Świątek i koleżanki – przedstawiamy najzdolniejsze tenisistki
Inne sporty

Świątek i koleżanki – przedstawiamy najzdolniejsze tenisistki

Jest w tym gronie Iga Świątek, która dopiero co świętowała swoje osiemnaste urodziny. To wiemy wszyscy. Polka znakomicie prezentuje się we French Open i przedstawia się coraz szerszej publiczności. Ale nie jest, przynajmniej na razie, najlepszą z nastoletnich tenisistek, tych urodzonych w roku 2000 i młodszych. Kto w przyszłości może wygrać Wielkie Szlemy? Na czyje nazwisko należy zwrócić czujną uwagę? Gdzie „produkują” najwięcej talentów? Na te pytania staramy się odpowiedzieć.

W tym celu spojrzeliśmy w światowy ranking. Bo chodziło nam o te z nastolatek, które już przebijają się w seniorskim tenisie. Te, które odnoszą sukcesy w juniorskich szlemach czy innych turniejach, mają zapewne ogromny talent, ale przejście do rywalizacji w cyklu WTA wiele takich spowalniało i ograniczało. Dlatego piszemy o tych, które w rankingu już zajmują całkiem niezłe lub wręcz znakomite jak na swój wiek pozycje.

A wszystko rozpoczniemy od wycieczki za ocean.

Masowa produkcja

Duży kraj, będący od niemal zawsze tenisową potęgą. Miliony dolarów przeznaczone na szkolenie zawodników i zawodniczek. Setki talentów, czekających na oszlifowanie. Zresztą z całego świata, bo do tamtejszych akademii przyjeżdżają dzieciaki nawet z drugiej strony globu. Kiedy okazało się, że spośród dwudziestu najwyżej notowanych nastolatek na świecie aż sześć jest z USA, nie zdziwiło nas to ani trochę.

W pierwszej setce rankingu WTA jest trzynaście zawodniczek ze Stanów. Żadna inna nacja nie jest reprezentowana licznie. Trzy z nich to mistrzynie wielkoszlemowe (siostry Williams i Sloane Stephens), kolejna (Madison Keys) grała w finale US Open, a obecna liderka rankingu i zwyciężczyni ostatnich dwóch Wielkich Szlemów (Naomi Osaka) choć reprezentuje Japonię, to tenisowe wychowanie odebrała właśnie w Stanach. W przypadku nastolatek, o których tu piszemy, tylko jedna z nich nie ma na swoim koncie wielkoszlemowego tytułu w rywalizacji juniorek. Ale była w finale. I przegrała w nim ze swoją rodaczką.

– To zaczęło się od pewnego momentu, wcześniej tak nie było – mówi Adam Romer, redaktor naczelny magazynu „Tenisklub”. – To taka fala dziewczyn wychowanych na siostrach Williams. Powiedzmy, że Serena i Venus zaczęły grać na absolutnie topowym poziomie mniej więcej od 1997 roku. Od tego można odjąć jeszcze kilka roczników, więc od początku lat 90. zaczęły się w Stanach rodzić talenty. Wcześniej to nie było tak oczywiste, więcej był facetów, dziewczyn mniej. Teraz jest ich sporo i tu i tu, co świadczy o tym, że dużo efektywniej wykorzystywane są inwestowane w to środki, ale też, że te dziewczyny mają przykład do naśladowania. Co widać też po tym, że pojawiło się sporo zawodniczek czarnoskórych, Afroamerykanek. To też nie jest przypadkowe, te roczniki po prostu wychowywały się na siostrach Williams.

Czarnoskóra jest wspomniana Stephens. A z zawodniczek, które mogą zawładnąć tenisowym światem w przyszłości – Whitney Osuigwe. To jeden z największych talentów na naszej liście, dziewczyna urodzona 17 kwietnia 2002 roku, o której głośno jest już od kilku lat. Aktualnie w szybkim tempie zbliża się do pierwszej setki rankingu. Poprzedni rok kończyła na 226. pozycji, teraz jest już 119. Dwukrotnie miała okazję zagrać w turniejach wielkoszlemowych, choć na razie nie przebrnęła pierwszej rundy. Ale talent ma ogromny, co powtarza każdy, kto widział jej mecze. Zresztą trudno zlekceważyć dziewczynę, która w wieku 15 lat wygrywa juniorskiego Rolanda Garrosa. I to jako pierwsza Amerykanka od 28 lat.

