Di Matteo jak Janas – czy to wystarczy, by być menedżerem Chelsea?

redakcja

Autor:redakcja

22 marca 2012, 11:48 • 2 min czytania

Di Matteo jak Janas – czy to wystarczy, by być menedżerem Chelsea?

Roberto di Matteo, legenda Chelsea, ale jednocześnie człowiek bez doświadczenia. Dobry jako tymczasowy trener, ale czy stać go na coś więcej? Po ostatnich sukcesach, a przede wszystkim po niesamowitej pogoni w 1/8 finału Ligi Mistrzów, coraz głośniej mówi się, że Włoch ma szansę usunąć „tymczasowego” z nazwy swojej funkcji. Wczorajsza wpadka z Manchesterem City raczej nic nie zmienia.
Po wielkim zawodzie, jaki przyniósł Chelsea Andre Villas-Boas, The Blues potrzebowali przede wszystkim świeżego spojrzenia, najlepiej człowieka, który nie będzie za bardzo fikał. Terry i spółka to zespół bardzo specyficzny, trudny do prowadzenia – jak każda drużyna, na której piętno odcisnął The Special One. Di Matteo zdawał się być odpowiedni do uspokojenia nastrojów – był asystentem AVB, cały czas przebywał blisko drużyny, a nade wszystko – był gwiazdą Chelsea w czasach, gdy Terry, czy Lampard trafiali na Stamford jako „młodzi, zdolni”.

Reklama

Ma wobec tego ich szacunek? Możliwe, choć w pamięć całemu piłkarskiemu światu zapadną przede wszystkim takie obrazki:

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

To każe sądzić, że jego główną zaletą jest „nie wpierdalanie się”. Może powinni wziąć Janasa? Jakkolwiek by tego nie oceniać, w takim szaleństwie może tkwić metoda. Terry, Drogba, Cech, Lampard to zawodnicy, którzy przeżyli już w piłce sporo wzlotów i upadków, naprawdę ciężko dobrać im trenera, który mógłby powiedzieć im coś nowego. Grają ze sobą już kilka ładnych lat, znają się jak łyse konie, a charyzmą przewyższają nie tylko di Matteo, czy Avrama Granta, ale nawet nieszczęsnego Villas-Boasa. W dodatku są sfrustrowani, wiedzą, że to ich ostatnia szansa na cokolwiek, mają świadomość mijającego czasu – zwyczajnie im się chce. Pozornie wystarczy tego nie spieprzyć i dać im wolną rękę.

Fakty przemawiają za di Matteo, niezależnie od tego jaką rolę odgrywa w sukcesach Chelsea. Najpierw 2:0 z Birmingham w Pucharze, potem ligowe zwycięstwo ze Stoke i wreszcie ten piękny powrót w Lidze Mistrzów. Teraz zabrakło kwadransa, by pokonać błękitną maszynę z Manchesteru. Jasne, można się przyczepić, że to trener jest winny – on bowiem mógł wykonać zmiany gwarantujące utrzymanie wyniku. Prawda jest jednak taka, że Villas-Boas z Citizens nie ugrałby pewnie nawet gola. Przyznają to legendy Chelsea, jak choćby Marcel Desailly, który głęboko wierzy w swojego kolegę z boiska.

Di Matteo ma również spore szczęście. W losowaniu Ligi Mistrzów ominął hiszpańskie zespoły i trafił na Benfikę. W Anglii ma już za sobą mecze z Manchesterami, a zarówno Tottenham, jak i Newcastle będzie podejmował na Stamford Bridge. Półfinał Ligi Mistrzów i czwarte miejsce w Premier League powinny wystarczyć, by Roberto stał się pełnoprawnym menedżerem. Takim, co się nie wpierdala, ale jednak menedżerem.

JO

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama
Reklama