Kamil Kosowski odpowiada na pytania czytelników

redakcja

Autor:redakcja

08 sierpnia 2012, 13:43 • 21 min czytania

Reklama
Kamil Kosowski odpowiada na pytania czytelników

– Odnoszę wrażenie, że Smuda właśnie ewoluował ze swojej dyzmowskiej natury na poziom nieco wyższy. فadniej i wolniej się wypowiada, spokojnie odpowiada na pytania i przede wszystkim nie sra, jak dziennikarze do niego dzwonią – mówi Kamil Kosowski, przepytywany przez Czytelników Weszło. W najnowszej odsłonie „Wrzutki” 52-krotny reprezentant Polski opowiada o słynnej „Finlandii”, kompleksach wobec Legii, niesnaskach z Pawłem Janasem, inteligencji Wojciecha Pawłowskiego, robieniu zdjęć podczas mundialu w Niemczech, podszywankach w komentarzach i… wychodzi z własną propozycją do czytelników.
Piotrek L: Większość naszych klubów już się powoli żegna z pucharami. Dla wielu jednak nie jest to zaskoczeniem, zwłaszcza w przypadku Śląska, którego porażkę przewidywał pan na blogu.
– Wypadałoby powiedzieć, że nie lubię mieć racji, chociaż rację mieć lubię. Przed meczem z Helsinborgiem wiedziałem, że nie może być dobrze, a było i tak gorzej, niż myślałem. Mogę jedynie przeprosić wszystkich znawców, którzy strasznie mocno wierzyli w Śląsk, przekonywali o jego sile i zmieszali mnie z błotem. Mieliście rację w zupełności, brawo. No, ale piłka jest przecież dalej w grze, wciąż pewnie wierzycie, a ja tej wiary wcale nie zamierzam wam odbierać.

Reklama

Coffin: „Wstyd grać w polskiej lidze i mieć takiego mistrza. ٹle, bardzo źle świadczy to o pozostałych drużynach, które o tego mistrza walczyły.” To cytat z Pana ostatniego wpisu na blogu. W takim razie proszę mi wyjaśnić, co ja, jako kibic Ruchu Chorzów mam powiedzieć o zawodniku, który w tej lidze ledwo się utrzymał ?
– Przede wszystkim kibicowi Ruchu gratuluję dwóch ostatnich świetnych sezonów. Tabela była odzwierciedleniem gry, trener Fornalik został selekcjonerem drużyny narodowej, a Piechem interesują się niemieckie kluby. Ł»yczę też mocnych nerwów, bo oglądanie Ruchu, który na tle Czechów wyglądał jakby juniorzy grali z seniorami, to zapewne dotkliwe przeżycie… W samym Bełchatowie mieliśmy zaś wiele problemów pozasportowych i przez nie walka o utrzymanie to wszystko, na co było nas stać. Ł»eby przybliżyć – ligę uratowaliśmy, dostając od stycznia jedną wypłatę. Bez jakichkolwiek dodatków czy premii! Gry w GKS wstydzić się jednak nie zamierzam, bo nic wstydliwego w tym nie ma. A mistrzostw Polski, które zdobyłem ze swoją Wisłą, to chyba jest jednak trochę więcej od tych, które w ostatnich latach zdobył Ruch.

Mochikanin: Dlaczego w europejskich pucharach tak słabo wypadamy w ostatnich latach na wiosnę? Nawet jeśli wyglądamy dobrze, jak Lech z Udinese czy Wisła z Parmą, odpadamy. Nie wspominając o innych zespołach które odpadały bez echa. Chodzi o klasę rywali, niekorzystny terminarz, niewłaściwe wzmocnienia? Jaka jest tak naprawdę przyczyna?
– Domyślam się, że nie o Parmę, którą pokonaliśmy, chodzi, lecz o Lazio. Akurat wtedy graliśmy na zmrożonym piachu, o trawie nie było nawet mowy. Myślę, że częstym problemem, co pokazuje dzisiejszy Ruch, jest skład personalny. Na ligę zgrani, dobrze znający się Polacy spokojnie wystarczają, ale każda solidna drużyna potrzebuje indywidualności. Jedna – w osobie Piecha – to zdecydowanie za mało. Zresztą, ten zespół idealnie odzwierciedla naszą ekstraklasę i starania polskich drużyn w pucharach. Pewne mankamenty i niedociągnięcia w lidze można ukryć, ale w pucharach już raczej nie. Zagraniczne drużyny karcą i bezlitośnie wykorzystują błędy, a u nas w ostatniej chwili ktoś jeszcze źle przyjmie albo się potknie…

Tomek, Kraków: Czy w pamiętnym sezonie i sukcesach w Pucharze Uefa dwumecz z Lazio to był wasz max czy czuliście że możecie ugrać więcej? Nie wydaje Ci się, że gdyby Ł»uraw w jedej z akcji podał do lepiej ustawionego Kuźby droga przynajmniej do półfinału była by otwarta? Później na waszej ewentualnej drodze stanełyby Besiktas który raczej był w waszym zasięgu. a w półfinale Porto i wszystko może się zdażyć…. co sądzisz na ten temat
– Wielokrotnie pytaliśmy Ł»urawia o tamtą sytuację. Zapiera się, że nie widział. Mam tę sytuację przed oczami i choć nie mam podstaw, żeby Maćkowi nie wierzyć, to… musiał Kuźbę widzieć. Nie ma innej możliwości! Dziś można gdybać, ale Lazio pewnie byśmy przeszli, oni spokojnie byli w naszym zasięgu. Nie chcę myśleć, co byłoby dalej, ale Wisła była bardzo mocna. Ludzie z całego kraju za nami jeździli, utożsamiali się z tym zespołem, bo grali w nim prawie sami Polacy. Do tego jedynie dwóch, ale świetnie wkomponowanych obcokrajowców. To był monolit.

Reklama

Fan z Krakowa: W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego powiedział Pan, o „Finlandii” do snu z Maciejem Ł»urawskim przed meczami z Schalke i Lazio w sezonie 2002/2003, stąd moje pytanie, czy Henryk Kasperczak (ówczesny trener Wisły) wiedział o tym?
– A jak pan myśli? Zauważyłem, że jak u nas była dobra drużyna, to wszyscy pytają, kto, co i ile pił. Ł»e jak piłkarze tworzyli zespół, to wszyscy krzyczą – ha, pewnie przez wódkę! Zapewniam, że gdybyśmy dziś mieli w kraju taką drużynę, która tak dobrze gra w pucharach, to nikogo by nie interesowało, jak piłkarze trenują i dochodzą do formy. Myślę, że o „Finlandii” i tamtej Wiśle wszystko zostało już powiedziane. Może i niektórych to boli, ale tamta Wisła była wielka i tak zostanie zapamiętana. A ja jestem dumny, że w tamtym zespole byłem… Cofnijmy się o kilkadziesiąt lat. Przecież piłkarze, którzy zdobywali dla reprezentacji Polski medale, na co dzień byli przyjaciółmi, świetnie się znali poza boiskiem. I jakoś ich nikt nie wypytuje, ile wypili i gdzie „uderzyli”, a im się pewnie zdarzało i częściej, i mocniej. Zresztą, ci, co czytali książkę Andrzeja Iwana, wiedzą, że środowisko piłkarskie jest bardzo specyficzne.

Strawberry_1906: Kamil czy „stara” Wisła utrzymuje nadal ze sobą kontakt? Piłkarze grający w tamtejszej Wiśle zawsze chwalili atmosfera szatni Henia Kasperczaka. Jeśli tak to kto utrzymuje, a kto się odciął?
– Tak, ale w mniejszych grupkach. Ja mam kontakt z Kuźbą, Ł»urawiem, Baszczem, wrócił teraz Głowacki. Moskalewicz z Nicińskim jak od początku byli zżyci, tak do dziś trzymają się razem. Olek co roku w grudniu organizuje turniej, większość z nas może się wtedy spotkać. Czasem przychodzisz do ludzi, których nie widziałeś od bardzo dawna i czujesz się jak w rodzinie. Tak jest z nami.

Michal D: Jak to było z Kalu Uche za pana czasów w Wiśle, mocno „gwiazdorzył” i wymuszał transfer na zachód (bodajże do Ajaxu) czy był w porządku i starał sie asymilować z drużyną?
– Przyszedł z Hiszpanii, niesamowicie się pokazał i z miejsca miał mnóstwo ofert. Nie dziwię się, że chciał odejść. Transfer z Wisły w tamtym czasie to było jednak mission impossible. Jakkolwiek wysokie propozycje dla klubu by nie przychodziły, to z miejsca podwajano kwotę. Natomiast nigdy nie zauważyłem, żeby Kalu się obrażał albo stroił fochy. W tamtej grupie po prostu nie było takich ludzi.

Mochikanin: Drugie moje pytanie dotyczy Lecha z ostatnich lat z Lewandowskim, Peszką, Stiliciem, Murawskim i Arboledą. Jakby Pan porównał ten zespół Lecha z Wisłą z Ł»urawskim, Kosowskim, Kalu Uche, Głowackim i Baszczyńskim pod względem potencjału, osiągnięć, charakteru, szczęścia do trenerów ;)?
– Co wygrali, to ich. Ale poza Lewandowskim, ogromną rolę odegrali obcokrajowcy – Arboleda, Stilić, potem Rudniew. To byli ludzie, którzy ciągnęli grę, kształtowali ten zespół. Dawna Wisła była jedyna w swoim rodzaju. Podstawowa różnica między nami a nimi była taka, że kilkukrotnie zdominowaliśmy ligę, a Lech miał z tym spore problemy, choć w pucharach na pewno się pokazał. Ja mam jednak wciąż w pamięci, jak przyjechali do nas z trenerem Smudą i do przerwy przegrywali 4-0.

Reklama

Kamil: Witaj Kosa. Jak Ci się wydaje czy Bogusław Cupiał kiedyś spełni swoje marzenie o lidze mistrzów czy przez swoje niespujne rządy będzie się zawsze od niej odbijał w eliminacjach jak od ściany ?
– Ł»yczyłbym tego nie tylko samemu Cupiałowi, ale i kibicom. Nie wszystko da się jednak kupić za pieniądze. Potrzeba jeszcze szczęścia i mądrych decyzji przy wyborze prezesów, trenerów i piłkarzy. Na razie, patrząc na oszczędności, Cupiał swoje marzenia schował do kieszeni. Może jeszcze kiedyś po nie sięgnie?

Wojciech Kamiński: Panie Kamilu, czy nie jest Panu wstyd, że reprezentuje Pan grupę zawodową, która w naszym kraju jest pozbawiona ambicji, honoru i szacunku do kibiców. Dlaczego Wy – piłkarzyki (sorry, do piłkarzy Wam trochę brakuje), zarabiający takie pieniądze olewacie własnych kibiców i nie wykazujecie minimum zaangażowania w meczach? (patrz wczorajsze popisy naszych pucharowiczów). Czy nie widzicie, że swoją postawą odwracacie od piłki również sponsorów? Ł»yczę Wam, żebyście zapłacili za swoją głupotę – dosłownie zapłacili. Mam nadzieję, iż przyjdą takie czasy, że będziecie zarabiać tyle co te wszystkie فotysze czy Litwini – bo poziom prezentujecie podobny. Na koniec proponuję obejrzeć dzisiejsze zwycięstwo naszych wioślarek – następnym razem pomyślcie, zanim powiecie po meczu to słynne „daliśmy z siebie wszystko”.
– Jest takie powiedzenie – wstyd to kraść i z dupy spaść. Nie wiem, co pan robi w życiu zawodowym, ale do wszystkich można się przyczepić. Grupa piłkarzy jest specyficzna, ale w ten sam sposób powstydzić by się można za budowlańców, aktorów czy polityków. Z każdym jest tak samo. Gdyby pójść tym tokiem, to wszyscy Polacy powinni spalić się ze wstydu… Rozumiem, że po tym, co ostatnio reprezentacja pokazała na Euro, a kluby w pucharach, to najchętniej by się tylko ich krytykowało. Zresztą, w pełni zasłużenie. Pan ogląda tylko efekt finalny, często bardzo słaby, ale nie widzi tego, co dzieje się wcześniej. Kiedy pan się opala, piłkarze ciężko biegają. Kiedy pan jeździ na nartach, piłkarze ćwiczą na siłowni. Jeśli chodzi o mnie, to nigdy charakteru mi nie brakowało, a jak ktoś uważa te słowa za puste, to niech zapyta starszych kibiców Wisły.

Marcin Walczak: Witam panie Kamilu, może Pan opowiedzieć jakieś śmieszne/ciekawe historie z szatni/zgrupowań z okresu gry w Wiśle?
– Najwięcej działo się na obozach i najczęściej z byłym selekcjonerem reprezentacji Polski w roli głównej. Niestety… Sporo tych historii było, ale niektóre albo nie nadają się do druku, albo nie jestem na tyle odważny, by opowiadać je publicznie. Na pewno jednak ciekawsze wspomnienia będę publikował, tak jak TUTAJ.

Tato: Czy pamiętasz, co na temat nazywania Ciebie „Kosa” powiedział Roman „Kosa” Kosecki? Jeśli, tak, to co byś mu na to odpowiedział?
– Bardzo fajne pytanie. Pewnych rzeczy, jak rodziców czy pochodzenia, po prostu się nie wybiera. „Kosa” wołali na mnie od szkoły podstawowej, mówią tak też na mojego brata czy starszego syna. Nikomu pseudonimu nie podbierałem. Jeżeli dla kogoś „Kosa” jest tylko jeden i jest nim pan Kosecki – w porządku. Zresztą, jako gówniarz go podziwiałem, mam do niego wielki szacunek. A jeżeli jemu to przeszkadza, to ma problem. Nie powiem znajomym po 30 latach, żeby od teraz mówili do mnie inaczej, bo nie podoba się to jednej osobie.

Reklama

P: Nigdy się nie kryłeś ze swoją niechęcią do Legii i jej kibiców. Z czego ona wynika, jakieś nieprzyjemne wspomnienia, czy może kompleksy?
– Ani do Legii, ani do jej kibiców nigdy nie pałałem niechęcią. Co więcej, w szkole podstawowej kibicowałem temu klubowi. To, że mam problem z Legią, utarło się po jednym z mistrzostw i pamiętnej koszulce, ale ja od zawsze powtarzałem, że to zaszczyt grać na Legii. Na nasze mecze kiedyś czekali nie tylko kibice obu drużyn, ale cała piłkarska Polska. To były mecze sezonu, piękne czasy. A kompleksy? Hmm, nie chcę nikogo urazić, ale to chyba Wisła w ostatnich latach zdobyła tych mistrzostw trochę więcej od Legii.

Artur: Panie Kamilu, Proszę o opisanie Wigilii 2007 u Pana Cupiała – co się stało – dlaczego Pan wtedy nie został w Wiśle?
– To bardzo ciekawa historia, ale nie ma przyjemnego zakończenia. Nie będzie w niej happy endu. Z jej opowiedzeniem chcę się jeszcze wstrzymać, choć zapewniam, że wszystko opiszę na blogu. Tym, którzy mają wobec mnie spore wątpliwości, prawda da wiele do myślenia, może też znacznie zmieni spojrzenie. Na razie proszę o cierpliwość.

Filip L: Jak duże rozbieżności finansowe (lub niefinansowe) były, że nie przedłużyłes kontraktu z Wisłą wtedy na jesieni za Skorży? Czy Bednarz to skąpy człowiek i dlaczego tak?
– Dyrektor sportowy w Wiśle to przede wszystkim człowiek od wykonywania poleceń Sami Wiecie Kogo. Nie znam kompetencji Bednarza, nie jest to jednak skąpy człowiek, a po prostu dobry negocjator. Ja wtedy z klubem się dogadałem – wiedzą o tym i Jacek, i trener Skorża. Pamiętam, jakby to było dziś. W piątek wszystko uzgodniliśmy, podaliśmy sobie ręce, a w sobotę Bednarz przekazał mi informację, że prezes całkowicie wycofuje się z oferty. Ł»e aktualna jest propozycja sprzed kilku miesięcy, a jak się nie podoba, to wyjazd. No, to wyjechałem.

Pero: Ostatnio sporo sensacji, szumu i zainteresowania wśród kibiców Wisły wywołała autobiografia Andrzeja Iwana, a w szczególności zawatre w niej opisy imprezowego życia pozaboiskowego. Spodziewam się, że Pan był takim „odpowiednikiem: Ajwena w Wiśle Kasperczaka. Czy doczekamy się kiedyś spisania wspomnień z tamtych czasów? bo nie wierze, że z Ł»urawiem, Baszczem czy Kuźbą chodziliście spać przed 22.
– Dobrze się znam z trenerem Andrzejem i czytając książkę, zrozumiałem, dlaczego miałem u niego oko. Wiele rzeczy, które działy się w jego czasach, nie mogło mieć jednak miejsca w mojej Wiśle. Dzięki książce, świetnej zresztą, można zobaczyć, jak wielkim talentem był Iwan. Za granicę wyjechać nie mógł, ustrój takie wyjazdy zabił. Gdyby Deyna pojechał do Interu, gdyby Lubański pojechał do Realu, gdyby Gadocha i Iwan… Oni pociągnęliby za sobą polskich trenerów i piłkarzy, a nasza piłka wyglądałaby dziś zupełnie inaczej. Zresztą, życie jej bohaterów również.
O spisanie moich wspomnień pytały mnie już dwie osoby, ale nie jestem na tyle mocny psychicznie, jak trener Iwan. On sam napisał, że dla niego to była terapia, a ja jej nie potrzebuję. Nie mam ani chęci, ani motywacji opowiadać o swoich sprawach osobistych czy życiu, które prowadziliśmy w Wiśle. Zresztą, Ł»uraw czy Baszczu, których pan wymienia, to akurat spokojne chłopaki były. Trochę z Marcinem Kuźbą porządziliśmy, ale to w czasach internatu.

Reklama

Ziomuś: Trochę trochę z dupy pytanie ale może akurat się ukaże;-) Znany byłeś z tego, że często odwiedzałeś kasyna Ile najwięcej kasy udało Ci się wygrać a ile przegrać?
– Z tego, co słyszałem, zamknęli kasyno na Bronowicach, gdzie Andrzej Iwan też bywał. Czyli tak źle wcale nam nie szło…

Maciek: Chcialem zapytac sie Pana Kamila, czy w koncu nauczyl sie jakiegos obcego języka? Kiedyś uważał, że nie warto się uczyć, nawet jak gra się w Niemczech. Jestem ciekaw, czy zmienił zdanie:)
– Przyznaję, żadnego języka na tip-top się nie nauczyłem. Aczkolwiek byłem ostatnio przez tydzień w Niemczech i załatwienie spraw codziennych nie stanowiło żadnego problemu. Tak samo jest z Włochami, Anglią, nawet Hiszpanią. Gdzie bym w życiu się nie znalazł, to na pewno nie zginę.

Buona sera, buona sera Kamil. Czy, jako zawodnik grający w Anglii i we Włoszech, uważasz, że obecne umiejętności lingwistyczne naszego Wojtusia Pawłowskiego pozwolą mu „trzymać” szatnie w ryzach i kierować linią obrony zarówno w Italii jak i na Wyspach Brytyjskich? pozdro, very solić pytający deco
– Buona sera, buona sera! Nie oglądałem tego wywiadu, bo takich ludzi jest mi po prostu żal. Odnoszę wrażenie, że Wojtek sam kreuje się na tępaka. Jemu ta rola pasuje. Ale to świetny bramkarz i nie zdziwię się, jak te słowa, które ludzie teraz w niego kierują, kiedyś będą jeszcze musieli połykać. Może się okazać, że Pawłowski będzie polskim numerem 1 i czołówką na świecie. Co wtedy? Dziś widać, że na bramkarza nadaje się idealnie. W końcu od dawna wiadomo, że to pozycja dla specyficznych ludzi.

SG: Witam. Grałeś kiedyś w ustawionym meczu? Pozdrawiam
– Nie.

Reklama

Maciej Borowski: Panie Kamilu, w PZPN sytuacja jest tragiczna – wiadomo. Nadchodzą wybory, które – miejmy nadzieję – wyłonią nowego prezesa, który uporządkuje sytuację w związku. Chciałbym zapytać, co Pan uważa o najbardziej medialnej i najszerzej popieranej społecznie kandydaturze Zbigniewa Bońka? To, że byłby to o niebo lepszy prezes od Grzegorza „Endless” Lato jest jasne. Inteligentny, znający języki obce, obyty w świecie, posiadający dobre kontakty z najważniejszymi ludźmi w świecie piłki, potrafiący się zaprezentować człowiek. To nie ulega wątpliwości. Mnie jednak martwi, że „Rudy” to człowiek, który był kilka lat wiceprezesem za czasów Michała Listkiewicza, w czasach przesiąkniętych korupcją i nic z tym nie zrobił. Uważa Pan, że Zibi potrafiłby skutecznie rozwiązać ten jeden z największych problemów polskiej piłki?
– Rozumiem, że Bełchatów ma spaść, tak? Ł»e powiem kilka złych rzeczy na obecnego prezesa, to w ramach rewanżu zostaniemy zdegradowani? (śmiech) Jeśli jednak miałby zmienić się prezes i poukładać wszystko od nowa, to jest tylko jeden kandydat. Boniek. Lepszego wyboru, choćbyśmy szukali i dwa lata, na pewno nie znajdziemy. Na takiego Jurka Dudka jest zdecydowanie za wcześnie.

Maciek: Jak się pan czuje w roli osoby, która komentuje i krytykuje kolegów, z którymi jeszcze gra?
– Staram się nie krytykować, nie rzucać nazwiskami, że ten grał źle, a tamten jeszcze gorzej. Chciałbym po prostu podzielić się swoją opinię, czasem komuś poradzić. Wiele osób zarzuciło mi, że czepiam się trenera Lenczyka, a proszę sobie wyobrazić taką sytuację – pan Orest odchodzi po mistrzostwie, a następca osiąga identyczne wyniki w pucharach. Do poprzednika poszliby na kolanach i błagali, żeby wrócił.

Mati1249: Ile zamierza Pan jeszcze grać w piłkę i co sądzi Pan o szkoleniu młodzieży w Polsce porównując ją do szkolenia na Cyprze (podobny poziom piłkarski w tych czasach)?
– Pogram tyle, na ile zdrowie pozwoli. Na razie mi się nie nudzi, nie robię tego na siłę. Myślę, że wiele zależy od tego, jak przetrwam ten sezon. W poprzednim miałem ogromny problem z plecami, o czym wielu nie ma pojęcia. W zespole była trudna sytuacja, mieliśmy fatalny bilans, nie za bardzo miał kto grać, więc nie było czasu na leczenie. No, ale jak człowiek za bardzo chce, to wychodzi na odwrót. Początkowo była to sprawa przeciążeniowa, którą lekceważyłem, potem ratowałem się tabletki, aż w przerwie meczu w Krakowie nie byłem w stanie podnieść się z miejsca. I trzeba było poddać się operacji.

Co prawda nie widziałem, jak szkoli się młodzież na Cyprze, ale warunki mają tam fatalne. Jak w Apollonie przesunięto mnie do rezerw – to była forma nacisku, żebym się zrzekł pewnych rzeczy – ćwiczyliśmy w spartańskich warunkach. Młodzi może i są utalentowani, ale jeśli przy 40 stopniach trenują na sztucznym boisku… Proponuję samemu spróbować. Zdecydowanie lepiej wygląda to w Polsce. Zresztą, wydaje mi się, że staliśmy się krajem atrakcyjniejszym, choć nie przekłada się to jeszcze na poziom i jakość. Jeden z problemów to firmy bukmacherskie, które są sponsorami klubów na całym świecie. Wszędzie, tylko nie u nas.

Reklama

Sebastian Chabiniak: Czy nie masz żalu do Janasa, że zabrał Cię jako turystę na mundial, podczas gdy w eliminacjach byłeś jednym z liderów? Nie skręcało Cię, gdy na skrzydle grał beznadziejnie Krzynówek?
– Samego Janasa nie miałem odwagi o to zapytać, rozmawiałem tylko ze Skorżą, ale nie był w stanie odpowiedzieć wprost. Eliminacje i mecze towarzyskie w naszym wykonaniu były naprawdę dobre. Sam strzeliłem dwa, trzy gole, zanotowałem kilka asyst i czułem się filarem tej drużyny. Jak w meczu na wodzie w Barcelonie gładko ograliśmy Ekwador 3-0, to zagrałem bardzo dobrze. Miałem prawo myśleć, że wyjdę też w pierwszym składzie kilka tygodni później, już w Gelsenkirchen… Nie mogę powiedzieć, że beznadziejnie grali skrzydłowi. Krzynówek, jakby na niego nie spojrzeć, to nawet w beznadziejnej formie beznadziejny nie był. Zresztą, dziś go trochę brakuje, polskiej lidze bardzo by się przydał. Mojego miejsca nie zajął jednak Jacek, a Ebi Smolarek. Janas nagle zmienił system, wystawił jednego napastnika, Ebi zagrał na „mojej” stronie. Wszedłem wtedy w 80. minucie i nie wiem, czy ktoś pamięta, ale bardzo ostro potraktował mnie Antonio Valencia. Dla mnie – choć powtórki nie oglądałem – powinna być czerwona kartka. Po latach, będąc już w Hiszpanii, dowiedziałem się, że jeśli wyszedłbym od pierwszej minuty, to też na starcie dostałbym kosę albo po prostu faulowaliby mnie co jakiś czas. Po meczu w Barcelonie uznali, że trzeba na mnie uważać i jakoś zniechęcić. Zresztą, po trzech minutach gry miałem naderwane włókno mięśnia i grałem z kontuzją. Janas szybko mnie zamknął w szafie, a ja w jednej z przerw po treningu złowiłem swojego życiowego szczupaka (śmiech). Niestety, to tylko śmiech przez łzy.

MacK: Co jakiś czas wypomina się Panu zachowanie przed meczem z Ekwadorem, że pstrykał Pan sobie fotki na stadionie. Nie jest Panu tak po ludzku głupio, tak z perspektywy czasu?
– Wiem, że zostałem przez ludzi wyśmiany, ale ja się tego nie wstydzę. Nie mam czego. Na otwarcie Igrzysk Olimpijskich większość wychodziła z aparatami albo telefonami. Robi to na człowieku wrażenie, chciałby na chwilę zatrzymać czas. Po tamtym mundialu dwie stacje telewizyjne nawet się zgłosiły, żeby tamten materiał ode mnie odkupić. To o czymś świadczy. Nie chcę nikogo obrazić, ale w niektórych kwestiach ludzie są po prostu ograniczeni. Jeśli ktoś nie potrafi tego zrozumieć, nie moim obowiązkiem jest mu to tłumaczyć. Niektórzy kręcą, jak żona rodzi – ot, chcą uwieńczyć wyjątkowy dla nich moment. A ja wiedziałem, że to najprawdopodobniej mój jedyny i ostatni mundial. Bo z wcześniejszych mistrzostw zostałem po prostu wyjebany.

Korzychxp: Panie Kamilu, czemu po powrocie z zagranicy nie zdecydował się Pan przejść do żadnego zespołu w polskiej lidze aspirującego o wysokie miejsce w tabeli? Nie wierzę, że kluby z czołówki nie wyrażały zainteresowania Panem, teraz czy po tym sezonie? Albo czy nie byłoby miło tak asystować Tomkowi Frankowskiemu w Jadze? Czy fakt pozostania w GKS oznacza rychły koniec kariery i tzw odcinanie kuponów?
– Jeśli ktoś myśli, że gra w Bełchatowie to odcinanie kuponów, nawet nie wie, jak bardzo się myli. W poprzednim sezonie to była szalona walka o utrzymanie w szalonych, co wspomniałem wcześniej, warunkach. Nie było to nic przyjemnego, ale przynajmniej grało się o coś. Propozycji z klubów topowych… właściwie nie było. Temat powrotu do Wisły był zamknięty, o czym wszyscy się przekonacie, poznając historię słynnej Wigilii. Mogłem grać w Legii, chciał mnie Skorża, ale ja sobie nie wyobrażam, żebym założył koszulkę tego klubu. Nie po tym, co przeszedłem z Wisłą! Nie chcę nic zaogniać, po prostu był to temat, który dla mnie – choćbym miał zarabiać krocie – nie istniał. Dziwna była zaś sprawa Śląska, bo najpierw chciał mnie trener, a nie chciał ktoś inny i jak ten ktoś się zdecydował, to trenerowi się odechciało. Nie wiem, czym to było spowodowane. OK., Śląsk przyjechał do Bełchatowa, dostał 3-0, my we Wrocławiu też powinniśmy wygrać, bo byliśmy lepsi. Jeśli komuś miałem coś udowodnić, to udowodniłem.

tbassi: Jak myślisz jak długo drużynie z Bełchatowa uda się przetrwać?
– Moim zdaniem, mamy w zespole zawodników, którzy… do GKS nie pasują. Kilku ma ogromny potencjał i niedługo powinni grać w Lechu, Legii czy Wiśle i reprezentacji Polski. Liczę, że ta piątka, którą mam na myśli, potwierdzi to w tym sezonie. Nie można też wykluczyć, że prezes ściągnie sponsora, dojdzie kilku piłkarzy i będziemy solidnym ligowcem. Niestety, Bełchatów – przy całym szacunku dla kibiców – to nie jest miasto, które żyje piłką. Nie wiem, co musiałoby się stać, abyśmy dogonili siatkarzy, którzy są w ścisłej światowej czołówce.

Reklama

Laska: Co sądzisz o komentarzach czytelników Weszlo.com pod każdym artykułem zamieszczonym na serwisie?
– Czytelnicy dzielą się na „hejterów” i – nie jestem pewien, czy coś takiego istnieje – „lajkerów”. Ktokolwiek by się nie uzewnętrznił ze swoją opinią, zaraz zostanie w komentarzach maksymalnie zjebany. Kiedyś może bym się cieszył, że jakiś jełop wie, że mam rację i się wyładowuje, ale dziś już mnie to nie bawi. Widać jednak popularność portalu, bo gdyby ktoś tego nie czytał, to nie byłoby tylu komentarzy. I jeszcze raz czapki z głów dla tych, którzy zrównali mnie z ziemią za krytykę Śląska… W komentarzach jest też jednak mega, mega pozytywna sprawa – podszywanki. Rewelacja! Czasem przesyłamy sobie z Marcinem Ł»ewłakowem najlepsze rzeczy. Kupa śmiechu. No cóż, ostatni raz takie komentarze czytałem w 1979!

Lukasz: Jak to sie stalo ze rodowity Ostrowiak nie gral w KSZO,na ktorym sie wychowalem tak na marginesie tylko w Gorniku?Napewno stracilismy wtedy utalentowanego zawodnika.A i prosze o wiecej anegdotek o Dyzmie Smudzie.
– Z Ostrowca do Zabrza wyjechaliśmy we czterech po szkole podstawowej. I wszyscy byli lepsi ode mnie! Dwójka wróciła do Ostrowca, kontynuowali tam naukę, a takiemu Krystianowi Kanarskiemu, który był talentem nieprzeciętnym, bardzo to zaszkodziło. Zostając w Ostrowcu, nie mógł potem wychylić za niego nosa. Tomek Siczek z kolei, który walił po 20 goli na sezon, pod wpływem mamy odstawił piłkę i poszedł na studia. Dziś jest nauczycielem WF. Talentów w Ostrowcu było w swoim czasie mnóstwo, wielu grało w reprezentacjach młodzieżowych. Po latach, będąc już w Southampton, spotkałem dawnych kolegów, którzy pracowali w restauracjach czy na bramce w klubie. A to był taki świetny rocznik! Ostrowiec to miasto bez przyszłości, wszyscy stamtąd uciekają, a przecież na ligę przychodziło i przychodzi po kilka tysięcy ludzi. Jak przyjeżdżałem tam z Wisłą, to byłem strasznie przez trybuny jebany. Nie mam pojęcia, dlaczego, a szkoda tylko, że rodzice tak się nasłuchali.

Filip Wiśniewski: Kosa, co myslisz o czasach spedzonych w Gwarku Zabrze? Jak wspominasz ten czas?
– Każdy ma swoją historię i próbuje ją opowiedzieć jak najbiedniej – może, żeby wzbudzić jakąś litość? U mnie było biednie, po prostu. Ojciec wygonił mnie do internatu, bo gdybym został w Ostrowcu, to dziś albo kopałbym w okręgówce, albo siedziałbym pod budką z piwem. Wyjeżdżałem w wieku 14 lat, a warunkami fizycznymi przypominałem piątoklasistę. To była prawdziwa szkoła życia, ale dziękuję rodzicom i ludziom, którzy w Gwarku starali się mnie ukształtować. Normalni nastolatkowie mają fajne czasy liceum, wyjazdy na wycieczki, pod namioty, a ja z tamtego okresu nie mam nic. Został pewien żal do życia, do siebie samego, ale gdybym miał tamto, to może nie miałbym tego, co mam dziś.

Rafał: Myśli pan, że Smuda się odbuduje, że jest na tyle silny psychicznie, że stanie jeszcze na nogi?
– Jeżeli ktoś myśli, że Smuda jest człowiekiem, który kiedykolwiek się podda albo ma na tyle oleju w głowie, żeby się czymś przejmować, to bardzo się myli. Franz wróci do trenerki i pewnie szybciej, niż większości z nas się wydaje. Już słychać, że miałby objąć Wisłę, a do końca sierpnia ma kontrakt z PZPN. Nie chcę powiedzieć, że jest za głupi na to, żeby takie porażki odcisnęły na nim piętno. Nie chcę w niego zbyt mocno uderzać, bo on i tak się tym nie przejmie. Zresztą, do swojej kadry już mnie powoływał i potem wyrzucał jak śmiecia. Lubimy się, a czy szanujemy? Nie sądzę, żeby Smuda szanował kogokolwiek. Odnoszę też wrażenie, że Franz właśnie ewoluował ze swojej dyzmowskiej natury na poziom nieco wyższy. فadniej i wolniej się wypowiada, spokojnie odpowiada na pytania i przede wszystkim nie sra, jak dziennikarze do niego dzwonią.

Reklama

komisarz_alex: Kiedyś chyba w pierwszym swoim blogu na Weszło pisał pan o Klubie فamignatów (TUTAJ). Kto jest na czele tego rankingu? Kto gra najbardziej brutalnie?
– Jest kilku piłkarzy, którzy – delikatnie mówiąc – grają ostro. Ciekaw jednak jestem, jak postrzegają to czytelnicy, oglądając mecze na stadionach i przed telewizorem. Jeśli was ten temat trochę interesuje, umieśćcie w komentarzu swój ranking najbrutalniej grających ligowców. A ja w najbliższym wpisie na blogu odniosę się do tych nazwisk, jakoś je skomentuję i przedstawię własny ranking łamignatów.

Spisał: PIOTR TOMASIK

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama