Los Pupas kontra burżuazja

redakcja

Autor:redakcja

07 stycznia 2012, 15:19 • 7 min czytania

Dziesiątego grudnia minionego roku, wzrok całego piłkarskiego światka był zwrócony na jedno miejsce – Santiago Bernabeu. Właśnie wtedy odbyło się ostatnie Gran Derbi. Mecz, uważany przez większość widzów za najważniejsze spotkanie w roku. Takie, którego bez względu na wszystko, nie można opuścić. Derby Mediolanu, Manchesteru, Glasgow czy Westfalii to przy nim pikuś. I to dużo mniejszy niż pan Pikuś. Przez zaciętą i trwającą od zawsze rywalizację „Królewskich” z Katalończykami, mało kto zwraca uwagę na inne, derbowe starcia Realu i Barcy. A szkoda, bo nie dostarczają wcale mniej emocji. Kto wie czy nawet nie więcej? W końcu utarcie nosa bogaczom z Santiago Bernabeu przez ich lokalnego rywala, warte jest o wiele więcej niż zdobycie jakiegokolwiek pucharu.
Historii ulokowanego w północnej części stolicy Hiszpanii, Realu nie trzeba nikomu przedstawiać. „Królewscy” mają na swoim koncie niezliczoną ilość sukcesów, zarówno tych krajowych, jak i osiągniętych na arenach międzynarodowych. Trzydzieści jeden wiktorii w Primera Division, osiemnaście w Pucharze Króla, dziewięć w Lidze/Pucharze Mistrzów. Wymienienie dwudziestu dwóch zwycięstw w Trofeo Santiago Bernabeu będzie chyba nie na miejscu. To tylko wierzchołek góry lodowej trofeów, które Real zdobywał od 1902 roku. Założone dokładnie rok później Atletico nie można nazwać jego przesadnie ubogim krewnym. Jakże wdzięcznie brzmiący w naszym języku, „Los Pupas”, czyli mięczaki, mają na swoim koncie dziewięć mistrzostw kraju. Pod tym względem zajmują trzecie miejsce w tabeli wszech czasów. Zdarzały się im też wygrane w europejskich pucharach. Może większość tego nie zauważa, ale to naprawdę wielki. Właśnie dlatego, to pojedynek z nimi, a nie inną drużyną z Madrytu bądź jego przedmieść nazwany jest mianem El Derbi Madrileno.

Los Pupas kontra burżuazja
Reklama

Według niektórych, derby w tej chwili zasługują tylko i wyłącznie na epitet upadłe. Ponoć nikt inny, prócz samych zainteresowanych nie zwraca już na nie uwagi, a przecież kiedyś elektryzowały one całą Hiszpanię. Ale trudno się temu dziwić, bo „Rojiblancos” w ostatnich kilkunastu latach nie zachwycają w rodzimej lidze. Wydaje się jednak, że prędzej czy później, choć chyba raczej później, osiągną w niej spektakularny sukces. Można tak sądzić zwłaszcza dlatego, że od lat 30., piłkarzom z Vicente Calderon tylko dwukrotnie (w tym w minionej dekadzie) nie udało się sięgnąć po tytuł na przestrzeni dziesięciu lat. Zresztą, jeszcze nie tak dawno „Los Colchoneros” wygrali Ligę Europejską i Superpuchar Europy. Poza tym, prócz Realu i Barcy są jedynym hiszpańskim zespołem, który zdobył tytuł najlepszego klubu świata.

Reklama

Powstanie Atletico było trochę skomplikowane. Zespół został założony przez kilku madryckich studentów, którzy grali w piłkę w Bilbao. W pewnym momencie, Baskowie odsunęli ich od drużyny, a ci postanowili stworzyć filię wciąż ukochanego Athletiku. Zresztą, czerwono-biali, na samym początku, nie byli żadnym Atletikiem, tylko właśnie Athletikiem. Kserokopia wręcz idealna.
Obecnie, obie ekipy mają takie same barwy, choć nie wzięło się to bezpośrednio ze wspólnej przeszłości. Kolor czerwony na trykotach „wytworców materacy” pojawił się dopiero kilka lat od uniezależnienia się od klubu z Bilbao. Dlaczego akurat czerwony? Podobno używany do produkcji materacy kolor, był po prostu najtańszy. Ł»eby było śmieszniej, korzenie Realu też nie sięgają samej Kastylii, bo w jego założeniu mieszali palce… Katalończycy.

Pierwsze, ligowe spotkanie obu ekip odbyło się dopiero grubo ponad dwadzieścia pięć lat od ich powstania. Wszystko dlatego, Primera Division narodziła się dopiero w 1929 roku. „Galacticos”, po dwóch trafieniach Ramona Triana’y wygrali na swoim stadionie 2-1. W rewanżu, już na terenie rywala udało mu się wygrać jeszcze wyżej, 3-0. Nie było jednak tak, że drużyny wcześniej w ogóle się nie mierzyły. Pierwszy mecz datowany jest już na 1903 rok. Atletico (a raczej Athletic) wygrało 1-0. Na przestrzeni kilkunastu kolejnych miesięcy doszło do dwóch kolejnych spotkań, a w jednym z nich „Rojiblancos” rozbili rywala 5-0.

Starcia pomiędzy Realem, a Atletico są wyjątkowe, oczywiście jak w większości derbów, prócz wywodzenia się z jednego regionu czy miasta, musi chodzić o coś jeszcze. Zwykle jest to zasobność portfela i nie inaczej jest w tym wypadku. Choć nie tylko. Na samym początku istnienia obu klubów, to Atletico cieszyło się większą sympatią. Ludzie dowodzący Realem, postanowili zwiększyć ceny za wejściówki. Można pomyśleć, że posunięcie było idiotyczne, ale właśnie dzięki temu, na stadion „Królewskich” zaczęła przychodzić tylko i wyłącznie ludność bogata. Burżuazja. Atletico musiało pogodzić się z tym, że większość ich kibiców należała do niższych stanów, byli to głównie harujący godzinami robotnicy. Zresztą, różnice można też dostrzec w miejscach, w których znajdują się, zbudowane kilkadziesiąt lat później stadiony. Santiago Bernabeu stoi przy arystokratycznej ulicy Castellana, a Vicente Calderon, przy browarze nad rzeką Manzanares. Oczywiście wśród kibiców są także wyjątki. W Hiszpanii jest nieco inaczej niż w Polsce. U nas, za niepodporządkowanie się panującym w danym miejscu zasadom można skończyć (co najmniej) marnie. Tam aż tak groźnie nie jest.

Fani obu ekip od zawsze mieli inne spojrzenie na politykę. Do Realu przylgnęła łatka ludzi z poglądami nadto prawicowymi, kibice Atletico stali zazwyczaj z lewej „strony”. Zazwyczaj. Podobnie, jak Cracovia Kraków miała swojego Jana Pawła II, tak Atletico posiadało wielkiego kibica. Był nim dyktator, Francisco Franco. Szkopuł w tym, że pan generał po jakimś czasie zmienił zdanie. Wstrzymał dotacje dla Atletico i przeszedł na stronę Realu. Od tej pory, to „Królewscy” mogli cieszyć się wsparciem rządu. Kibice z południa miasta pamiętają ten ruch do dzisiaj. Różnice pomiędzy dwoma klubami idealnie opisuje nieoficjalny hymn „Rojiblancos”, napisany przez Joaquina Sabinę.

Co kilka miesięcy stolica Hiszpanii jest dosłownie sparaliżowana. Wszystkie inne sprawy, w szczególności dla mieszkańców z południa zaczynają nie mieć znaczenia. Madryt robi się dwukolorowy, jedni eksponują czerwono-białe, a drudzy białe barwy swojej drużyny. Nie inaczej było w listopadzie. Tym razem pierwsze w sezonie spotkanie odbyło się na Santiago Bernabeu. Gospodarze, choć stracili bramkę jako pierwsi, byli wyraźnie lepsi i wygrali 4-1. Dla Atletico spotkania derbowe, są od jakiegoś czasu prawdziwym dramatem. Dwanaście – właśnie tyle lat czerwono-biała drużyna czeka na zwycięstwo z bogatszym rywalem. Miażdżący jest też bilans bramek z ostatniej dekady, który wynosi 41-15. „Los Pupas” od tych kilkunastu lat, twierdzą, że wolą grać źle, ale wygrać, aniżeli zaprezentować się dobrze, ale zejść z boiska jako pokonani. Niestety, z obecnym Realem tak się nie da.

W sumie, w Primera Division, obie ekipy spotykały się 147 razy. Real wygrywał 80-krotnie, Atletico schodziło z boiska, z tarczą 35 razy. Warto podkreślić, że na samym początku, w derbach przeważali czerwono-biali. W pierwszych trzynastu sezonach po wojnie domowej w Hiszpanii, Atletico wygrywało piętnastokrotnie, Real miał o pięć zwycięstw mniej. Wszystko doskonale obrazuje jednak fakt, że od lat 50., „Los Indios” wygrali w lidze tylko dwadzieścia razy.

Podobne proporcje są jeśli chodzi o rozgrywki Pucharu Króla. Tam Atletico wygrywało dziewięciokrotnie, a przegrywało 16 razy. Czternaście razy padał remis. Należy jednak przypomnieć, że „Rojiblancos” mają przewagę, jeśli chodzi o spotkania finałowe Copa del Rey. Do tej pory odbyły się cztery takie mecze, a „poczwarki” wygrywały w nich trzykrotnie. W sezonie 1958/1959 doszło do jedynej jak na razie potyczki obu ekip w europejskich pucharach. Kibice byli świadkami derbów Madrytu w półfinale ówczesnego Pucharu Mistrzów. W pierwszym spotkaniu Real wygrał 2-1, w drugim lepsze okazało się Atletico, które pokonało rywala 1-0. O awansie do wielkiego finału miał zadecydować dodatkowy mecz, w Saragossie. Wszystko dlatego, że wtedy, bramek strzelonych na wyjeździe, nie liczono jeszcze podwójnie. „Królewscy”, po niezwykle zaciętym spotkaniu wygrali na El Romareda 2-1. Później, już w finale ograli Francuzów ze Stade Reims i sięgnęli po końcowe zwycięstwo w rozgrywkach.

W historii nie brakowało zawodników, którzy w swoim CV mieli zapisaną grę w obu zespołach. Ci nieco starsi, to m.in. Hugo Sanchez czy Bernd Schuster. Z czasów bliższych dniu dzisiejszego – Juanfran, Jose Antonio Reyes, Santiago Solari czy Jose Manuel Jurado. Mało kto pamięta, ale z juniorskich drużyn Atletico wywodzi się legenda Realu, a obecnie snajper Schalke, Raul Gonzalez. 34-letni napastnik zanotował w swojej karierze 29 derbowych spotkań. W podzięce za swój dwuletni pobyt wśród „poczwarek”, zdobył w nich 11 bramek i jest jednym z najlepszych strzelców El Derbi Madrileno. Ale Atletico samo jest sobie winne. Raul mógł zostać w południowej części miasta, ale ówczesny prezydent, nieżyjący już Jesus Gil, w celu oszczędności, postanowił zlikwidować drużyny juniorskie. Może gdyby nie to, Raul byłby w tej chwili legendą „Rojiblancos” i pociągnąłby Atletico do większych sukcesów? Trzeba jednak przyznać, że od jakiegoś czasu oba kluby nie mogły mieć do siebie żadnych pretensji jeśli chodzi o transfery, a dokładniej podkupowanie sobie zawodników. Swoje trzy grosze wtrącił do tego były prezydent „Królewskich”, Ramon Calderon, który wprowadził odpowiednią umowę. Zgodnie z nią, transfer może się obyć, tylko i wyłącznie za zgodą rywala zza między. Stosunkowo ciepłe ostatnimi czasy stosunki między działaczami zmroziła trochę sytuacja z Sergio Aguero, który ostatecznie trafił do Manchesteru City.

MATEUSZ MICHAفEK

JEŚLI CHCESZ NAPISAĆ SWÓJ TEKST O LIDZE ZAGRANICZNEJ, WYŚLIJ MAILA. DLA NAJLEPSZYCH NAGRODY PIENIÄ˜Ł»NE!

[email protected]
[email protected]
[email protected]
[email protected]

Najnowsze

Anglia

Gwiazda czerwonej latarni Premier League ucieka. Dogadał się ze zwycięzcą Ligi Mistrzów

Maciej Bartkowiak
6
Gwiazda czerwonej latarni Premier League ucieka. Dogadał się ze zwycięzcą Ligi Mistrzów
Reklama

Weszło

Reklama
Reklama