Jej idolką nie jest jednak żadna z sióstr Williams, a Victoria Azarenka, za „sposób w jaki gra. I… jej włosy”. Whitney wywodzi się z tenisowej rodziny, jej ojciec dorastał w Nigerii, grał w cyklu ATP, a potem uczył w akademii Nicka Bolleterego, pierwszej tego typu szkole na świecie. Sama Osuigwe szybko chwyciła za rakietę. Często powtarza, że „chciała być tenisistką od kiedy tylko zaczęła chodzić”. W akademii, w której uczyła się tenisa, często grywała też z chłopcami, nierzadko wygrywała. Nabrała wtedy pewności siebie, której bardzo potrzeba w głównym cyklu. I teraz z niej korzysta, wspinając się po kolejnych szczeblach rankingu.

Wzorem może być dla niej Amanda Anisimova, jej starsza o niespełna rok rodaczka, której brakuje zaledwie jednego miejsca do pierwszej „50” światowego rankingu (a po French Open już na pewno się w niej znajdzie). To jedna z kilku nastolatek, które mogą się pochwalić wygranym turniejem w głównym cyklu – tytuł zdobyła w Bogocie, w połowie kwietnia. Na kortach Rolanda Garrosa stała się najmłodszą Amerykanką od czasów Sereny Williams, która dotarła do trzeciej rundy turnieju. Po drodze wyeliminowała rozstawioną z numerem 11 Arynę Sabalenkę (z którą wygrała też w Australian Open). Potem dołożyła jeszcze jedno zwycięstwo, znalazła się w IV rundzie i ma niezłe widoki na to, by zaliczyć i ćwierćfinał – jej rywalką w walce o taki będzie Aliona Bolsova Zadoinov, 21-latka z Hiszpanii. Dla Amandy to i tak osiągnięcie znakomite, biorąc pod uwagę, że jest najmłodszą zawodniczką w pierwszej setce rankingu – urodziła się równe trzy miesiące po Idze Świątek.

Pozostałe nazwiska? Cóż, skoro mowa była o czarnoskórych zawodniczkach, które zobaczyły, że mają szansę się przebić, to warto podkreślić, że Stany bardzo korzystają na różnorodności. Na 158. i 168. miejscu rankingu usadziły się odpowiednio Claire Liu i Ann Li. Matka pierwszej dorastała w okolicach Szanghaju i – choć nie widziała kortu na oczy – odbijała piłkę tenisową o ścianę, korzystając z pożyczonej rakiety. Córka trenowała już na korcie, a teraz może powalczyć o podbicie tych światowych. Druga też pochodzi z Chin. I mimo że seniorskich sukcesów w głównym cyklu jeszcze na koncie nie mają, już są wzorem dla wielu młodych dziewczyn. Obie spotkały się zresztą we wspomnianym finale juniorskiego Wimbledonu z 2017 roku.

Do tego dodać należy jeszcze Caty McNally, aktualnie 192. w rankingu. I pewnie szybko znajdzie się wyżej, bo zawodniczki z USA mają – w stosunku do swych koleżanek z mniej uznanych tenisowo nacji – nieco ułatwiony start w tenisową karierę.

– Po pierwsze trzeba się jakoś dostać do touru i dojść na te wyższe pozycje – mówi Maciej Łuczak, dziennikarz i komentator TVP Sport. – Jedną z dróg jest ta, w której się mozolnie przebijasz. Najpierw na miejsce numer 800, potem 500 i tak dalej. To jest trochę droga Igi Świątek, ona przecież nigdy nie dostała nic w stylu dzikiej karty. Za to, dla przykładu, rok temu w Indian Wells dziką kartę dostała Anisimova i ograła Kvitovą. Wszystkie te Amerykanki dostają dzikie karty. Mają turnieje w Indian Wells, Miami, potem jest cały cykl zakończony US Open. Te dziewczyny mogłyby mieć trudniej, gdyby musiały się przebijać przez małe turnieje, więc pomagają im ich federacje. Wystarczy, że przebiją się w juniorskim turnieju, a potem mają łatwiej, bo ktoś je zauważy. Dostaną dziką kartę i, jeśli zaliczą dobry wynik, nagle są wśród seniorek.

O tenisową przyszłość w Stanach raczej nie muszą się więc martwić.

Złote pokolenie na Wschodzie

O ile nie zaskakuje USA, o tyle inne państwo na „U” już tak. Bo Ukraina nigdy tenisową potęgą nie była. A tymczasem wśród dwudziestu najlepszych aktualnie nastolatek w seniorskim tourze, aż cztery zawodniczki reprezentują właśnie naszego wschodniego sąsiada. Skąd ten wynik?

– Moim zdaniem to jest taki opóźniony efekt tego, co było 15 lat temu w Rosji, a teraz jest na Ukrainie. Te 15 lat temu pojawiło się mnóstwo Rosjanek, dla których tenis był szansą na lepsze życie. Teraz coś takiego jest u Ukrainek. To się wiąże oczywiście z tym, że Ukraina dopiero od 1990 roku jest niezależnym państwem. W pewnym momencie ktoś na ten sport postawił, pokazał im taką drogę i te dziewczyny zaczęły robić wyniki. Ważne było też to, że pojawiła się taka dziewczyna jak Elina Switolina [zwyciężczyni 14 turniejów WTA, aktualnie 7. w rankingu – przyp. red.], która pokazała im drogę – mówi Adam Romer.

– Pamiętam, że jak byliśmy na Pucharze Federacji, to rozmawialiśmy wtedy z kapitan reprezentacji Ukrainy i kilkoma tamtejszymi dziewczynami, w tym z Martą Kostiuk – dodaje Maciej Łuczak. – One same wspominały, że u nich nie ma czegoś takiego jak jeden system szkolenia. Brak też przesadnego wsparcia dla zawodniczek, a bazuje to raczej na jakiejś determinacji, zapatrzeniu w Switolinę czy inne tenisistki, próbach naśladowania. To jest trochę taki wybryk natury, w dość biednym, mającym swoje problemy kraju. Nie wiem, czy da się to racjonalnie wytłumaczyć. Być może po prostu determinacja, chęć do osiągnięcia sukcesu jest u tych dziewczyn większa niż w krajach rozwiniętych, gdzie zawodnicy często pochodzą z bogatych rodzin.

Największym talentem z Ukrainy jest na ten moment Dajana Jastremska. To druga najwyżej notowana z nastolatek w rankingu WTA, aktualnie 32. Na początku sezonu imponowała wynikami, wygrała w tym roku już dwa turnieje – w Hua Hin i Strasburgu. Problemem jest głównie jej regularność, bo wszystkim innym naprawdę imponuje, a repertuar zagrań ma bardzo szeroki i uniwersalny. Zresztą, jak mówi Adam Romer, stabilizacja formy i utrzymanie jej na jednym, równym poziomie, to problem większości dziewczyn z takich krajów.

– Jastremska miała świetny początek roku, ale potem się pogubiła. To jest przewaga zawodniczek z Europy Zachodniej (do której w tym wypadku zaliczam Polskę), że mają dużo lepszą opiekę niż Ukrainki. Bo u tych ostatnich działa się trochę na takiej zasadzie, że rzuca się je na głęboką wodę i albo sobie poradzą, albo utoną. Takie problemy miała też Kateryna Kozłowa, którą kilka lat temu się zachwycano. Jest jeszcze Marta Kostiuk. Ona wygrała juniorskie Australian Open w wieku niespełna piętnastu lat, rok później zrobiła furorę na tym samym turnieju, ale wśród seniorek. I nagle jej nie ma, bo tak ją zajechali i wyeksploatowali. To jest efekt tego, że brak jej tej kompleksowej opieki, pomysłu, jakie mają wobec swoich zawodniczek ludzie z wyżej rozwiniętych tenisowo krajów.

O Kostiuk więcej przeczytać możecie tutaj, jednak dodać trzeba, że od momentu napisania tamtego artykułu, jej sytuacja zmieniła się, głównie w negatywny sposób. Inna sprawa, że to dziewczyna wciąż bardzo młoda, niespełna siedemnastoletnia, która już raz pukała do bram pierwszej setki rankingu. Z pewnością osiągnąć może wiele. Wątpliwości można za to zgłaszać w przypadku Katariny Zawackiej, jej koleżanki z kadry. To druga najstarsza tenisistka z całej dwudziestki, a najwyższe miejsce, jakie do tej pory zajmowała to 171. lokata w rankingu. W juniorskim cyklu nie gościła w finale wielkoszlemowego turnieju, a w seniorskim wygrywała co najwyżej małe turnieje rangi ITF. Ale kto wie, może obudzi się z czasem? Nawet nie za rok czy dwa, a pięć lub dziesięć? Michał Lewandowski, były zawodnik, dziś trener i komentator:

– Najważniejsza dla tych zawodniczek będzie powtarzalność wyników, systematyczność. Bo w momencie przejścia z wieku juniora do seniora na tej młodzieńczej fantazji nie ma takich obciążeń psychicznych. Można tylko zyskać, a nie stracić, gra się fajnie. Schody się zaczynają, gdy trzeba tych punktów bronić. Zmienia się też tendencja wiekowa – częściej przebijają się zawodniczki starsze, jak Mihaela Buzarnescu. Nie trzeba osiągać sukcesów za młodu.

Do tego towarzystwa należałoby doliczyć trzy Rosjanki (choć nie wiemy, czy łączenie ich z Ukrainkami w obecnej sytuacji politycznej to dobry pomysł). Inna sprawa, że tak naprawdę wystarczyłaby jedna – Anastasia Potapowa. Bo pozostałe to Sofija Żuk, dla której lekko nagięliśmy zasady i zaliczyliśmy ją do tej dwudziestki, mimo że urodziła się 1 grudnia 1999, oraz Warwara Graczewa, która jest w rankingu i… to mniej więcej tyle, ile możemy wam o niej napisać. Bo trudno znaleźć w naszym kraju kogoś, kto widział ją w akcji.

A Potapowa? Ma już dość mocną pozycję w świecie kobiecego tenisa, bywała w finałach turniejów WTA w Moskwie i Taszkencie, w rankingu zajmuje miejsce w pierwszej setce i jest wielką nadzieją Rosjan na wielkoszlemowe zwycięstwa, na które czekają od triumfu Marii Szarapowej w Roland Garros 2014. Zresztą, choć nie jest tak wysoka, Potapowa przypomina swoją starszą rodaczkę. Pytanie, czy będzie w stanie pójść w jej ślady, gdy chodzi o trofea.

Iga i koleżanki

O Polce napisaliśmy już tyle, że w tym tekście nie będziemy się silić na więcej. Dodamy jedynie, że z każdym kolejnym meczem i turniejem, jej gra coraz bardziej nas zachwyca. Do najlepszej z nastolatek z pierwszej setki trochę jej jednak brakuje. Nie tyle pod względem stylu, co punktów i sukcesów. Przynajmniej na razie. Bo Bianca Andreescu, o której tu mowa, na koncie ma już jeden wielki triumf – wygrała turniej w Indian Wells.

Kanadyjka jest aktualnie 23. w światowym rankingu. Choć trzeba tu zaznaczyć, że swą pozycję zawdzięcza w dużej mierze właśnie amerykańskiej imprezie. Bez niej byłoby gorzej i zapewne nie byłaby najwyżej notowaną nastolatką. W tej sytuacji to jednak do niej należy to zaszczytne miano. Choć dodać trzeba, że na ten moment zasłużenie. Bo Bianca już teraz prezentuje tenis bardzo dojrzały, taki, który może jej w przyszłości zapewnić sukcesy. Choć są, oczywiście, pewne warunki. Najważniejszy: musi dopisać zdrowie.

– Andreescu zrobiła w tym sezonie duże wrażenie – mówi Maciej Łuczak. – Nie tylko w Indian Wells, bo już na początku roku dotarła do finału w Auckland, choć w nim przegrała [niedługo po tym wygrała turniej rangi Challenger w Newport Beach – przyp. red.]. Widać, że ma urozmaicony tenis, imponuje dużym wachlarzem umiejętności. Potrafi pograć kątowo, nie opiera swojego tenisa jedynie na mocnych uderzeniach. Ma też też warianty B, C, a często nawet D. Głównym problemem pozostaje u niej zdrowie – w trakcie French Open było widać, że ma z tym problemy i już pojawiają się plotki, że może nie zagrać w Wimbledonie.

Wspominaliśmy wcześniej turniej w Moskwie, gdzie do finału doszła Potapowa. Nie wspomnieliśmy jednak, z kim tam przegrała. Lepsza od Rosjanki okazała się wówczas Olga Danilović. Dla Serbki to aktualnie największy sukces w karierze. I potrzebuje ich jeszcze co najmniej kilka, o ile chce dorównać ojcu. Jeśli interesujecie się europejską koszykówką, to zapewne kojarzycie Predraga Danilovicia, który w latach 90. furorę robił w Eurolidze i włoskich klubach. Czterokrotnie – jeszcze z reprezentacją Jugosławii – zostawał też mistrzem Europy.

Jeśli jednak koszykówka niezbyt was kręci, to Olgę kojarzycie zapewne z dwóch meczów z Igą Świątek, rozegranych już w seniorskim tourze. Obie najpierw spotkały się w kwalifikacjach do Australian Open, a potem w pierwszej rundzie turnieju w Budapeszcie. Dwa razy wygrała Iga, raz z problemami (1-6, 7-6, 7-5), a raz gładko (6-3, 6-0). Niby widać przewagę Polki, ale jesteśmy pewni, że leworęczna Serbka – która już debiutowała w najlepszej setce – jeszcze zaprezentuje swój talent.

Swoją drogą Olga to też niezła deblistka – w juniorskim cyklu wygrywała trzy wielkoszlemowe turnieje w grze podwójnej. Jeden z nich w parze z Kają Juvan, która też puka już powoli do bram wielkiego tenisa, choć na razie jej największymi sukcesami wśród seniorek pozostaje siedem wygranych turniejów rangi ITF. Zachwyciła za to w zeszłym roku na Igrzyskach Olimpijskich Młodzieży, gdzie zgarnęła złoto zarówno w singlu, jak i w deblu, w którym grała wraz z Igą Świątek. Została pierwszą tenisistką w historii z takim sukcesem na koncie. W klasyfikacji najlepszych nastolatek jest jednak w tej chwili na ósmej pozycji. Choć nie wykluczamy, że za niedługo przesunie się w górę.

Wspomnieć tu jeszcze – choć już tylko nazwiskami – wypada Xiyu Wang, która może powtórzyć sukcesy Li Na i wprowadzić Chiny w tenisowe szaleństwo; En Liang z Tajwanu i Destanee Aiavę z Australii. Swoją drogą ta ostatnia jest jedyną reprezentantką trzech pozostałych federacji, organizujących Wielkie Szlemy. A więc tych najbogatszych, które w teorii powinny produkować sporo talentów. A o ile USA sobie z tym radzi, o tyle Wielka Brytania, Francja i Australia już nie do końca.

– Brytyjczycy od lat inwestują ogromne pieniądze w tenis – mówi Maciej Łuczak. – Brytyjska federacja to przecież finansowa potęga, a tak naprawdę poza Andym Murrayem i Johanną Kontą, to bardzo słabo się to przekłada na rezultaty. Trochę tak jest też w Niemczech, choć one nie organizują turnieju wielkoszlemowego, bo tam są głównie Angelique Kerber i Sascha Zverev, ale nie idzie jakaś fala młodych zawodników czy zawodniczek. Biorąc pod uwagę możliwości finansowe tych krajów, to może to dziwić. Tym bardziej, że talenty pojawiają się, jak mówiliśmy, na Ukrainie czy w Rosji, gdzie brak odpowiednich warunków i środków. Sport jest czasem paradoksalny.

Jeszcze młodsza młodość

Początkowo założenie tego tekstu było takie, by pokazać tenisistki z roczników 2000-2002. Te, o których już od jakiegoś czasu jest głośno, a które wchodzą teraz do seniorskich rozgrywek. Jedne wraz z drzwiami, inne nieco wolniej, ale każda pracując na swoje nazwisko i osiągając sukcesy. Okazało się jednak, że już teraz wśród dwudziestu najlepszych nastolatek pojawiły się dwie dziewczyny, które są… nawet młodsze.

I choć trudno to sobie wyobrazić, to 230. na świecie jest aktualnie Daria Łopatecka, urodzona 23 kwietnia 2003 roku. Pochodzi z, a jakże!, Ukrainy. W cyklu ITF zadebiutowała w lipcu ubiegłego roku. W niespełna sezon zaliczyła więc awans o jakieś 700 pozycji. – Na początku zagrałam dwa turnieje z pulą nagród 15 000 i je wygrałam. Po prostu się tym cieszyłam, nie było na mnie żadnej presji, grałam z dziewczynami starszymi o 10 czy nawet 15 lat – mówiła. – Do pierwszego turnieju dostałam się przez kwalifikacje, ale i tak go wygrałam. To było wspaniałe. Każdy pytał, czy naprawdę mam 15 lat, ludzie byli tym zaskoczeni.

Potem dokładała kolejne sukcesy i już teraz jest poważną kandydatką do tego, by w przyszłości znaleźć się w samej czołówce rankingu. Tak nagły wzrost nie może jednak dziwić, gdy weźmie się pod uwagę, że młoda Ukrainka dla rozwoju swojej kariery wyjechała z ojczyzny. Trenowała we francuskiej akademii Patricka Mouratoglou, trenera Sereny Williams. Do kraju wróciła już jako tenisistka odnosząca sukcesy. Małe, ale znaczące, biorąc pod uwagę jej wiek.

Jednak to nie do niej należy miano najmłodszej tenisistki, która znalazła się na naszej liście. W tej kategorii wygrała z nią Cori Gauff, urodzona w marcu 2004 roku. Amerykanka już od dobrych kilku lat znajduje się na liście wielkich tenisowych talentów. W zeszłym roku (miała wtedy 14 lat!), wygrała singlowe juniorskie Roland Garros dziewczyn, w finale pokonując wspomnianą już wcześniej rodaczkę, Caty McNally (która w półfinale wygrała za to z Igą Świątek). Potem dołożyła jeszcze sukces na US Open, ale w rywalizacji deblowej. Singlowego turnieju ITF jeszcze nie wygrała, ale była już w finale.

– Jestem bardzo ciekaw, jak rozwinie się kariera Gauff, ale już widać, że ona jest o niebo lepiej prowadzona od choćby Kostiuk. Oczywiście, powstaje pytanie, czy Cori ma potencjał na wielkie wyniki, ale wydaje się, że tak. I jestem pewien, mogę to zagwarantować, że jej otoczenie nie pozwoli jej „zajechać”. Wokół niej zgromadzona będzie cała armia ludzi, która będzie zarabiała na niej pieniądze – mówi Adam Romer. I z tym zdaniem zgadza się Maciej Łuczak. – W USA bardzo się docenia jej talent. Pytanie, czy to się przełoży na seniorską rywalizację. Na pewno jednak warto obserwować. Teraz odpadła w eliminacjach Rolanda Garrosa, ale ma tylko piętnaście lat. Sukcesy juniorskie też pokazują, że w przyszłym roku dostanie pewnie dzikie karty do większych turniejów. Choć tak naprawdę ma jakieś 3-4 lata, żeby się w tym cyklu WTA zadomowić.

Skoro znamy już nazwiska, pozostaje nam odpowiedzieć na jedno pytanie. Najważniejsze.

Co z nich będzie?

Odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Tenis pełen jest przykładów zawodniczek, które zapowiadały się na przyszłe mistrzynie, a potem okazywało się, że talentu nie udało im się przekuć w sukcesy. Z różnych powodów. Nawet na naszym podwórku mamy tego dobry przykład – z sióstr Radwańskich to o Uli mówiono, że ma większe możliwości. Jak się skończyło, doskonale wiemy. Pokolenie zawodniczek urodzonych z „dwójką z przodu” zapowiada się bardzo dobrze. Ale czy jest złote?

– Nie, to że one wchodzą, to naturalna wymiana pokoleń, która następuje zawsze. Nic w tym specjalnego – mówi Adam Romer. – Na przestrzeni trzech roczników zawsze jest gdzieś ze dwadzieścia bardzo dobrych tenisistek, a w setce pewnie po cztery zawodniczki. Oczywiście, są takie tenisistki jak Andreescu czy Jastremska, ale nie powiedziałbym, że to jakieś wybitne, niesamowite roczniki. To naturalna zmiana pokoleń. Możliwe, że zwracamy na to uwagę, bo mamy dziewczynę w tym roczniku – Igę Świątek. Natomiast to nie jest nic niespotykanego.

Inna sprawa jest taka, że tenis się „przesuwa”, gdy chodzi o wiek. Coraz częściej zawodniczki po trzydziestce osiągają spore sukcesy, coraz częściej trzeba poczekać na to, by przebić się choćby do czołowej dziesiątki na świecie. Najmłodszą mistrzynią wielkoszlemową w drugiej dekadzie XXI wieku była Jelena Ostapenko, która wygrała Roland Garros 2017, mając na karku 20 lat i dwa dni. Sęk w tym, że to jej jeden wystrzał – we Francji startowała pięć razy i w pozostałych czterech edycjach nie wygrała nawet meczu. Wszystkim tym dziewczynom, które teraz są nastolatkami trzeba więc dać czas. Pytanie brzmi: ile? Odpowiada Michał Lewandowski:

– Aż nastąpi taka całkowita zmiana warty, to minimum pięć lat. Takie jest moje zdanie. Ta średnia wieku się teraz wydłuża, nawet Wiktoria Azarenka wróciła po macierzyństwie oraz problemach zdrowotnych i prezentuje się z dobrej strony. Żeby mówić nie o zmianie warty, a rezultatach, które można oceniać, to te dziewczyny muszą zagrać przynajmniej 2-3 sezony z rzędu na równym poziomie. Nie mówię tu już jednak o utrzymaniu w pierwszej setce, a na miejscach w drugiej czy trzeciej dziesiątce. Oczywiście, wyniki tych dziewczyn trzeba zauważyć i respektować, ale bardzo dużo czynników składa się na to, by w dłuższej perspektywie te zawodniczki prezentowały wyższy poziom. Tenis jest coraz bardziej obciążający i mentalnie, i psychicznie. To nie jest taka łatwa zabawa, jak wielu mogłoby się wydawać.

Z pewnością co najmniej kilka z nich ma potencjał na ogromne sukcesy. Świątek, Andreescu, Potapowa, Anisimova, Osuigwe, Gauff. Ale to, czy go wykorzystają, to zupełnie inna sprawa. Wielu ekspertów zauważa dziś, że tenis u kobiet zmierza w stronę zawodniczek potrafiących mocno uderzać. Mniej liczy się technika, bardziej siła. Największe szanse na sukcesy mają te tenisistki, które połączą jedno z drugim. Innymi słowy: Iga Świątek zajmuje naprawdę niezłą pozycję startową w wyścigu o sukces wielkoszlemowy. Ale dobra gra to nie wszystko. Trzeba mieć też inne atuty.

– Tenis jest coraz bardziej wymagający. Powstaje taki wyścig związany też z tym, która zawodniczka lepiej wytrzyma te obciążenia – mówi Łuczak. – Na przykład bardzo mądrze i rozsądnie postępuje całe środowisko wokół Świątek. Bo ona tak naprawdę gra bardzo mało. Wystąpiła w Pradze, potem poleciała do Rzymu, gdzie nie udało jej się zagrać, bo nie dostała się do kwalifikacji, więc czekała aż do French Open. Być może to jest właśnie to rozsądne podejście. […] Z kolei taki nadmiar meczów widać było kilka lat temu u Belindy Bencić. Ostatnio komentowałem jej mecz i bardzo się zdziwiłem, jak zobaczyłem, że ta dziewczyna ma już 22 lata. A ona przecież kilka lat temu była w ćwierćfinale US Open i wysoko w rankingu. Wystrzeliła jako nastolatka, ale potem dopadły ją problemy zdrowotne. Nie grała kilka miesięcy, wracała, po chwili znowu nie grała… Dlatego myślę, że wiele z tych dziewczyn tego nie wytrzyma. Kilka da radę, na pewno, ale część z nich pewnie przepadnie.

Nie ma jednak mowy o tym, że zostanie po nich pustka. Na ich miejsce wejdą kolejne dziewczyny, z kolejnych roczników. I być może to któryś z nich okaże się tym „złotym”.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix