Życie skupione wyłącznie na wyniku to droga do śmierci – prywatnej i zawodowej
Weszło Extra

Życie skupione wyłącznie na wyniku to droga do śmierci – prywatnej i zawodowej

– Lech? Za bardzo szanuję ten klub, by źle się o nim wypowiadać. Dlatego nie widzę sensu, by rozdrapywać tamte rany. Cieszy mnie, gdy dzisiaj widzę przy Bułgarskiej chłopaków, z którymi pracowałem i którzy są dzisiaj lepszymi piłkarzami. A to, czy Lech zrobił słusznie zwalniając mnie, czy powinien mieć więcej cierpliwości… Nie wiem co miałyby dać takie rozważania mi, jako człowiekowi. Zmienię przeszłość? Nie. Więc po co? – mówi Ivan Djurdjević, trener Chrobrego Głogów. Rozmawiamy o trudnym momentach w Głogowie, zaufaniu ze strony władz, zwolnieniu z Lecha Poznań, zmianie spojrzenia na futbol po tej nieudanej przygodzie w Poznaniu, krytyce ze strony Matusa Putnockiego i presji wyniku.

***

Pomyślałeś sobie po pierwszych sześciu meczach w Chrobrym, że powtórzy się historia z Lecha? Nie wygraliście żadnego meczu, szorowaliście po dnie tabeli i już pojawiały się głosy, że zaraz zostaniesz zwolniony.

Nie, zupełnie nie myślałem o tym. Czułem duże wsparcie ze strony władz klubu. Pamiętam, że gdy zaczynałem pracę w Lechu, to na początku były świetne wyniki, a później wpadliśmy w dołek. W Chrobrym było na odwrót – zaczęliśmy bardzo słabo, a z czasem zaczęliśmy punktować. W klubie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że początek może być kiepski, bo drużyna przeszła dużą przebudowę. To było ryzykowne podejście z radykalnymi zmianami w zespole, ale on tego potrzebował, bo już w poprzednim sezonie Chrobry do samego końca walczył o utrzymanie. Ale tak jak powiedziałem – ani prezes, ani dyrektor sportowy, ani zawodnicy, ani sztab nie panikował.

Nie czułeś nerwówki, że kolejna porażka może cię przekreślić?

Nie. Każdy trening i każdy mecz pokazywał, że powoli idziemy w lepszą stronę. Potrzebowaliśmy tylko upewnienia się lepszym wynikiem, że idziemy w dobrym kierunku. I wreszcie ten wynik przyszedł, bo nie przegraliśmy sześciu spotkań z rzędu.

Było widać po zawodnikach, że poczuli się dużo pewniej.

Bo wynik to składowa wielu rzeczy. Ja bardzo dużą wagę przykładam do tego, jak zespół się cementuje. Oczywiście, że początek był trudny, nie będę czarował rzeczywistości. Ale mam przekonanie, że dobre rzeczy potrzebują czasu. Życie nas często sprawdza. Dostajesz cios, który mówi ci, że musisz dawać z siebie jeszcze więcej. Plan minimum spełniliśmy, bo jesteśmy nad kreską. Dostaliśmy dobry sygnał na zimę.

Ale podobnie jak w Lechu zacząłeś sezon z trójką w tyłach, a później zmieniłeś system gry na czterech obrońców. Dlaczego?

To była wspólna decyzja. Dzisiaj piłka wygląda tak, że zespół i trener wspólnie decydują o pewnych kwestiach. Po rozmowach z zespołem doszliśmy do wniosku, że lepszym pomysłem na grę będzie czwórka obrońców. Byliśmy początkowo bardzo zadowoleni z ustawieniem z trójką w okresie przygotowawczym, zawodnicy też czuli się w nim dobrze. Ale później przyszła gra o stawkę, presja i wyglądało to już znacznie gorzej. Nie twierdzę, że przegrywaliśmy przez taki system gry, bo tak nie było. Przegrywaliśmy przez błędy. W pewnym momencie usiedliśmy razem, przegadaliśmy tę sprawę i doszliśmy do wniosku, że piłkarze będą się pewniej czuć w innym ustawieniu. I wyszliśmy na prostą.

Mocno pokrzyżowała wam szyki kontuzja Mateusza Machaja?

Bardzo. Bo Mateusz to nie tylko dobry piłkarz, ale też człowiek, który doskonale zna Chrobry. Brakowało nam Mateusza w takich stykowych meczach, gdzie szukaliśmy piłkarza, który jednym zagraniem może przeważyć szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Wróci do nas pewnie dopiero po obozie przygotowawczym.

Przypuszczam, że jednak wiedziałeś do jakiego klubu trafiasz. Do klubu z jednym z najmniejszych budżetów w lidze, który od pewnego czas tylko walczył o utrzymanie.

Tak, ale też nie chcemy, by Chrobry już zawsze drżał do ostatniej kolejki o swój byt w I lidze. Dlatego zmieniamy ten klub, stąd sporo tych ruchów transferowych latem, stąd też sukcesywne wprowadzanie młodzieży. Ale nie chcę mówić wyłącznie o przyszłości, bo teraźniejszość jest kluczowa. Mamy dobrych zawodników z przeszłością ekstraklasową lub z dużym ograniem na poziomie I ligi – Drewniaka, Lebedyńskiego, Iłków-Gołąba, Stolca, ogranego Prazanovskiego, dwóch bardzo dobrych bramkarzy, natomiast to wciąż młody zespół. Chcielibyśmy utrzymać kręgosłup zespołu, do tego już zimą postaramy się o solidne wzmocnienia. Wszystko po to, by powalczyć o coś więcej niż tylko o utrzymanie w lidze. Nie mówimy o awansie, ale dlaczego nie mamy być zespołem ze środka stawki?

Co ty właściwie robiłeś od czasu zwolnienia z Lecha do podpisania umowy z Chrobrym? Gdy rozmawialiśmy zimą, to mówiłeś, że wreszcie masz chwilę wolnego.

Tak, bo ja właściwie od wyjazdu z rodzinnego domu jako nastolatek, aż do zwolnienia z Kolejorza nie miałem takiego momentu, gdy głowa mogła odpocząć. Grałem w piłkę, gdzie właściwie żyjesz od sezonu do sezonu, zaraz po karierze zacząłem pracę jako trener, w akademii Lecha też pracuje się bez wytchnienia, później praca z seniorami… Jestem takim człowiekiem, który nie lubi się nudzić, więc za długo nie odpoczywałem. Zaliczyłem kilka staży, zdobyłem licencję UEFA Pro. Ten kurs jest dość intensywny, więc mocno angażował mnie do początku kwietnia. Miałem czas na refleksję. Życie w takich kluczowych momentach zwalnia i zmusza do myślenia. Ja mocno przeanalizowałem i zmieniłem swoje podejście do zawodu trenera. Zwolnienie z Lecha było dla mnie takim bardzo mocnym ciosem, który sprawił, że pewne rzeczy musiałem sobie przemyśleć.

A konkretnie?

Jeśli trener żyje wyłącznie wynikiem i na nim w pełni się skupia, to jest bliski śmierci. Tej prywatnej i zawodowej. Trzeba do tego wszystkie podchodzić z większym rozsądkiem. Dzisiaj twierdzę, że w tej pracy kluczowy jest rozwój ludzi i zawodników. Wynik krótkoterminowo nie jest wypadkową tego, jak pracujesz. Wiesz jaki jest futbol, oglądasz setki meczów i wiesz, że czasami o rezultacie decyduje coś, na co trener nie ma wpływu. Stworzysz sobie dziesięć sytuacji strzeleckich, napastnik się poślizgnie, bramkarz ma swój najlepszy dzień w życiu i przegrasz lub zremisujesz. Czy to oznacza, że zespół do niczego się nie nadaje, trener jest do zwolnienia, a zawodników trzeba odesłać do innej pracy? No nie. Chodzi o zostawianie swojego śladu w zawodnikach. Jeśli jako trener jesteś w stanie ich rozwijać, to jesteś dobrym szkoleniowcem. Mauricio Pochettino nic nie wygrał, a czy jest dobry trenerem? Moim zdaniem jest świetnym, bo wystarczy popatrzeć na to, jaki kolosalny progres zrobili zawodnicy na jego treningach.

Podobnie Bielsa.

I dla mnie istotne jest rozwijanie piłkarzy. A wynik przyjdzie z czasem. Trzeba dać drużynie przestrzeń, czas na rozwój, a efekty będą. Dlatego cieszę się też, że Dariusz Żuraw dostaje czas w Lechu. Drużyna przeszła duże zmiany, w zespole ma wielu młodych zawodników, ale widać progres po wynikach i widać też postęp tych piłkarzy. Nie wiem, czy to przyniesie dobry wynik w lidze, czy po tym sezonie pojawi się coś w gablocie. Ale myślę, że Lech jako drużyna idzie w dobrym kierunku.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Wisla Plock - Lech Poznan. 22.07.2018

Do ciebie tyle zaufania klub nie miał. Masz żal?

Nie wracam do tego. Nie zaprzątam sobie tym głowy.

Nie chcesz sobie palić mostów w Lechu krytyką tamtego zwolnienia?

Nie w tym rzecz. Po prostu za bardzo szanuję ten klub, by źle się o nim wypowiadać. Dlatego nie widzę sensu, by rozdrapywać tamte rany. Cieszy mnie, gdy dzisiaj widzę przy Bułgarskiej chłopaków, z którymi pracowałem i którzy są dzisiaj lepszymi piłkarzami. A to, czy Lech zrobił słusznie zwalniając mnie, czy powinien mieć więcej cierpliwości… Nie wiem co miałyby dać takie rozważania mi, jako człowiekowi. Zmienię przeszłość? Nie. Więc po co? Zebrałem doświadczenie, każda taka cegiełka cię w jakiś sposób buduję na przyszłość. Było mi bardzo smutno po rozstaniu z Kolejorzem, ale życie toczy się dalej. To nie jest tak, że mówię sobie „Ivan, tylko nic nie nagadaj na tego Lecha, bo już cię nigdy nie zatrudnią”. Chodzi o to, że ja spędziłem tu dwanaście pięknych lat i trudno mi to wykreślać z głowy.

A jak zareagowałeś na wypowiedź Matusa Putnockiego, który w wywiadzie u nas mówił U trenera Djurdjevicia przeszkadzało mi najbardziej co innego. Że była bardzo zła komunikacja z zawodnikami. Było nam ciężko. Jednemu trener mówił, że będzie grał i w meczu nie grał. Drugiemu powiedział: przygotuj się na mecz. Przychodzi spotkanie – nie gra. Pracy z trenerem Djurdjeviciem nie wspominam więc szczególnie dobrze.”?

Zdziwiło mnie to, znając go jako człowieka. Nie wydaje mi się, żeby komunikacja była wówczas jakimś problemem. Starałem się mówić o wszystkim otwarcie. Musimy pamiętać też o tym, że zawodnicy mają duże ego i czasami źle znoszą zmianę decyzji trenera. Jeśli powiedziałem zawodnikowi, że zagra, a później zmieniałem decyzję, to mógł zareagować frustracją. I dobrze, piłkarza takie rzeczy też powinny motywować. Natomiast na koniec miesiąca dostaje też wypłatę za to, że akceptuje wybory trenera. Szkoda, że powiedział to w wywiadzie, a nie mi wprost, ale trudno. Miałem taką sytuację w Głogowie, gdy zawodnik powiedział mi wprost, że nie zgadza się z pewną decyzją. I spodobało mi się to, bo świadczyło to o zaufaniu i więzi – jeśli możesz powiedzieć coś trenerowi szczerze, to znaczy, że darzycie się wzajemnym szacunkiem.

O czym pisałeś pracę na UEFA Pro?

Piszesz o klubie, w którym aktualnie pracujesz, więc siłą rzeczy dla mnie to był Lech.

Ale już w Lechu cię wtedy nie było.

I to jest sytuacja idealna. (śmiech) Ten kurs jest dość pracochłonny i czasochłonny. Ja byłem wtedy świeżo po zwolnieniu z Lecha, ale miałem dużo czasu, by napisać pracę, przygotować się do niej, przygotować się do egzaminów. Byliśmy na kursie w Nyonie i rozmawialiśmy też z kursantami z innych krajów, to na przykład w Niemczech jest tak, że w trakcie kursu na UEFA Pro nie możesz pracować. Z jednej strony to dobrze – możesz się skupić tylko na tym egzaminie. Ale z drugiej tracisz duże zaplecze praktyczne.

To na czym polega ta praca?

Skupiasz się na ulubionym systemie gry i opisujesz też swój sposób pracy. Ja dużo miejsca poświęciłem na aspekt budowania drużyny. Opisywałem istotę samego zjawiska, perspektywę Polaków i obcokrajowców, różnicę w etapach budowy, indywidualne podejście do zawodnika.

Swoją drogą – mieliście dość mocną ekipę na tym kursie. Vuković, Sobolewski, ty, Cretti…

Bardzo fajna grupa. Cieszę się, że akurat do takiej trafiłem. To ludzie, którzy sporo w życiu przeżyli. Ale mi w pamięci zapadło to, co powiedział nam trener Pasieka – że na takim kursie wielu rzeczy możemy się nauczyć, ale budowania więzi w zespole, czyli po prostu budowania drużyny, będziemy się uczyli na własnych doświadczeniach. Jako trenerzy jesteśmy nakręceni na punkcie taktyki, mikrocyklów. To oczywiście bardzo ważne. Ale dzisiaj piłka na wysokim poziomie jest bardzo zależna od psychologii. Wiesz, ja nie potrzebuje liderów w szatni, gdy jest dobrze. Wtedy wszystko kręci się samo. Zespół i siłę liderów poznajesz wtedy, gdy trafia się trudny moment. Dlatego jestem zadowolony z tego, że jestem dzisiaj w Głogowie, bo gdy nam nie szło, to nie widziałem w szatni spojrzeń piłkarzy typu „e, trener do dupy, z nim nic nie zrobimy”. I ja też – co jasne – nie patrzyłem na zawodników wzrokiem na zasadzie „z tymi ludźmi nic nie osiągniemy”. Jedziemy na tym samym wózku i widzieliśmy progres. Grahem Souness, były trener Liverpoolu mówił – „dowiesz się kim są ci, których uważasz za zwycięzców, dopiero wtedy, gdy nie wygrywasz”. Dowiesz się wtedy – kto pracuje ciężej? Kto zwiększa determinację? Kto pozostaje niezachwiany wobec treningu lub otoczenia? I z drugiej strony – kto zaczyna obwiniać wszystkich dookoła i okazywać nielojalność sprawie?

Zgadzasz się, że dzisiaj trener musi mieć inspirującą osobowość? Rozstawienia pachołków czy budowania mikrocyklów nauczysz się na kursie czy z książek, ale pociągnięcia zespołu za własną myślą już nie.

Cały czas to powtarzam. To nie jest tak, że jak ci nie wyjdzie w jednym klubie, to jesteś już stracony i nie możesz tytułować się trenerem. Ten okres w pierwszej drużynie Lecha traktuje jak dziurę w drodze – czasami tak jest, że jedziesz autem, coś ci się zwali na drogę, musisz to usunąć. Albo wpadasz w jakiś dołek. Ale jedziesz dalej, droga się nie kończy. Ludzie czasami mówią „zwolnili, to gość odpada”.

I bywa, że tak jest – trenerzy wypadają z karuzeli na długo.

Ale myślę, że jeśli wykonałeś dobrą robotę, zostawiłeś po sobie jakiś ślad, to prędzej czy później ktoś zadzwoni z propozycją pracy. A już od ciebie zależy czy będziesz wybredny i będziesz czekał na bezrobociu na telefon z Bayernu, czy weźmiesz się do roboty i spróbujesz coś zrobić.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Gornik Zabrze - Lech Poznan. 05.10.2018

Nie ma co się czarować – wynik wasz fach mocno weryfikuje. Patrzę na Mariusza Rumaka, który zszedł do I ligi po pracy w Ekstraklasie, tam nie udało mi się nic ugrać i nie wiem, czy nie będzie czasami musiał zejść jeszcze niżej, by pokazać się prezesom z wyższych lig.

Oczywiście, znam tę branżę, nie jestem totalnym idealistą. Ale myślę, że porażki też czegoś uczą i zmieniają twój tryb pracy. Nie udało się w jednym klubie, to do drugiego idziesz w nowymi metodami pracy. Nie chciałbym oceniać tego, jak pracował Mariusz, bo po prostu nie byłem w jego butach i nie wiem jak pracował.

Trenerzy mówią, że dzisiaj musisz podejść do piłkarza indywidualnie. Musisz wiedzieć czyja żona zaraz rodzin, kto ma chorą matkę, kto dobrze reaguje na kij, a kto na marchewkę. Czasy Janusza Wójcika, który wszedł do szatni, ryknął „parówy w górę, jedziemy z frajerami” już się skończyły.

Ja do szatni przed meczem w ogóle nie wchodzę. W przerwie – tak. Ale przed meczem – po co? Sześć dni pracowałem z nimi, przygotowywałem ich do tego meczu, robiłem odprawy. W dzień meczowy nic już nie zmienię. Nie pamiętam z mojej kariery zawodniczej, żeby ktoś zmotywował mnie odprawą motywacyjną do tego stopnia, że pomyślałem sobie „o, to dzisiaj zagram najlepiej jak umiem”. Albo jedziesz już na mecz z takim przekonaniem, albo jakieś krzyki w szatni na pięć minut przed pierwszym gwizdkiem tego nie zmienią.

Co do tego podejścia indywidualnego – jeśli dzisiaj tego nie robisz, to znaczy, że zostałeś gdzieś daleko za trendami. Jedna rzecz to kwestia mentalna i dostosowanie sposobów pracy do zawodnika. Każdy jest inny, każdy ma inne potrzeby – ja wypije espresso, ty duże latte i okej, obaj jesteśmy nakręceni na resztę dnia. Ale druga rzecz to indywidualizacja treningu. Nie wyobrażam sobie stosowania tych samych środków do całej grupy. Przecież to jasne, że musisz u niektórych zniwelować pewne deficyty, dostosować akcenty w treningu do formacji.

Marco Giampaolo robi treningi formacyjne – obrońcy z napastnikami czasami nie widzą się pół tygodnia.

Mieliśmy to w planach w Lechu, ale z różnych względów nie wyszło. Trochę fiksacja na wyniku sprawiła, że musieliśmy pracować bardziej tymczasowo. Ale patrzę chociażby na Pogoń trenera Runjaica czy Cracovię trenera Probierza – dostali tyle czasu, że mogli wypracować w dłuższym okresie pewne schematy, sposób pracy, model grania. Jeśli dostajesz pół roku, to wiesz, że bardzo trudno będzie ci budować projekt złożony, bo po prostu zabraknie ci czasu. Myślę, że sposób zarządzania klubem bardzo mocno determinuje to, jak pracuje trener. Skoro zwalnia się trenera po trzech-czterech miesiącach, to jakie on wnioski ma po sobie zostawić? Dla siebie – żadnych, nie zobaczył nawet efektów swojej pracy. Dla klubu, z którego go zwalniają – żadnych, nawet nie zdążyli zobaczyć, czy jego metody mają sens. Trener idzie do następnej drużyny i nie jest bogatszy o żadne doświadczenie. Nie wie czy pracował dobrze, czy źle. Tak samo jest z piłkarzami – jeśli nie dasz mu czasu, żeby on upadł, żeby wstał, to przegapimy tysiące talentów. Mamy dużą tolerancję do błędów popełnianych przez obcokrajowców, a jeśli młodych chłopak coś schrzani na boisku, to wytykamy go paluchem i mówimy „eeee, łamaga, nic z niego nie będzie, nie nadaje się”.

Przykład – Tomasz Dejewski, który musiał iść do Warty Poznań, żeby w Lechu go doceniono.

I bardzo dobrze, że go doceniono. W pewnym momencie mu podziękowano za grę, bo uznano, że obcokrajowcy są lepsi. Ale dzisiaj Tomek wraca i nie odstaje poziomem od piłkarzy, którzy są już w tej drużynie. Pracowaliśmy razem dwa lub trzy lata. „Deja” to inteligentny chłopak, który ogarnia każdy element gry w obronie.

A gdy patrzysz na to, jak w Polsce prezentują się Tiba, Martins czy Amaral, to twierdzisz, że w Portugalii takich zawodników jest wiele? Znasz dość dobrze ten rynek.

Trudno mi powiedzieć. Najlepiej rozmawiać na przykładach – Pedro znałem właściwie z każdej strony i wiedziałem, że sobie poradzi. To facet z osobowością lidera, ale przede wszystkim z umiejętnościami, które robią z ciebie lidera. Zwróć uwagę, że on absolutnie zawsze bierze grę na siebie. Nigdy nie ucieka od piłki, zawsze ją chce, zawsze chce kreować. Żałuję jedynie, że nie dałem opaski kapitana mu wcześniej.

rozmawiał DAMIAN SMYK

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (3)