmiech) Ja z kolei latam na mecze, kiedy czas pozwala i idę na normalną trybunę. Ł»adnej loży, tylko śpiewy z ultrasami. Mam z tym związaną dość unikalną historię. Jestem chyba jedynym piłkarzem w historii Partizana, który w klubowym kalendarzu w 1998 roku znalazł się jako kibic na lokalnej „Ł»ylecie” za ustawiającymi się do zdjęcia piłkarzami. Rok później… pozowałem już z resztą zawodników i rozgrywałem swój bardzo dobry sezon. Zabrakło w nim tylko wisienki na torcie – gry w derbach.
Z perspektywy czasu twój fanatyzm zmalał choć trochę?
Nie ma mowy. Partizan to mój styl życia. Praktycznie każdy dzień zaczynam od czytania jakiś informacji na jego temat w internecie i przez wszystkie lata spędzone w Polsce miałem w dodatku serbską satelitę. A przez telewizję budzi się we mnie żal, że nie mogę uczestniczyć w meczach koszykarskiej sekcji Partizana. Gramy regularnie w Eurolidze, a towarzyszy temu na tyle wyjątkowa atmosfera, że… lepiej to przeżyć, niż opisywać. Uczestniczyłem w tym i wiem, co to znaczy. W Polsce była grudniowa przerwa w rozgrywkach, a ja wykorzystywałem swoją szansę i leciałem do Belgradu. Sam widzisz – nie ma przeproś, każdy ważniejszy mecz musiałem oglądać. Ba, zdarzało mi się w przerwach własnych meczów sprawdzać na bieżąco wyniki w Serbii… Nie wytrzymywałem, bo za bardzo korciło. Raz się nastrój poprawiał, raz nie.
Teraz nastrój ci się nie pogarsza, kiedy widzisz, że nawet ultrasi dzielą się na dwie grupy i walczą ze sobą? Dominujecie na boisku, ale nie wszystko wokół klubu ma zdrowy klimat.
W tej chwili, praktycznie od dwóch lat, trwa duży konflikt wśród fanów. Podział, który jest mi obcy i staram się nim nie interesować. Z prostej przyczyny – to żenada. Nigdy bowiem nie traktowałem kibicowania jako sposobu na zarobek czy osiąganie różnych korzyści. Trybuny to w tej chwili także miejsce załatwiania pewnych interesów między ultrasami. I przede wszystkim nieustanna walka o to, kto rządzi. Przykre, bo miłość do drużyny powinna być bezinteresowna i nic, absolutnie nic nie powinno przysłaniać zwykłych emocji i wierności. Ja z Partizanem będę zawsze, tak jak będę kibicował Legii, która stała się moim przeznaczeniem i nie będę bawił się w takie wojenki.
Wojna… wątek wyjątkowo bliski w twoim życiu. Kiedyś wyznałeś nawet, że twój kraj został zgwałcony przez wojska NATO. Innym razem, że od polityki Amerykanów wolisz komunizm Fidela Castro.
Nadal podtrzymuję tę opinię. Komunizm jak to komunizm – nie jest może najlepszym wyborem, szczególnie jeśli pomyślimy o jego wydaniu w Polsce i kilku pozostałych krajach byłego bloku wschodniego, a nawet Bałkanów. Tyle, że na Kubie nie ma tak negatywnego zabarwienia i przemawia do mnie zdecydowanie bardziej niż działania Amerykanów. Państwa, które może i ma ładne opakowanie, ale reprezentuje zmodernizowany faszyzm. Hitler też chciał zawładnąć światem, mieć wszystko pod swoją łapą. Może i nie gazuje się teraz nikogo, ale na skutek polityki USA nadal giną ludzie. Nie mogę tego akceptować, nie może to do mnie trafiać. Zresztą, spójrz na to – akcja „Anioł miłosierdzia”… Nazwa piękna, a oznaczała bombardowanie Serbii w 1999. Ł»yjemy w świecie wielu przekłamań, więc – sorry – nie ufam Clintonowi, Bushowi i Obamie, a Fidelowi. Człowiekowi chroniącemu obywateli.
A byłeś kiedyś na Kubie?
Tak. I widziałem naród uśmiechnięty, zadowolony, pogodny. Nikt nie narzekał, każdy doceniał to co ma. A komfort życia mają tam zapewniony – opieka medyczna, bezpłatna edukacja, do której każdy ma dostęp.
Wskazałeś przed paroma laty, że twój ulubiony film to „Ko to tamo peva” („Kto tam śpiewa”) z 1980 roku, którego akcja toczy się w przededniu II wojny światowej… A więc znów pojawia się jakieś cierpienie. Idąc na nasze spotkanie przechodzę koło kina, widzę bałkański film, a w tytule „Śmierć człowieka na Bałkanach”. Gatunek: jak zwykle, komediodramat.
Spójrzmy: w ostatnim stuleciu Belgrad był bombardowany 20 razy. 20 razy! To najlepiej oddaje, co przeżył ten naród. Naprawdę nie wierzę, by było drugie takie miejsce na kuli ziemskiej. W 41′ roku atakują Niemcy, a potem dla odmiany za bombardowaniem stoją… alianci itd. Ten obszar został skazany na wojnę, co wcale nie przeszkadzało zachodowi. Ten tylko dokładał swoje pięć groszy do konfliktów…
A film traci na swojej aktualności? Niesnaski Serbów z Chorwatami, pogarda dla Cyganów i wreszcie bombardowanie.
Wiesz, podziwiam cię, że w ogóle chciałeś go oglądać. To film idealny dla Serbów, którzy dobitnie rozumieją mentalność i czują doskonale ten klimat. Absolutnie fantastyczne dzieło, które oglądałem ze sto razy. I chętnie obejrzałbym następne sto, bo nie jestem zwolennikiem hollywoodzkich produkcji. Zresztą, słyszałeś, że Angelina Jolie robiła film o Bośni? To tak jakbyśmy my we dwóch zaczęli produkcję o Afganistanie na bazie papki informacji serwowanej w telewizji. Jolie próbowała pozować na mądrą, ale to tylko obnażyło jej głupotę.
Widzę, że historia narodów z konfliktami to na dobre twoja pasja. Nawet z książek polecałeś kiedyś „Noc Generała”…
No tak, opis stanu wojennego w waszym kraju… Teraz mam tytuł, który imponuje mi jeszcze bardziej, tym razem autorstwa… Emira Kusturicy. Wiadomo, genialnego reżysera, ale – ku pewnemu zaskoczeniu – równie znakomitego pisarza. Mam z nim wspólny mianownik – podobne spojrzenie na kino za oceanem, na politykę USA… Wkrótce dorwę jego nowe dzieło, bo lecę do Serbii. W Europie dał się poznać ze względu na wyprodukowanie znakomitego filmu o Maradonie.
W moim przypadku kojarzy się jeszcze z dobitnym pokazywaniem twojego narodu w krzywym zwierciadle. Uciekł mi tytuł – sam wiesz, co mam na myśli: Jugosłowianie zamknięci w piwnicy…
Ah, „Underground”. Klasyka inteligentnego kina. Piwnica ma w tym filmie czytelny przekaz – moi rodacy żyli przez wiele, wiele lat w iluzji. 40 lat pod podłogą, z dala od świata z zewnętrznego i przekonani, że wojna trwa. I co? Wychodzą nagle na powierzchnie i dostrzegają plan filmowy. Statystów w niemieckich mundurach, do których zaczynają strzelać. Nieświadomi, że ci ludzi tylko odtwarzają historię…
Robiło wrażenie, że ty sam tak szybko uczyłeś się historii i naszego kraju. A także swojego klubu, bo raptem po roku gry w Legii, strzelasz Utrechtowi w 2002 roku w pucharach i demonstrujesz wizerunek Kazimierza Deyny.
Ha, to akurat skutki znajomości z Wiktorem Bołbą, który pracuje jako kustosz w muzeum Legii. Świetny człowiek, na tamtym etapie działający w „Naszej Legii”. Błyskawicznie nawiązałem z nim kontakt, a ten ciągle opowiadał mi o Deynie. Zresztą – on do dziś tylko o nim mówi! Pamiętam, że był pomysł koszulki, a że jeszcze strzeliłem bramkę… Jakby nie patrzeć, udało się.
Sprawiłeś, że Serbowie byli wtedy coraz częściej wymieniani jako potencjalne wzmocnienia Legii. Ł»igić, Ivanović, Kolarov, Jovanović, Pantelić. Ktoś dzwonił po radę?
Najlepiej pamiętam Ivanovicia, bo proponował go Okuka, kiedy nie było go już w Warszawie. Nie potrafię tylko wskazać, kto był wtedy dyrektorem sportowym. Do mnie akurat nikt nie dzwonił, ale traktowałem to z przymrużeniem oka. Fajnie dziś wyglądają te wszystkie historie, ale ile z nich było prawdziwych? Na pewno Ivanović, który wylądował w Moskwie, a nie w Polsce, a następnie w Chelsea. Kto wie, jakby się potoczyły jego losy, gdyby przyjechał tutaj. Ciężko mi to sobie wyobrazić. Równie dobrze może by się nie wybił? Taka specyfika ligi. A tak było mu dane zagrać dla Chelsea.
Ale parę lat później Nenad Milijas musiał być już tutaj pewniakiem do zatrudnienia.
Tak, bo był już w Warszawie. Teraz gra z powrotem w Crvenej, z której odchodził do angielskiego Wolverhampton. Ale to nie jest zawodnik tego formatu co Ivanović, Kolarov. Wtedy aktualny był w miarę wątek Milana Jovanovicia, który grał potem w Standardzie Liege i Liverpoolu. Z Szachtara go w zasadzie wyrzucono, bo był skłócony z najważniejszymi osobami w klubie i nie miał dobrej prasy, nikt go nie chciał. Potem jego kariera się rozwinęła i idzie żałować, że ktoś taki Legię ominął. Ale wtedy był wielkim ryzykiem, bo jeszcze wracał po kontuzji. Ale Polska dopiero teraz staje się krajem, który swoją atrakcyjnością może kusić Serbów. I mówię o tych z dużymi możliwościami.
Myślisz, że nie mieliby obaw? Radović miewał fantastyczne momenty, ale nigdy nie zbliżył się do kadry, nigdy nie otrzymał powołania.
Ta tendencja wkrótce dobiegnie końca i Rado zostanie dostrzeżony. Cofnijmy się o ponad dziesięć lat, kiedy sam tu zaczynałem. Wtedy mieliśmy graczy w najsilniejszych ligach europejskich i trudno, żeby ktoś oglądał się na ekstraklasę. A teraz? Jest Ljuboja, który wiele zmienił. Jego przyjazd sprawia, że mogę w serbskich mediach poczytać o Legii, o jego formie, o Rado. Nie oszukujmy się, sami nie mamy już teraz wybitnych zawodników, więc liczę, że wkrótce selekcjoner zauważy właśnie Radovicia. Bo do tej pory mieliśmy gwiazdy, ale i jedno wielkie przekleństwo – razem nie stanowiły monolitu. Tego akurat moglibyśmy się uczyć od Chorwatów, bo o samą jakość i talenty nie muszę się martwić. Problem leżał w sferze mentalnej, ale wszystko zmierza ku lepszemu. Może i nie mamy chwilowo zawodników z absolutnego topu, ale wystarczy wziąć pod lupę takiego Nastasicia z Manchesteru City. Wychowanka Partizana, który stanie się wiodącą postacią reprezentacji na lata.
Reprezentacji, w której nie było ci dane zagrać. Ale ciekawe jest także to, że w rodzimych mediach byłeś nieobecny… od zawsze. Przeglądam internetowy „Sportski Ł»urnal” i brukowiec „Kurir”, a tam przewija się z tobą w sumie jakiś jeden news, gdzie występuje tylko twoje nazwisko. Nie dzwonili nawet po zakończeniu kariery?
Nie, ale to wszystko ma trochę inne podłoże. W Serbii praca dziennikarza polega na tym, że oni sami oczekują zgłoszeń. Inicjatywy zawodnika, telefonu. Wyobrażają sobie, że to ja dzwonię i umawiam się na kawę. A przy okazji pomagam w załatwieniu czegoś. Słowo interes odgrywa tutaj kluczową rolę, a w Polsce nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Ja miałbym dzwonić do dziennikarza i prosić go, żeby o mnie napisał? Bez przesady. A w Serbii to byłaby jedyna droga. Niektórzy piłkarze liczą w ten sposób na promocję i potrafią się odwdzięczyć dziennikarzowi za to, że ten coś o nich napisze. Wolę się od tego trzymać z daleka i zachowywać w inny sposób. No i efekt jest taki, że przez dziesięć lat… nikt nie zadzwonił! Nie doczekałem się. A to chyba niemożliwe, żeby grać w najlepszym zespole w Polsce, w dodatku w pewnym momencie grać dla niego dobrze i… nie istnieć we własnym kraju. Bardzo dziwna sytuacja.
A dotyczy to większych nazwisk? Powiedzmy, wraca Mladen Krstajić do Partizana i nie wywołuje większego zamieszania…
Nie no, wiadomo – jeżeli chodzi o ligę hiszpańską, angielską czy niemiecką, sytuacja jest zgoła inna. Najbardziej cierpią wyróżniający się w lidze serbskiej czy polskiej lub – dajmy na to – węgierskiej. Ja jestem w innej sytuacji niż Krstajić czy Dejan Stanković. Ludzie, którzy nie musieli nigdy się do nikogo odzywać, bo inicjatywa natychmiast była po drugiej stronie. Mi na tym nie zależało, ale nie uniknąłem i tak śmiesznych sytuacji. Kończę karierę piłkarską i wreszcie znajduje się portal, który to podaje. Cytując mojego Twittera i dodając do tego jakąś wypowiedź. No właśnie – jakąś. Prawdopodobnie wrzuconą w Google Translator. Całość to była jedna wielka masakra, serio. Nie zdołałbym wymyślić nawet takiej głupoty. Mój mózg nie dałby rady.
Ale jeśli to dokładnie pamiętasz – dawaj!
OK, tłumaczę, co napisał dziennikarz: – „Gra dla Korony i Legii było jak spotkanie z najładniejszymi dziewczynami”. Koniec cytatu. (śmiech) Niewiarygodne. Jedynie tytuł był normalny: – „Zakończył karierę były piłkarz Partizana i Legii Warszawa, ulubieniec warszawskich kibiców”. Czyli coś jednak udało się przekazać zgodnie z prawdą, dopóki nie trafiamy na cytat. A, moje statystyki też w zupełności się nie zgadzały. Zagrałem 250 meczów dla Legii, napisali, że 100. I to znany portal, który powinien być rzetelny! Jak ktoś to przeczytał, może pomyśleć tylko o dziennikarzu: – Co za, kurwa, debil.
Może autor nie zauważył, że wróciłeś do Legii i podkręcałeś licznik spotkań w ekstraklasie.
Miał swoją wizję i podejrzewam, że działał intensywnie z translatorem. Pamiętam, że na jednej z konferencji odpowiedziałem na pytanie, dlaczego nie gramy zawsze tak dobrze jak z Legią, mniej więcej w ten sposób: – „No wie pan, to jest tak jak ze spotkaniem ładnej dziewczyny, kiedy serce bije mocniej”. Podejrzewam zatem, że to szalone tłumaczenie wynikało z tej wypowiedzi. Totalny bełkot. Jeden z kolegów wrzucił mi to na Facebooka, na moją ścianę, ale… no wstyd! Nie chciałem się do tego odnosić. Tak wygląda szacunek serbskich dziennikarzy w stosunku do mnie. Ja wiem jedno, jako obywatel swojego kraju zrobiłem mu tutaj naprawdę dobrą reklamę. To ważne. Tyle, że dla nich nigdy nie będę interesującą postacią, więc się nie pcham.
Ładny kontrast. Tam nigdy się nie odezwali, a tu, na miejscu udzieliłeś kiedyś wywiadu nawet o… stanie polskich dróg.
Dokładnie. (śmiech) W Polsce sytuacja jest bardziej przejrzysta, nikogo nie musiałem prosić. Zasady są takie – pogadam z dziennikarzami, jeżeli mam na to czas i nigdy nie robię z tego problemu. Ale nie będę ich błagał, żeby to oni o mnie sztucznie zabiegali. Ostatnio zresztą mam taki okres, że udzielam mnóstwo wywiadów…
A nie miałeś tutaj jakieś przykrej sytuacji? Ł»aden brukowiec nigdy nie nakłamał na twój temat, żeby cię to faktycznie zabolało?
Nie wydarzyło się może nic dramatycznego, ale nie lubię przekręcania swoich wypowiedzi. Wyciągania z kontekstu itd. Mówię: – „Bywało lepiej”, a piszą „Jestem mega niezadowolony w Legii” (śmiech). Wiesz, wolałbym, żeby jednak zostało tak, jak mówię… Takich sytuacji było kilka. Pamiętam, że nie raz brałem w ręce gazetę i byłem zdumiony. Ostatnio uśmiałem się dzięki „Przeglądowi Sportowemu”. Jest tam człowiek, który zajmuje się Kielcami, Maciej Cender. Najwyraźniej nie chciało mu się któregoś dnia do mnie zadzwonić, bo czytam sobie jakiś artykuł, wypowiedź, wszystko mi się podoba, a tu nagle: – „Powiedział Aleksandar Vuković”. O kurwa! (śmiech) Nie pamiętam. Jakby to powiedzieć – fikcja literacka. Ale nie potrafię wskazać sytuacji, w której mnie coś potwornie zdenerwowało. Irytowałem się czasem przy tych przekręconych wypowiedziach.
A gazety nie ściemniały z klubami, które cię miały obserwować przed laty? Hannover, Dynamo Kijów, Partizan, wreszcie Sevilla.
Ale żadna z sytuacji nie kończyła się klarownym telefonem i słowami: – „Jesteśmy zainteresowani”. Był jeden lub drugi menedżer, który twierdził, że rozmawiał z przedstawicielami tych drużyn. No ale dziś uważam, że to bzdury. Przynajmniej jeśli mówimy o konkretnych ofertach.
Akurat Hiszpania musiała mieć coś wspólnego z prawdą, bo załatwiał to Mijatović.
Sevilla była na tyle poważna, na ile poważną osobą jest Predrag Mijatović. A można sobie wyobrazić, że późniejszy dyrektor sportowy Realu Madryt byłby w stanie nawiązać kontakt z działaczami z Sewilli. Tym bardziej, że tamten zespół nie należał jeszcze do europejskiego topu – miał się dopiero na niego wspiąć. Ostatecznie postawiono na kogoś innego i chyba odnaleziono brakujące ogniwo, skoro przyszły sukcesy w Europie.
Których nie doświadczyłeś ty, a twój rodak Dragutinović.
To figura, która wywołała kiedyś spore medialne zamieszanie w Serbii, bo w wieku 31 lat… zaproponowano mu w tam przedłużenie umowy o kolejne 5!
A skoro już przy Hiszpanii jesteśmy, wróćmy do wesołych wspomnień, jak 1:6 z Valencią z 2001 roku.
Parę dni wcześniej na spotkaniu, które zorganizował Robert Błoński rozmawialiśmy już chwilę na ten temat i wspomniałem, że modliłem się tylko, żeby trener Okuka ściągnął mnie w przewie. 0:4 w plecy, bezradność. Czułem się dobrze fizycznie, ale niczego nie mogłem zrobić. Na domiar złego Drago za bardzo uwierzył, że możemy tam coś ugrać. Graliśmy przed meczem z „Nietoperzami” mecz ligowy ze Stomilem Olsztyn. W najbardziej ofensywnym ustawieniu, z dwoma napastnikami, którym mieliśmy potem straszyć przyszłych mistrzów Hiszpanii! Bo tak naprawdę korekty w składzie między tymi spotkaniami były drobniutkie. To oczywiście najbardziej bolesna porażka w mojej karierze, czułem się bezradny jak nigdy. Nie miałem absolutnie na nic wpływu. Mówi się, że po takich meczach należy wyciągać wnioski z porażek. I chyba faktycznie je wyciągnęliśmy, bo w tym samym sezonie tytuł trafił w nasze ręce. Ale… do dziś miałem wrażenie, że gracze Valencii mieli potencjał, żeby wbić nam 20 bramek. To było niesamowite.
Atmosfera w szatni nie gęstniała chyba na dłużej niż parę dni, bo w lidze rozpędzaliście się z każdą kolejką. Jaki klimat w ogóle mieliście w Legii? Aklimatyzowałeś się w Warszawie poprzez balangi, czy raczej byłeś domatorem?
Zdecydowanie bliżej tej drugiej opcji. Nigdy nie czułem się dobrze w dyskotekach, miejscach, gdzie tak naprawdę nie można porozmawiać i nie da się przeżyć niczego przyjemnego. Wiadomo, da się napić i pobujać. Ale to absolutnie nie był mój wybór i ścieżka, którą chciałbym iść. Wolałem restauracje, bo tam przynajmniej… dało się nawiązać jakiś kontakt między sobą.
A miewaliście kolacje z całym zespołem, tak jak to się obecnie dzieje przy Łazienkowskiej? Grałeś tyle lat w klubie, że sporo mogło się zmienić. Przy okazji bywałeś nawet świadkiem różnych spięć.
Wiesz, byłem tam długo i przechodziłem przez różne okresy. A Legia należy do drużyn uzależnionych od jak najlepszych wyników. Więc sprawa jest prosta: teraz atmosfera nie szwankuje, bo są zwycięstwa. Legia wygra z Lechem, odskoczy i wszystko będzie super. Ale jeśli potoczy się to trochę inaczej, zaczną się schody. Ta sytuacja przypomina ekipy z zachodu pod względem indywidualności. Każdy patrzy na siebie i scalenie tego wszystkiego jest wielkim wyzwaniem. Ja próbowałem w tym uczestniczyć, kiedy wybrano mnie na kapitana parę lat później i sądzę, że wtedy się udawało. Miewaliśmy często spotkania, niekoniecznie na dyskotece, ale też przy obiedzie. I tak było na przestrzeni lat.
Czyli wy siadaliście do herbaty, a np. taki Yahaya walił czystą w szklaneczce?
Hah, Moussa był bardzo specyficznym zawodnikiem. Najwięcej do myślenia dawał zdecydowanie jego wiek, którego pewnie nigdy nie poznaliśmy. Często siadaliśmy ze Stanko, z nim i podpytywaliśmy. Ale on szedł w zaparte i zawsze gadał co innego. To był pogodny chłopak, bardzo wesoły, ale z problemami. Ł»ona i dzieci w Hiszpanii, on tutaj samotny i w dodatku wykorzystywany przez czarne środowisko w Warszawie. Opowiem ci nasze wspólne wyjście z chłopakami, do dyskoteki właśnie. „Underground”, róg Świętokrzyskiej. Podchodzi do niego jeden, drugi, trzeci kolega z Afryki. A Moussa przybija z nimi piątkę dając im banknoty. Różnych nominałów: 50, 100 złotych… Takie to mieli powitanie. Trudno mi go dziś ocenić.
Ślad po nim zaginął.
Zgadza się, choć słyszałem, że po zakończeniu kariery mieszkał ponoć długo na Kabatach. I truchtał sobie w Lesie Kabackim, biegał, był zauważany. Dało się z nim dogadać, bo po polsku mówił bardzo dobrze jak na przybysza z Afryki. Generalnie śmiechu było dużo, ale jego losy akurat… równie zabawne już nie były.
Czarnoskórzy w Legii to temat rzeka. Nie wiem, czy słyszałeś, że Felix Ogbuke próbował sprzedać swój samochód służbowy.
Pamiętam sporo przedziwnych zawodników! Trafiam do Legii, większość z nich trenuje w rezerwach, bo Okuka ich nie widzi. I tam był np. taki Franklin Mudoh, z którym były afery, aresztowanie. Słynny „Bagietka”. (śmiech) Nie mam pojęcia, skąd wzięła się jego ksywa. To byli goście, którzy rano mieli trening, a popołudniu narodowy jarmark. Jakoś sobie radzili.
Czyli miewałeś sporo sytuacji w Legii, kiedy na treningach łapałeś się za głowę, oglądając szrot, który cię otaczał.
Za głowę łapałem się w zasadzie po każdym okienku. Takie wynalazki nam się trafiały… Nie chcę mówić imionami, ale naprawdę – najgorszą rolę w tym wszystkim odgrywały gazety. Czytasz o tych gościach, widzisz na co są kreowani, a potem… oglądasz ich na treningach. Niewiarygodny kontrast. A kibice już nakręceni, nabierają się, oczekiwania rosną, zwiększa się parcie na wynik… Tylko ty wtedy zdajesz sobie sprawę, że nic dobrego nie ma prawa się wydarzyć. Dlatego ciężko jest czasem znaleźć się w takiej sytuacji, bo jako piłkarz wiele razy zbierałem po głowie przez czyjąś nieporadność lub głupotę. Ja jako zawodnik nie mam wpływu na to, kto będzie grał u mojego boku i jakiej jakości są to „wzmocnienia”. To frustrujące, bo chcesz spełniać oczekiwania kibiców i wszystkich wokół.
Często nawet w grupie dobrych piłkarzy nie jesteś w stanie niczego zdziałać, jeśli otaczają cie różne wynalazki znikąd. Ktoś rzuca ci ciągle kłody pod nogi, sprowadza ludzi, którzy nie pomagają, a tylko utrudniają. I tu przypomina mi się jedno z moich ostatnich okienek w Legii: Lech sprowadza Arboledę, Peszkę i Lewandowskiego. A my? Szkoda gadać. Zaznaczę tylko, że cała trójka z Poznania mogła grać dla Legii. Przy okazji meczu kadry Beenhakkera z drużyną gwiazd Ekstraklasy spotkałem Arboledę i życzyłem mu, żeby przyszedł na Łazienkowską. A on odpowiedział, że bardzo chętnie! No, mija parę miesięcy, a on cieszy się z mistrzostwa kraju. Tyle, że w Lechu. A w Wielkopolsce rywalizację wygrano właśnie dzięki temu jednemu, konkretnemu okienku. Złapali w dodatku jeszcze Stilicia, ale tutaj nie mam pretensji do Legii, że go nie sprawdziła. Cała trójka jednak boli, bo jestem pewien, że gdyby dać im te same warunki na papierze, wybraliby grę w Warszawie.
Pamiętasz jeszcze jakieś nazwiska, które miały ochotę grać w Legii, by potem wybić się gdzieś indziej?
Na przykład Radosław Majewski. Czytam jego wypowiedzi, że oglądał mecze na „Ł»ylecie”, a potem chłopak ze Znicza trafia do Groclinu. A przez Dyskobolię staje się zawodnikiem Polonii Warszawa. To smutne. Smutne dla Legii. Później zamiast nim, gramy chłopakami, którzy są fajni, ale poza boiskiem. Ahmed Ghanem, Mamadou Balde, czy Herbert Dick mieli cię wyciągnąć z kryzysu… Z dziwnych transferów przynajmniej Junior miał jakieś umiejętności.
Zaciąg hiszpański też budził emocje. Trzeciak to była jedna wielka kompromitacja.
Jedna wielka pomyłka, oczywiście. Od takich ludzi zależy w klubie najwięcej, mają decydujące słowo, budują kształt drużyny. A tutaj mamy przykład osoby, która zupełnie sobie w swojej roli nie poradziła, bo podejmowała mnóstwo nietrafionych decyzji. Zresztą, najbardziej raził mnie wówczas fakt zupełnie odmiennych wizji Urbana i Trzeciaka. Obaj tego nie przyznają, ale to były dwa inne światy. Paradoks – obaj mają w CV Hiszpanię, to Trzeciak w dodatku ściąga Urbana, ale… jako duet patrzą zupełnie inaczej na piłkę. Ich poglądy się nie pokrywają, podobnie jak w przypadku Jóźwiaka i Skorży. Nie wiem, jak jest teraz, ale dyrektor sportowy raczej nie nadaje już na innych falach niż trener.
Rozmawiał FILIP KAPICA
***
Jutro na stronie pojawi się druga część wywiadu…


