Polska piłka według Patryka Vegi, odcinek trzeci
Weszło

Polska piłka według Patryka Vegi, odcinek trzeci

Kamera obejmuje całą klasyczna bryłę stylowej kamienicy gdzieś na obrzeżach Śródmieścia. Cytrynowa farba, śnieżna biel wokół okien, pomarańcz dachówek przywołująca na myśl wybrzeże Dalmacji. Wesoły śpiew ptaków zaburzają odgłosy kłótni.

POPRZEDNIE ODCINKI: ODCINEK 1, ODCINEK 2

– Kim ty, kurwa, w ogóle jesteś, pajacu? Co ty sobie myślisz, że europejskie puchary robi się za te ochłapy od Towarzystwa Ubezpieczeniowego Minerwa, czy że rywale płacą swoim piłkarzom w eurogąbkach?

Kamera pokazuje wnętrze eleganckiego gabinetu, nowoczesny wystrój kontrastuje nieco z wcześniejszym widokiem elewacji. Za biurkiem siedzi młody urzędnik w okularach, na blacie rozłożone dwie teczki, obok niegazowana woda mineralna. Po drugiej stronie przed przewróconym krzesłem tańczy prezes Marian Botwina. Czerwona twarz w towarzystwie czarnej marynarki i rozpiętej niemal do mostka, pożółkłej koszuli, wizualnie przypomina mroczną parafrazę flagi Niemiec.

– Zapraszasz mnie do tej swojej nory na końcu świata, dajesz do picia mineralkę, gościsz paluszkami z dyskontu, po czym oznajmiasz, że dotacja nie przekroczy sześciu milionów? Zdejm te okulary, jak z tobą rozmawiam. Jak ty się w ogóle nazywasz?
– Albert.
– Słuchaj no, Albert. Jeszcze raz zapytam, kim ty jesteś?
– Prezydentem miasta.
– Nie, kurwa, jesteś pacynką Tomasza Radkiewskiego, faktycznego szefa waszej partii, właściciela waszych marzeń, pragnień i potrzeb, człowieka, który decyduje o tym, czy skończycie w jacuzzi na ostatnim piętrze szklanego wieżowca, czy w pierdlu. Tomasza Radkiewskiego, prywatnie wielkiego kibica Wisły Kielce oraz mojego przyjaciela.
– Posłuchaj…
– Nie, to ty posłuchaj. Możesz myśleć o sobie co chcesz, możesz się uważać za nowego Rudy’ego Giuliani, albo nawet i Margaret Thatcher, mam to w dupie. Możesz uważać, że wybrały cię setki tysięcy kielczan, możesz nawet sądzić, że oni cię lubią, to też mam w dupie. Musisz jednak znać pewne zależności panujące w tej lidze. Jeśli Chorzów daje na swój klubik 8 milionów, a potem dorzuca jeszcze 6 na stadion, to ile to jest?
– 14.
– A jak Białystok i jego ofiarne społeczeństwo daje 12 baniek, po czym tamtejsza spółka energetyczna wykupuje osiem skyboxów za kolejną bańkę, to ile to jest?
– 13.
– To jak myślisz, drogi detektywie Rutkowski, kto zbuduje sobie skład na puchary, Chorzów, Białystok czy nasza dziura pośrodku dupy, w którą próbujesz wsadzić gówno warte sześć milionów?
– Panie…
– Nie paniuj mi tu. Mówię ci, co następuje. Najpierw wypierdalasz z tego pokoju wodę mineralną i krakersy, bo wstyd przed przyjezdnymi. Następnie zwracasz się do Rady Miasta o zwiększenie dotacji na promocję poprzez sport, bo Wisła ma nadspodziewanie dobre wyniki i pojawiła się szansa na występy w europejskich pucharach, gdzie miasto zostanie tak wypromowane, że turystami nakarmicie jednocześnie bezdomnych i bezrobotnych. Będzie trzeba wprowadzać program relokacji, bo ten nasz gówniany rynek nie pomieści wszystkich chętnych na zwiedzanie tej malowniczej części województwa świętokrzyskiego. Potem mówisz tym swoim przydupasom, że mają znaleźć przynajmniej dwanaście baniek albo zaczną się robić problemy.
– Fantastycznie brzmi, naprawdę, prawie sam kupiłem karnet na Wisłę, tak mnie pan nakręcił, ale proszę spojrzeć na ten stos! Tu chcą przedszkola, tu chcą szpitale, w ośrodku opieki społecznej strop się zawalił na głowy mieszkańców. Jak dam dwanaście na piłkarzyków, to media mnie zjedzą.
– O kurczaczek. Nie pomyślałem o tym! Media cię zjedzą, no tak, to zmienia postać rzeczy. Nie chowam urazy, wiadomo, są rzeczy ważne i ważniejsze, jak media zjedzą, no to kaplica, nie da się ukryć.
– Proszę nie kpić.
– Nie kpię.

Czerwona twarz prezesa, do tej pory przypominająca pulsujący pomidor, przestaje pulsować, przestaje wypluwać z siebie krzyki i mimowolne splunięcia, a nade wszystko – przestaje być czerwona.

– Nie śmiałbym kpić w tak złożonej sytuacji, wykazuję absolutne zrozumienie wobec pańskiej decyzji, szanowny panie prezydencie. Zanim jednak opuszczę ten przepiękny gabinet, chciałbym podzielić się krótką historią. Otóż loże na naszym stadionie wynajmuje tzw. small biznes, sól naszego państwa i oczywiście miasta. Część z nich to prawdziwi fanatycy, dla Wisły zrobią wszystko, ale nie będę pana zanudzał opowieściami o przywiązaniu do barw. Chciałem za to pochwalić się, że jednym z naszych partnerów jest Sebastian Małolepszy, dla przyjaciół „Juby”, właściciel klubu tanecznego Laguna na obrzeżach miasta. Legenda głosi, że tajskie masaże oraz pokazy tańca organizowane w Lagunie odwiedzają nawet wpływowi politycy, a pan Sebastian wspominał, że w pokoju hotelowym na piętrze kamera złapała – nie uwierzy pan! – prezydenta miasta. Kompletnie zapomniałem zapytać, czy był tam sam, czy może w towarzystwie jednej z tancerek, nie doprecyzowałem również, czy ten fragment filmu został gdzieś zapisany, czy może bezpowrotnie usunięty.
– Ty szujo.
– Oj, czemu od razu tak agresywnie. Nie słyszałem takiego rynsztokowego języka od dawna, ostatni raz chyba, gdy jeden z naszych kibiców opowiadał mi o zakupach… Sandry? Pańska córka nazywa się Sandra? Niech bierze połowę, naprawdę. Szkoda serca.

***

Prezes Botwina rozlany na swoim fotelu w gabinecie na stadionie Wisły obserwuje drzwi. Spogląda na zegarek, znów na drzwi. Tłusta dłoń z niepokojem pociera ramię fotela, drzwi wreszcie się otwierają. Zadowolony dyrektor Szczęśliwiński rzuca na biurko gazetę. Kamera najeżdża na czołówkę.

KIELCE DOFINANSUJĄ WISŁĘ! 12 MILIONÓW ZŁOTYCH NA EUROPEJSKIE PUCHARY!

***

(Kamera pokazuje z góry dożynkowy stadion-ruinę, PRL-owski relikt. Kamera zjeżdża na poziom murawy, na której wybiły kretowiska, trawa po kolana, mlecze, na polu karnym kępy barszczu Sosnowskiego, tu i ówdzie nawet rabarbar. Kamera przebija się przez ten gąszcz wjeżdża przed odrapany tunel do szatni, sunie równie odrapanym korytarzem, w końcu wjeżdża do odrapanej szatni, ale w której znajduje kilku facetów w drogich, porozpinanych bądź zawieszonych już na krześle marynarkach. Na wysłużonym stole ping-pongowym Johnnie Walker, karty – ewidentnie toczy się partia pokera. Co zastanawia, to że nie ma ani żetonów, ani pieniędzy).

– Wchodzę Zwierzynieckim – rzekł prezes Syzyfa Lublin.
– Przebijam Bardachą – powiedział dyrektor sportowy Hutnika Chorzów.
– Jak możesz przebić Bardachą, jak on dobrego meczu nie rozegrał od dwóch lat? – zaprotestował kierownik w randze menadżera i supervisora Pościgu Szczecin.
– On nie jest od rozgrywania dobrych meczów, on jest od sprawiania, by inni nie rozgrywali dobrych meczów albo w ogóle ich nie kończyli, co sprawia, że w kolejnym meczu boją się ich nawet zaczynać.

Panowie pokiwali głowami. Nikt już nie protestował. Karty zawodników powędrowały do puli.

– Ja też wchodzę – rzekł sędzia międzynarodowy Andrzej Głaz.
– Andrzejku, jak cię wszyscy lubimy, tak ty już nie masz za co wejść. Przegrałeś podyktowanie karnego z dupy, przegrałeś pokazanie asa kier w dziesiątej minucie wskazanemu zawodnikowi, a jak ci na moment przyżarło i wygrałeś od Habsburga Gliwice wygranie przetargu na wymianę masztów oświetleniowych, to zaraz przerżnąłeś dwa obsadzenia liniowych.
– Mam za co wejść.
– Nie masz.
– Druk w pucharach.

Nad stołem zapadła cisza. Co na swoim podwórku, to na swoim podwórku, różne rzeczy się robiło, ale siła najmocniejszej długiej ręki kończyła się między Odrą i Bugiem.

– To ja stawiam wygrany mundial dla Polaków – zaśmiał się dyrektor techniczny Polskiego Zrzeszenia Piłkarstwa Polskiego.
– Andrzejku, jak cię wszyscy lubimy, tak nie stawiamy przy tym stole rzeczy, na które nie mamy wpływu. Wiesz, że był jeden taki przypadek i skończył się nie tylko trwałym oddaleniem od stołu, ale także połamanymi nogami jego syna. To nie domino na świetlicy, wiesz gdzie przyszedłeś.
– Andrzej, szwagrze mój rodzony, myśmy niejeden interes dobili i przepili, ja wiem, że ty słów na wiatr nie rzucasz, że międzynarodowym sędzią jesteś nie od wczoraj, ale…
– Ale nie wiecie, że ja przy takim samym stole siadam w szatni opuszczonego stadionu byłego czwartoligowca z Nyonu.

Nad stołem pingpongowym zapadła cisza.

– Nie masz na to dowodów.
– A jednak mam.

I pokazał im zdjęcia jak na weselu córki taneczny pociąg prowadzi łysy z UEFA, pokazał pocztówkę z Madery od cenionego trenera Jose Carrerasa podpisaną „BEST FRIENDS FOREVER, a na koniec poprawił pokazaniem im SMS-a od Josepha Blatwursta z FIFA, który łamaną polszczyzną wpisał „ANDRZEJ, TE KURWY Z FBI MNIE CISNA, ALE I Z AKUMULATOREM NA JAJACH CIE NIE SPRZEDAM”.

(Wszyscy weszli do gry, zaciemnienie).

***

(Szósta rano. Kamera na wnętrze Żabki. Gadziszewski w środku, na wyraźnym kacu, wciąż w stroju meczowym, choć jest poniedziałek. Przez plecy przebiega wyraźny zielony ślad zrycia murawy. Gadziszewski w koszyczku ma litrowy energetyk „ART BINKOWSKI ENERGY DRINK”  w plastikowym opakowaniu. W rękach trzyma dwie paczki czipsów: megapakę karbowanych o smaku keczupowym i megapakę „GRUBO CIOSANE” o smaku cebuli ze śmietanką).

– Dobra kurwa, trzeba zacząć się dobrze odżywiać.

(Gadziszewski wrzuca do koszyka czipsy o smaku cebuli ze śmietanką).

Wtem do Gadziszewskiego dzwoni telefon. Odbiera.

– Halo?

W słuchawce miękki damski głos.

– Andrzej, dwa słowa: gdzie są alimenty.
– Żaneta, wysłałem, jak Boga kocham, wysłałem. Właśnie przelew poszedł, jeszcze mnie owiewa pęd, tak szybko leciał. Zabierz dzieciaki w jakieś fajne miejsce, niech mają. Sobie kup coś ładnego. Tak jak kiedyś, wiesz.
– Wiem, Andrzej, wiem. I to fajna historyjka, nawet bym uwierzyła, nie dlatego, że jestem naiwna, bo chciałabym uwierzyć, niemniej jest jeden problem.
– No?
– Coś, co cię zdradziło.
– Co?
– Ty Boga nie kochasz.

(Gadziszewski nie miał odpowiedzi).

– Andrzej, ogarnij się. Przecież dostałeś chyba premię za ostatni mecz? Ja nie mam frajdy z tego, żeby nasyłać na ciebie komornika. Były między nami dobre chwile, ja nie zapomniałam, jak lecieliśmy helikopterem na obiad do Mediolanu. Ale jak nie będziesz płacił, wyślę komornika i odbiorą ci chałupę. Znowu grasz?

(Gadziszewski nie odpowiada).

– Jak grasz, to może i lepiej, żeby ci odebrali chałupę.
– Żanetka, jeszcze będziemy znowu latać. Dalej niż do Mediolanu. Na Seszele. Do Nowego Jorku. A choćby i do Radomia. Dostałem powołanie do kadry. Jestem w jedenastce kolejki. Karta się odwróciła.
– Andrzej, tobie się może karta odwróciła, ale spadając ze stołu.

LM i JO

POPRZEDNIE ODCINKI: ODCINEK 1, ODCINEK 2

KOMENTARZE (5)