Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

– Jeśli jakaś drużyna chce się dowiedzieć jak to jest wygrać mając pół sytuacji, zapraszamy do nas – powiedział w pomeczowym wywiadzie Dawid Kownacki i lubię tę wypowiedź. Nie ma mydlenia oczu, deprecjonowania gry przeciwnika, nie ma udawania, że byliśmy jak Brazylia 1982 czy piłkarska odpowiedź na Chicago Bulls 96/97. Jest realna ocena sytuacji.

Uważam, że to w polskiej piłce rzadka sztuka, być może nie tylko w piłce, być może w wielu dziedzinach polskiego odcinka rzeczywistości uprawia się realizm magiczny, być może w Polsce na porządku dziennym jest wiara w baśnie, być może dajemy się omamić – pozwólcie tak powiedzieć – mitotwórczym narracjom, być może to jak popularne są u nas najbardziej irracjonalne teorie spiskowe jest jakimś potwierdzeniem tej tendencji. Ale to wszystko „być może”, w piłce jestem przekonany, że funkcjonuje to na pewno.

Jakie są problemy Ekstraklasy? Nazywa się ją chętnie jedną z najbardziej przepłaconych lig świata. I niby racja, bo gdy słyszysz ile zarabia siódmy sort kubańskich pomarańczy, sprowadzony tutaj na jeden mecz, po którym stało się jasne, że obrotny menago zrobił prezesa w bambuko, względnie ile zarabiają ci polscy ligowcy, którzy są w lidze głównie przez zasiedzenie, przez to, że ktoś im dał lata temu szansę i tak uciułali trzycyfrową liczbę meczów, choć bez jednej dającej się zapamiętać akcji, no chyba, że wyróżniać również te nadające się do profilu „Out of Context Ekstraklasa” (nie znacie, sprawdźcie na Twitterze, zabawa przednia).

Przecież liga właśnie podpisała rekordową umowę telewizyjną, dwie poważne stacje zrobiły zrzutę na futbolowe tańce Łukasików i Pechów.

Przecież nawet średniak polskiej ligi potrafi opylić swojego zawodnika za wór eurasów.

Też byłem przekonany, że nasza siła finansowa jest dużo mocniejsza niż siła piłkarska, a potem czytam raport Deloitte, według którego nie tylko piłkarsko, ale również finansowo odstawiają nas Szwedzi, odstawiają nas Norwegowie, a już taka na przykład Dania to ho ho, odstawia nas o okrążenie. Czytam później wywiad Szymona Podstufki z nowym nabytkiem Legii Warszawa, Walerianem Gwilią, który przyznaje, że miał lepszą ofertę finansową z Ferencvarosu, ale wybrał legijne wyzwania, ten Ferencvaros jak ktoś nie pamięta wcale nie występuje w Ligue 1, w Bundeslidze, nawet w Eredivisie, Ferencvaros to notorycznie lekceważona przez nas liga węgierska. I OK, mogło być tak, że Węgrom na Gwilii zależało bardziej niż Legii, stąd przebitka finansowa naszych braci od szabli i szklanki, ale fakt pozostaje faktem: Gwilia tam zarobiłby więcej, a nam, zostając w Ekstraklasie, robi jakąś tam łaskę.

W zespole Michniewicza najbardziej podoba mi się to, że oni nie próbują dryblować rzeczywistości, tylko na niej się opierają. Nie dałoby się tego osiągnąć bez wzorowo działającego pionu analitycznego i ja wiem, że do rangi anegdotycznej urosła już wojna podjazdowa Michniewicza z Duńczykami – synowie wysłani na przeszpiegi, duński „turysta” proszący o pokój z widokiem na boisko treningowe – ale co ci da rozpracowanie przeciwnika, jeśli nie masz rozpracowanego w najmniejszych drobiazgach własnego zespołu?

Co z tego, że Michniewicz znałby każdy aspekt włoskiego planu podboju naszej boiskowej twierdzy, skoro mury budowałby nie na skale, czyli bezlitosnej i drobiazgowej prawdzie o swoich piłkarzach, ale na piasku z przekonań, z powierzchownej znajomości ich pakietu możliwości?

Jestem przekonany, że analityka piłkarska to owszem, narzędzie wielce przydatne w rozpracowaniu rywala, narzędzie kluczowe w skautingu, ale jego podstawową rolą jest nieustająca ewaluacja swoich zawodników, by wiedzieć czy ktoś przy rozbrojeniu bomby najbliższej meczowej bomby jest raczej kluczem trzynastką, nożem saperskim czy kostką masła. Michniewicz zna umiejętności swoich zawodników jak własną kieszeń i dlatego udaje mu się z nich wycisnąć absolutne maksimum, szyjąc taktykę na ich miarę.

Ale jestem też przekonany, że sukces Michniewicza stawia tym większe wymagania wobec naszej pierwszej reprezentacji, że raz wiara w naszą siłę nie jest pompowaniem balonika, a realna wyceną naszych możliwości, a więc i oczekiwań. Jeśli jeszcze raz usłyszę selekcjonera Brzęczka mówiącego „Łotwa to niewygodny rywal” to uznam, że jest to kurtuazja jednak posunięta zbyt daleko.

Selekcjoner Brzęczek ma komfort. Ma doświadczonych liderów, którzy znają smak wielkiej imprezy, znają nawet smak rzutów karnych o półfinał Euro.

Ma wschodzące gwiazdy, których symbolem jest Piątek, ma szereg graczy znających doskonale smak Ligi Mistrzów, ma szereg graczy znających smak topowej ligi europejskiej, którzy w tych ligach nie terminują, ale grają. Skoro możemy sobie pozwolić na Karola Linettego, regularnie grającego w Sampie, na końcu ławki, to coś to mówi o naszych możliwościach.

Teraz, w reprezentacji Michniewicza widać, że jest też gotowe zaplecze, są młodzi-gniewni, którzy w tym momencie odgrywają w kadrze A role epizodyczne, a mogą udźwignąć role większe. Przecież taki Bielik gra na EuroU21 taką profesurę, taką nowoczesną piłkę z odbiorem, wyprowadzeniem, nawet dryblingiem z obrony, że – jak ująłby to Wojciech Łazarek – wszystko składa się do oklasków, nie tylko ręce.

Leszek Milewski

Zapytaj mnie o cokolwiek, zawsze odpisuję

KOMENTARZE (15)