– Problem pojawił się w Ostrowcu, bo kupka, która do pewnego czasu rosła, nagle zaczęła topnieć. Szukali mnie ludzie, którym byłem winien pieniądze. W tym momencie, to już nie były żarty. Zrobiło się nieciekawie. (…) Jak zacząłem pracować w Bielsku czwartego grudnia dwa lata temu, tak z długów, tych naprawdę solidnych, wyszedłem dopiero w październiku, prawie rok później. Był moment, że zacząłem postrzegać siebie jako gościa bez godności. Ile można traktować trenera drużyny pierwszoligowej jako śmiesznego trenerka, który nie ma nazwiska? – opowiada w wywiadzie dla Weszło szkoleniowiec Podbeskidzia, Robert Kasperczyk.
Doradzałby pan znajomym stawianie wiosną na Podbeskidzie?
Oficjalnie grać nam nie wolno, ale jeśli ktoś z mojej drużyny w meczach z Wisłą czy Legią podparłby się remisem, nie wpuściłbym go do szatni. Zdecydowanie doradzałbym grać na Podbeskidzie. Jesienią zrobiliśmy kilka psikusów, właśnie w Krakowie czy w Warszawie i paru przyjaciół z Krakowa, którzy grają u bukmacherów notorycznie, bardzo mi po tych meczach dziękowało.
Obstawiali pewnie po znajomości.
Traktuje się nas jako drużynę nieobliczalną. Potrafimy zagrać kapuściany mecz z zespołem środka tabeli lub dołu, tak bywało też w pierwszej lidze, natomiast na mecze z drużynami z topu chłopcy się spinają i zwykle wygląda to bardzo dobrze.
Powiedział pan przed kilkoma tygodniami, że wciąż szukacie swojej ekstraklasowej tożsamości.
Szukanie trwało do meczu z Legią. Tam dostaliśmy pierwszy sygnał, a po spotkaniu z Lechią chyba wreszcie tę tożsamość znaleźliśmy. Do tamtego momentu droga, którą obrałem, była zła. Trzeba było ją zmienić.
Co to znaczy, że była zła?
Chodzi przede wszystkim o taktykę. Wydawało nam się, że w porywie tego pierwszoligowego wiatru, tych wszystkich zwycięstw, tego beniaminkowego hurraoptymizmu, wygramy kilka meczów w ustawieniu z dwoma napastnikami. Okazało się, że było to głupie i – nie boję się tego powiedzieć – nie do końca przemyślane. To była droga donikąd i cieszę się, że w miarę szybko to zweryfikowaliśmy. Drużyna od meczu z Legią prezentuje ekstraklasowy poziom.
Mówi się, że zabieracie bogatym, a dajecie biednym.
Chcemy zabierać bogatym i nie dawać nikomu.
Zaczęliście od bolesnego upadku i przetrąconego kręgosłupa w Bełchatowie.
Katastrofa, tylko tak to mogę określić. Spustoszenie niesamowite. Tego dnia bardzo podupadła moja wiara w pomysły, które chciałem przeszczepić na ekstraklasę. Nie ukrywam, że po tym 0:6 miałem chwile zwątpienia. Nie byłem pewien, czy opieranie zespołu na kilku zawodnikach, którzy wywalczyli ten historyczny awans, jest słuszną drogą. Ale w szatni nie mogłem tego pokazać, to byłby koniec. Moim najskrytszym konsultantem zawsze była żona. Ona widzi, jak reaguję po zwycięstwach, a jak po porażkach. Jak jest za dobrze, to czasem dostaję obuchem w głowę.
Pogląd, że w ekstraklasie jest łatwiej ze względu na większą kulturę gry, to bzdura?
W pierwszej lidze futbol jest bardziej atletyczny. Ł»eby awansować, trzeba bardzo dobrze przygotować drużynę fizycznie. Utarło się, że w ekstraklasie jest więcej miejsca, ale tak jest tylko do pewnej strefy. Kiedy wchodzimy w obronę rywala, widać, kto ma szybszy doskok, lepszy odbiór, szybsze przewidywanie naszych ruchów. My w ekstraklasie nie byliśmy anonimowi, bo drużyna, która wyeliminowała Wisłę Kraków z Pucharu Polski, musiała na klasowych przeciwnikach robić wrażenie. Ale na tym poziomie atuty Adama Cieślińskiego, Roberta Demjana czy Piotrka Malinowskiego szybko były nam wybijane i nie mogliśmy sobie z tym poradzić.
Nie byliście drużyną anonimową, ale mieliście anonimowych piłkarzy, których pan sam „stworzył”. Koman, Cieśliński, Ziajka… Można długo wymieniać.
Ktoś kiedyś brzydko napisał, że Kasperczyk prowadzi „drużynę odrzutów”. To mocne sformułowanie i wtedy absolutnie się z nim nie zgodziłem. Ale coś w tym musi być, bo zawodnicy, którzy stanowili o sile zespołu i nadają mu teraz ton, nie spełniali oczekiwań w ostatnich kilku latach. Jeśli policzycie ilość meczów w ekstraklasie wszystkich zawodników Podbeskidzia oprócz Adriana Sikory i Marka Sokołowskiego, to cała liczba ich występów mieści się w tej dwójce. Wielu w ogóle nie liznęło ekstraklasy – Sebastian Ziajka, Piotrek Koman, Tomek Górkiewicz, Sylwek Patejuk. Ale chyba się co do nich nie pomyliłem, bo w takich warunkach organizacyjnych i bazowych 23 punkty nie są najgorszym wynikiem.
Oglądał pan film „Moneyball?”
Nie.
Opowiada o trenerze baseballu, który montuje właśnie drużynę odrzutów…
Ale zacząłem z tymi odrzutami…
Ale to daje efekt. Bo oni mają dużo większą motywację niż gwiazdy ligi. Zresztą, w Levante było w tym sezonie tak samo.
Musiałbym się teraz przebrać na chwilę w psychologa, ale patrząc tak przez pryzmat mojej osoby… 25 lat, facet zaczyna grać w ekstraklasie, zaczyna strzelać bramki i nagle słyszy – „daj se siana, bo inaczej możesz skończyć na wózku”. Tak jest z wieloma piłkarzami. Zawodnik X w klubie Y nie czuje się gorszy od innych, ale po rundzie trener mu dziękuje. Ale jeżeli chłopak ma ambicję i sportową złość, to ten jego talent musi w końcu eksplodować. Adam Cieśliński, Bartek Konieczny i Jacek Broniewicz mieli epizody w ekstraklasie, ale zostali odesłani z kwitkiem. Wiek też zrobił swoje, bo byli chwilę przed trzydziestką. Taki zawodnik zdaje sobie sprawę, że albo zaistnieje w ekstraklasie teraz, albo machnie ręką i ta przygoda się skończy. Możliwe, że dla niektórych zawodników – niewykluczone, że dla większości – gra w ekstraklasie może mieć miejsce tylko w Podbeskidziu. Oni mają tę świadomość, że gdyby wylecieli teraz, mogliby już nie zaistnieć. Widzimy, co się dzieje na rynku. Polacy są coraz bardziej wypychani.
Pan też tak przecież działa. Sporo macie obcokrajowców w składzie.
Powiem obrazowo – szukaliśmy napastnika, defensywnego pomocnika, wszechstronnego obrońcy. Ale moje pomysły to jedno, a możliwości klubu to drugie. Byłem bardzo zainteresowany ściągnięciem Antoniego Łukasiewicza. Wiedziałem, że trener Lenczyk przy takiej rywalizacji w środku pola może go nie chcieć, a jak wygląda organizacyjnie ŁKS, też wszyscy wiedzą. Robiłem duże naciski na prezesów, ale rozbieżności były przepotworne. Musimy chodzić po ziemi. Nie robimy kominów płacowych. Podbeskidzie nie jest łakomym kąskiem dla wielu piłkarzy.
Pan jest akurat zahartowany w pracy w trudnych warunkach…
W klubach, których pracowałem wcześniej, zwykle był jeden wielki organizacyjny dramat. Fajnie było przez dwa i pół roku w Wieliczce, dopóki kopalnia utrzymywała drużynę. Potem przez ostatnie półrocze była już wegetacja. W KSZO przeszedłem najbardziej bolesny okres w życiu. Cieszyłem się niezmiernie, że ktoś docenił moją pracę w Wieliczce, że dostałem ofertę z pierwszej ligi, ale jak sobie przypomnę wszelkie mechanizmy, jakie panowały w Ostrowcu, jeśli chodzi o organizację, to naprawdę był dramat. Zawodnicy kompletnie nie koncentrowali się na przeciwniku, tylko na tym, czy dziesiątego coś wpłynie na konto. Dlatego nie przeraża mnie praca w Podbeskidziu, bo ona wbrew pozorom nie jest taka zła. Wiele klubów, teoretycznie bogatszych, oferuje zawodnikom kwoty, których później nie jest w stanie spłacać. Ja wolę politykę stabilizacji i spokoju. Wiem, że zawodnik nie przyjdzie narzekać, że nie dostał wypłaty. Nie jest ona może jakaś wielka w stosunku do innych zespołów, ale proszę mi wierzyć, że jest stabilizacja.
Większy problem to baza. Tu całkowicie leżymy… Nie mówię tego, bo byłem na stażu w Anderlechcie i nagle mi odbiło, ale wiem, jak moi koledzy pracują w ekstraklasie, a jak pracujemy my. Chciałbym, żeby to się w najbliższym czasie poprawiło – może już nawet nie za mnie – bo w końcu staniemy się pośmiewiskiem całego kraju.
Pan długie lata pracował na granicy opłacalności.
Powiem ładniej – to był okres inwestowania w siebie. Jak zadzwonił ktoś z pierwszoligowego klubu, nawet z problemami finansowymi, to ja się nie zastanawiałem nad propozycją. Chciałem zaistnieć, zobaczyć, ile jestem wart, jak wyglądają te wszystkie mechanizmy. Nie straciłem tego czasu. Ta nauka dała mi pracę w Bielsku.
Faktycznie w KSZO pracował pan na zasadzie samozatrudnienia? Samemu płacąc podatki?
Generalnie trenerzy mają swoje firmy, które wystawiają rachunki. Tyle że te rachunki nieraz nie są opłacane przez klub, a podatki trzeba od nich odprowadzić. To nie jest tak, że pracowałem na granicy opłacalności. Ja dopłacałem. Jakby ktoś podliczył mój bilans, to jestem zdecydowanie na minusie, ale nie żałuję.
Inwestowanie w siebie – w porządku, ale trzeba też jakoś przeżyć.
Wyrozumiałość to niezbędna cecha w małżeństwie (śmiech). Dziś wydaje mi się, że ta polityka inwestowania w siebie była dobra.
Podejmował pan jakieś dorywcze prace? Ł»eby do trenerki dopłacać, też trzeba mieć z czego.
Przed ślubem zajmowałem się różnymi rzeczami, ale później już tylko trenerką. Wiele dała mi praca z młodzieżą, od grup naborowych, po koordynowanie tej pracy. Nie były to wielkie pieniądze, ale radość niesamowita. Wystarczyło, by przeżyć. Problem pojawił się w Ostrowcu, bo kupka, która do pewnego czasu rosła, nagle zaczęła topnieć. Szukali mnie ludzie, którym byłem winien pieniądze. W tym momencie, to już nie były żarty. Zrobiło się nieciekawie. O takich rzeczach raczej się nie pisze, ale powiem wam, że jak zacząłem pracować w Bielsku czwartego grudnia dwa lata temu, tak z długów, tych naprawdę solidnych wyszedłem dopiero w październiku, prawie rok później. Tyle mnie kosztowały te poprzednie lata. Był moment, że zacząłem postrzegać siebie jako gościa bez godności. Ile można traktować trenera drużyny pierwszoligowej jako śmiesznego trenerka, który nie ma nazwiska? Stwierdziłem – dosyć. Jeśli pojawi się jakakolwiek propozycja, odchodzę. I tak się stało.
W negocjacjach z Podbeskidziem chyba nie był pan twardym graczem…
Nie, nie byłem. Jeśli chodzi o finanse, to zdecydowanie była średnia stawka pierwszoligowa. Znaczną podwyżkę dostałem po awansie do ekstraklasy. Trener piłkarski to zawód artystyczny. Nauczyciel WF-u ma pewien narzucony program, trzyma się swoich standardów i nie musi tego zmieniać. Trener sam musi wszystko dobierać. Ale specyfika tego wolnego zawodu polega na ciągłym doskonaleniu się. Jak dziś patrzę na dziennik, który prowadziłem w czasie pracy z trampkarzami, sam się z siebie śmieję. Najważniejsze to mieć świadomość, że jest się niedoskonałym. Kiedyś Ireneusz Adamus, dyrektor Wieliczki powiedział mi: „Nie możesz się ciągle uczyć, bo głupi umrzesz”. Zacząłem się zastanawiać, gdzie leży granica tej nauki. Ale nawet teraz, jak pojechałem do Brukseli, zorientowałem się, jak wiele jeszcze nie umiem.
Czuje pan, że dzięki Podbeskidziu zyskał taką markę, że może powiedzieć żonie: „kochanie, w najbliższym czasie nie muszę się martwić o pracę”?
Panowie, rynek jest tak zapchany… Dziwi mnie czasem, że trener zrobi wynik w jednym i w drugim klubie, a na kolejną ofertę czeka pół roku. Inny partoli robotę – bo tak trzeba to nazwać – i z jednego kwiatka skacze na kolejny. Menedżerowie robią zamieszanie, ale w sumie każdy chciałby mieć takiego agenta, który wepchnie cię nawet tam, gdzie cię nie chcą.
Może warto mieć kogoś takiego?
Może kiedyś będę miał. Świat idzie w tym kierunku. Tyle że ja od pierwszego lipca 2002 ciągle mam pracę. Nie chwalę się, takie są fakty. Nikt mnie nigdy nie wyrzucił, choć zwolniony czułem się w życiu dwa razy. Już się nade mną zastanawiano. Na przykład po pierwszej rundzie w Bielsku. Walczyliśmy o utrzymanie, wygraliśmy z Flotą Świnoujście i zostaliśmy w lidze, ale były już naciski ze strony różnych podpowiadaczy. Działacze wytrzymali presję, skończyło się awansem, ale chwilę wcześniej wiele mi zarzucano. Po meczu z Motorem musiałem schodzić z boiska otoczony ochroniarzami, tak kibice byli rozwścieczeni naszym stylem gry. Ci sami ludzie później podrzucali mnie do góry, ale taka już specyfika naszej pracy.
Drugi moment to początek sezonu w ekstraklasie. Mam trochę żalu, że nikt nie przyszedł, żeby zapytać – co zrobić? Jak pomóc? Słuchano podpowiadaczy i różne głupie myśli zaczęły przychodzić do głowy. A ci goście siedzą zawsze cicho i tylko czekają na moment, kiedy można zmienić trenera. Wtedy dochodzą do głosu. Na szczęście Podbeskidzie od meczu z Legią zaczęło funkcjonować.
Dziwne zachowania prezesa Wolasa raczej nie pomagały w pracy…
Znam prezesa Wolasa, współpracuję z nim i jestem pewien, że za ten klub dałby się pociąć. To inteligentny człowiek i po pewnym czasie chyba zrozumiał, że na poziomie ekstraklasy jest pewna bariera, której nie powinno się przekraczać. Z drugiej strony można powiedzieć, że od tamtej pory drużyna zaczęła grać. Prawda pewnie leży, jak zwykle, pośrodku.
Inna sprawa to przygotowanie mentalne zespołu. Złote myśli, slajdy przed meczami, filmy. Podobno to pana „konik”?
Skąd wy to wiecie? (śmiech) No, ale to prawda. Ł»ycie nauczyło mnie, że mózg każdego człowieka nie jest w pełni wykorzystany. Kiedy dwie drużyny dobrze przygotowane motorycznie, o wyrównanym potencjale stają naprzeciwko siebie, trzeba dać od siebie coś więcej. Nie mogę liczyć tylko na szczęście, że Piotrek Malinowski wejdzie dwadzieścia minut przed końcem i wygra nam mecz. Staram się wykorzystywać każde warunki, wydarzenia niekoniecznie sportowe, które zbiegają się z datą meczu, żeby zmotywować piłkarzy. Choć zawsze ktoś może powiedzieć, że Kasperczykowi wali w dekiel…
Pomysł z wykorzystaniem walki Adamka z Kliczką był niezły.
Podkreśliłem, że pierwszym, który spuścił wzrok, był… kto?
Adamek.
Tak jest. Kliczko patrzy na przeciwników z takim specyficznym lekceważeniem. Traktuje ich na zasadzie – „kolejny, a dobra, może coś powalczy”. To widać.
Piłkarze zrozumieli przesłanie?
Pokonaliśmy Legię, więc… Adamek bardzo nam dopingował w Łodzi, ale przegraliśmy (śmiech).
Czyli generalnie proste założenie: największe rezerwy tkwią w głowie
Dokładnie, brawo. Powiem wam coś więcej, o czym jeszcze nikt nie pisał. Od pewnego czasu robimy drużynie treningi mentalne. Zaczęliśmy w końcówce rundy. Ostatnie dwa mecze wygraliśmy, więc może to jakoś pomogło. Nie chcieliśmy tego podawać w mediach. Polacy nie są jeszcze do tego przystosowani. Zaczęłoby się, że Kasperczyk szuka szarlatana… Abstrakcja dla ludzi, którzy tylko czekają, żeby wbić szpilę. Ale dziś muszę powiedzieć, że ta współpraca będzie kontynuowana. Pracujemy z człowiekiem, który od ośmiu lat pomaga Annie Rogowskiej. Mamy trzygodzinne sesje, piłkarze siadają w półkolu, a prowadzący z asystentkąâ€¦ pruje im mózgi.
Piłkarze pewnie pana przeklinają za te trzy dodatkowe godziny. Czasem nie mogą wysiedzieć 45 minut, żeby obejrzeć połówkę swojego meczu.
Tak, tak… Szczególnie, jak im nie pójdzie. Wtedy ciężko im wytrzymać choćby pięć minut. Ale w treningach, które prowadzi pan Henryk, cały czas się coś dzieje. Dostają różne zadania do wykonania…
Wchodzi pan do szatni, mówi piłkarzom – „od tej pory macie zajęcia z trenerem mentalnym”. Pukali się w głowy?
Zawodnicy najpóźniej w niedzielę wieczorem dostają maila z planem zajęć. Środa, godzina 16 – trening w Jasienicy. Później obiad, odnowa biologiczna i trening mentalny zamiast normalnej jednostki. A jak sobie poukładają kino z narzeczoną, dziewczyną, kochanką, czy chłopakiem, to już ich sprawa.
Jest pan zwolennikiem myślenia – pracujesz w klubie, więc masz w nim spędzać tyle czasu, ile ci każemy?
Mam dość ambiwalentne odczucia, jak słyszę, kiedy trener mówi: „dziękuję swoim zawodnikom za walkę. Dziękuję, dziękuję…”. Przepraszam, ale za co ja mam dziękować? Chłop dostaje pieniądze, zdecydowanie powyżej średniej, wychodzi na 90 minut… No, bez jaj. Jakie „dziękuję”? Gratuluję postawy, ewentualnie. Raz, po jednym z pierwszych meczów w Podbeskidziu, powiedziałem, że nie będę dziękował piłkarzom, bo oni są w pracy. Strasznie mnie wtedy zbesztano w lokalnych mediach… Uznałem, że nie będę więcej o tym mówił, bo to się odwraca przeciwko mnie. Ale jesteśmy profesjonalistami. Nikt nie trzyma ich dziesięć godzin w klubie i oni zdają sobie z tego sprawę. Mogę powiedzieć taką ciekawostkę, że w Anderlechcie piłkarze spędzają cały dzień w ośrodku. Prawie jak na zgrupowaniu. Ł»ony ich nie widzą. Ale jak chcemy coś osiągnąć, to trzeba równać do najlepszych. Jako zawodnik miałem różnych trenerów… Janusz Wójcik był pierwszy, potem Lesław Ćmikiewicz, Władysław Łach i przyznam się szczerze, że nas, zawodników, aż trzepało, kiedy dostawaliśmy za karę cały dzień w klubie. Skutek był taki, że następny mecz też był przegrany i na szczęście zmieniano trenera.
Pobyt na stażu w Anderlechcie był bardziej motywujący czy dołujący?
Zrodziło mi się w głowie zawodowe marzenie – pracować kiedyś w takich warunkach. Tam mają takie możliwości bazowe, że trener Jacobs na niektórych zajęciach dłubie sobie w nosie. Wszystko na miejscu, nigdzie nie jeżdżą. Gość przychodzi, w kostkę ma poukładany sprzęt. Zaczyna dzień od posiłku, potem trening, obiad, między treningami siedzi w pokoju gier, gdzie ma dostęp do internetu, gra w bilard, w piłkarzyki na PlayStation, w karty… Jest co robić. A u nas? W okresie przygotowawczym wygląda to tak, że mamy trening tutaj, piętro niżej, na siłowni…
Tutaj? W galerii handlowej?!
Tak. Tu mamy trening i obiad. Potem chłopcy bujają się po mieście i po południu mają zajęcia w Dankowicach. Jeździmy z torbami i walizkami jak kino objazdowe. Ale jesteśmy już przyzwyczajeni.
Każdy trener, który wraca z zagranicznego stażu jest zauroczony organizacją i bazą. A jakieś błyskotliwe wnioski? Coś więcej?
My, polscy trenerzy, nie mamy sobie nic do zarzucenia, jeśli chodzi o pomysły na grę i taktykę. Nic mnie nie zaskoczyło, jeśli chodzi o dobór środków. Tylko sposób wykonania nawet tych najprostszych ćwiczeń jest inny. Jakby ktoś zobaczył w akcji takiego Suareza, Canesina, Jovanovicia czy Gilleta, to… abstrakcja. Dośrodkowania, przerzuty, piłka przyklejona do nóżki, nie odskakuje. Oglądałem w Belgii dwa mecze. Pierwszy – z Lokomotiwem. Sprężarka była niesamowita, mecz prestiżowy, bo każdy chciał zająć pierwsze miejsce w grupie Ligi Europy. Wynik 5:3. Co chwila bramka – tu albo tu. Myślę sobie: „gdzie ja siedzę? Rany Boskie, jak w takim tempie będą strzelać, to ja nie zdążę notować.” A potem ten syndrom, jaki my mieliśmy po meczach Pucharu Polski z Wisłą i Lechem. Mecz ligowy z Lokeren. Podejście na pół gwizdka. Wyszli na ten mecz z myślą, że spotkanie samo się wygra. Ale nie… Prowadzili 1:0, Lokeren wyrównał, 2:1, znów wyrównanie. Tyle, że komfort pracy trenera Jacobsa polega na tym, że jest dziesięć minut do końca, a on sobie siedzi, bo wie, że ma tak dobrych zawodników, że oni za chwilę stworzą trzy sytuacje, z czego jedną wykorzystają. I tak się stało. Podostrzyli grę i stworzyli chyba z pięć sytuacji.
„Jak będą strzelać w takim tempie, to ja nie zdążę notować”. Pojechał pan tam jak pilny uczeń, z zeszytem i długopisem?
Marcin Wasilewski był tam dla mnie alfą i omegą. Miałem przygotowane pytania, bo zobaczyć trening i pawilon to jedno, a podpytać o pewne rzeczy, które dotyczą warsztatu, szatni, to inna sprawa. Jakbyście rzucili okiem na narodowości zawodników, to każdy tam jest z innej bajki. I jak to zaplanować? Trener najpierw mówi po francusku, ale ja w tym języku rozumiem tylko „żur”, nic więcej. Druga część odprawy jest po angielsku, w którym już coś kumam. Facet ogólnie włada pięcioma językami, posłuch ma niesamowity. Świadomość zawodników – mega. Trwa na przykład trening na siłowni, wchodzi trener, mówi, o której się spotykamy i wychodzi. Zawodnicy sami sobie układają programy ćwiczeń. Kompletna abstrakcja. Pamiętam, na moim pierwszym obozie z Podbeskidziem w Kleszczowie powiedziałem zawodnikom: „idźcie na siłownię. Macie pół godziny dla siebie”. Za pierwszym razem to się sprawdziło, ale już za drugim przyszedł Piotrek Rocki i mówi: „panie trenerze, ja nie wiem, co mam robić, chcę mieć wszystko na kartce”. Takie są fakty. Choć ja i tak już nie mogę narzekać, bo przynajmniej nie trenujemy w Komorowicach, gdzie ludzie robili zakupy w jednym supermarkecie, szli do drugiego, a w międzyczasie oglądali nasz trening. Jesteśmy w końcu sami dla siebie i nikt nam nie przeszkadza.
Faktycznie pojechał pan do Brukseli z torbą prezentów dla trenera Jacobsa?
Nie tylko dla niego. Marcinowi powiedziałem: „chłopie, masz wszystko, ale nalewkę babuni dla żony musisz wziąć”. Co ja mogłem im kupić? Whisky? Jak będą chcieli, to sobie sami kupią. Zawiozłem Jacobsowi… „Harnasie”. Nawet wytłumaczyłem mu, co to jest ta ciupaga. Szukałem w słowniku, żebym mógł to jakoś w słowa ubrać (śmiech). Jak zobaczył karton Ł»ywca, to niesamowicie biegł do auta, żeby tylko schować.
Muszę jednak przyznać, że bez Marcina ten staż byłby niemożliwy. To niesamowity facet. Szybko zmarli mu rodzice. Przez wiele lat wychowywali się z bratem praktycznie sami… W Brukseli zrobił dla mnie wszystko, o co go prosiłem. Wiecie, mogę jechać na staż i oglądać treningi zza siatki. Ale nie wiem, jakie tam są założenia, o czym mówi trener, nie mam wstępu do szatni. W Anderlechcie wszystkiego dowiedziałem się dzięki Marcinowi. Chodziłem jak dziennikarz i non stop pytałem. Jestem mu bardzo wdzięczny.
Czuje się pan krakusem z Nowej Huty?
Teraz jestem trochę bielszczaninem, bo kupiłem tu niedawno mieszkanie. Ale tak, czuję się krakusem. Miałem niecałe trzy lata, kiedy rodzice przeprowadzili się do Nowej Huty. Nawet nie liczyłem, ile lat spędziłem w Hutniku. Miałem tylko dwuletnią przerwę, żeby zaliczyć wojsko. Musiałem pobujać się w Błękitnych Kielce jako policjant. Wtedy wojsko to było nasza zmora. Nie było, że chcę, czy nie chcę. Ale, że Bozia dała trochę talentu do gry w piłkę, to wzięli mnie do tej trzeciej ligi i przebębniłem tam te dwa lata. Pamiętam taką fotkę w mundurze policyjnym. Rękawy za krótkie, ale legitymacja była. Jeździłem za darmo. To był taki jedyny wyłom z Hutnika. Poza tym, grałem tylko w tym klubie. Ostatni mecz z ŁKS-em. 2:3 u siebie, w sobotę. We wtorek tak mnie złamało w lędźwiach, że już nie dało rady…
Jak odnalazł się pan w sytuacji, w której mając 25 lat stracił główny plan na przyszłość?
Na początku chciałem jeszcze wrócić jako zawodnik. Czułem, że kariera staje otworem, dopóki nagle nie dostałem w głowę. Dwie osoby namówiły mnie na pracę z młodzieżą – Aleksander Hradecki i Robert Orłowski. Potem jeszcze koordynator Małopolskiego Związku, Marian Cygan. To była trójka ludzi, która wskazała mi drogę. „Idź, chłopie, w trenerkę. Idź, bo nie odnajdziesz się w żadnej innej dziedzinie życia”. Na początku miałem opory, nie wiedziałem, czy się sprawdzę. Ale jak zobaczyłem te dzieciaki ze spodenkami poniżej kolan, to stwierdziłem, że to najlepsza droga, jaką mogłem wybrać.
A miał pan pomysł, co robić, gdyby trenerka nie wypaliła?
Chciałem być polonistą. Uwielbiam czytać książki, to zawsze była moja pasja. Ł»ona namówiła mnie nawet, żebym składał na Wyższą Szkołę Pedagogiczną. Egzamin składał się z dwóch części. Literatura i gramatyka. Byłem czynnym zawodnikiem, dwa treningi dziennie, kończyłem liceum wieczorowe. Miałem luki w wiedzy i gramatykę ciężko było nadrobić. Trochę się wyłożyłem na tych przydawkach i okolicznikach, bo literatura poszła mi nieźle. Mówiłem o moim ukochanym pisarzu. Może dlatego lubię na odprawach pokazywać te wszystkie cytaty. Wtedy chciałem mieć stabilne miejsce pracy, uczyć polskiego i dodatkowo szkolić młodzież, bo z samej trenerki pieniążki były śmieszne.
Ten ukochany pisarz to Marek Hłasko? W sumie nie wiemy, czy poruszać ten temat, bo… pewnie prędko stąd nie wyjdziemy.
Powiem tak – byłbym zaskoczony, gdybym znalazł jakieś starsze pozycje o Marku, których bym nie znał. Natomiast wychodzą cały czas nowe materiały. Np. w książce „Roman” Polańskiego jest bardzo dużo o Hłasce. Podobała mi się, bo pokazała drugie oblicze tego człowieka. Lubił sobie wypić, lubił się zabawić, a potem miał wenę i pisał fantastyczne opowiadanie. Samorodek, niewykształcony facet, nie bał się nigdy o tym pisać. Lubię ludzi odbrązowionych, nieidealnych. Hłasko miał dużo wad, ale dla mnie był geniuszem. Pisał w ciężkich czasach, była cenzura. Jego twórczość bardziej została doceniona w Paryżu. Ale ile człowiek musi mieć charakteru, charyzmy, jaką musi być postacią tragiczną, żeby tworzyć na takim poziomie i jeszcze walczyć o powrót do swojego kraju. Ile trzeba mieć samozaparcia… Geniusz. Ale może faktycznie dajmy spokój, bo mogę na ten temat długo rozmawiać.
Jest jedna kwestia, którą musimy na koniec poruszyć…
Jedna rzecz tylko na wstępie. Nie jestem trenerem bez pracy. Wiem, że to, co napiszecie, będą czytać władze klubu, wszyscy. Dlatego wolałbym, żeby ten temat nie był „leitmotivem” naszej rozmowy. Ale jestem przygotowany na tę kwestię, bo od niej nie da się uciec.
Ktoś kiedyś napisał, że zaryzykował pan karierę dla kilkuset złotych.
Jeżeli ktoś uważa, że te kilkaset złotych, to był korupcyjny motyw, to bardzo się myli. Ł»eby zrozumieć mechanizmy tamtych czasów, trzeba w nich żyć. Ostatnio bardzo spodobały mi się dwie wypowiedzi trenerów. Pierwsza – Marka Motyki…
Ł»e nikt nie był czarny ani biały, wszyscy byli szarzy?
Tak jest. Niedawno Darek Pasieka powiedział też, że miał szczęście, że wyjechał za granicę i w nic nie jest umoczony. Reszty można się domyślić. Nie wiadomo, co by było, gdyby został. Ale na pewno byłby narażony. Ten mechanizm był normą.
Na łamach „Przeglądu Sportowego” mówił pan o mylnym poczuciu lojalności.
Tak było. Umówmy się, symboliczna kwota nie była żadną przesłanką ani dla nas, ani dla zawodników. To był typowy, klasyczny mecz przyjaźni, jak z „Piłkarskiego pokera”. To sformułowanie było bardzo popularne w tamtych czasach. Nie miałbym zmiłowania dla ludzi, którzy kręcili, którzy z tego żyli, którzy notorycznie się w to bawili, ale jestem bardziej wyrozumiały dla zawodnika czy trenera, który w jakimś momencie popełnił jeden błąd, bo dał się ponieść tej całej fali. Czuliśmy się bezkarni i uważaliśmy, że nie robimy nic złego.
Dziesięć tysięcy za puszczenie meczu Motorowi. W tych czasach codzienność…
Nie wiem, czy codzienność, nie wiem, czy aż tak. Ale mogę powiedzieć, że Bóg nade mną czuwał, że w pracy trenerskiej miałem tylko jeden taki moment. Tydzień później był mecz z Tłokami Gorzyce, gdzie Motor miał nas dodatkowo motywować, co było zgodne z duchem walki. Można dać drużynie, żeby z kimś wygrała. Ale niestety, wcześniej był ten nieszczęsny mecz z Motorem i lojalność rozumiana przez takie krzywe zwierciadło polegała na tym, by wybrać albo lojalność wobec jednej grupy ludzi, albo wobec innych, którzy mi w życiu bardzo pomogli. Nie chcę mówić o szczegółach, ale wybrałem drugą opcję. Słuchajcie, gwoli sprawiedliwości – wystarczyłby dobry adwokat i dziś jestem czysty. Taka jest prawda, bo tego nikt nie widział. Tylko ja, pokój i tak dalej. Ale nigdy nie spojrzałbym w oczy ani jednemu zawodnikowi, jeśli on byłby ubabrany, a ja, który byłem w tej samej grupie, byłbym już czysty. Nie mógłbym z tym żyć. Wolałem się przyznać, licząc się z tym, że może być różnie. Po niektórych takie rzeczy spływają, ale ja chyba zrobiłem dobrze, przyznając się do wszystkiego.
Ulga była ważniejsza niż poczucie winy?
Namówiłem jeszcze parę osób, by zrobili to samo. Ale mówię, sprawa mogła nie wyjść. Na tle całej afery to była bzdura. Wydawało się – trzecia liga, gdzieś tam między sobą się dogadali, to nic takiego. A tu się okazało – prasa, nazwiska… Trochę to bolało, ale bardzo mnie ucieszyło, że ani dziennikarze, którzy byli blisko zespołu, ani znajomi, trenerzy czy inni ludzie się ode mnie nie odwrócili.
ROZMAWIALI TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA I PAWEŁ MUZYKA