Jedyny raz Federera, Soderling i detronizacja Nadala. Opowieść o RG 2009
Inne sporty

Jedyny raz Federera, Soderling i detronizacja Nadala. Opowieść o RG 2009

Takie turnieje przechodzą do historii. Przed jego rozpoczęciem wszyscy sądzili, że możliwe jest tylko jedno zakończenie: finał Rogera Federera z Rafaelem Nadalem. Zresztą czwarty z rzędu. Tymczasem tenisowych ekspertów i fanów zaskoczył mało znany Szwed, a najbardziej skorzystał na tym szwajcarski mistrz. Dekadę temu Roger Federer wygrał swoje pierwsze French Open. I, jak do tej pory, ostatnie.

Prolog. Układ sił

Roger Federer królował w męskim tenisie od 2003 roku. To wtedy wygrał pierwszy Wimbledon, a na początku kolejnego sezonu wszedł na szczyt światowego rankingu. W kolejnych latach wygrywał odpowiednio: trzy, dwa, trzy i jeszcze raz trzy turnieje wielkoszlemowe. Kryzys dopadł go w 2008 roku. W półfinale Australian Open przegrał z Novakiem Djokoviciem (niedługo potem dowiedział się, że choruje na mononukleozę, co nie ułatwiało mu złapania odpowiedniej formy), a w finale Roland Garros po raz trzeci z rzędu tytuł sprzed nosa sprzątnął mu Rafael Nadal, demolując go i oddając zaledwie cztery gemy. Co jednak gorsze: Hiszpan – po jednym z najlepszych meczów w historii – pokonał też Federera na wimbledońskiej trawie, królestwie Szwajcara.

Roger zdołał się odbudować i wygrał US Open, ale kolejny rok zaczął od porażki w finale Australian Open. Z kim? Oczywiście z Nadalem. To było piąte z rzędu zwycięstwo Hiszpana w ich rywalizacji. Dla Federera było to zbyt wiele. W trakcie ceremonii rozdania nagród Szwajcar nie był w stanie opanować emocji, niekontrolowanie płakał. Wiele osób uznało to za symboliczny moment „przekazania władzy”, symbol, że era Szwajcara dobiega końca.

Byłem na tym korcie, pracując dla australijskiej telewizji – wspominał Jim Courier. – Wiem, że sporo osób zareagowało na to negatywnie, mówiąc, że Roger jest „miękki” i „się rozsypał”. Osobiście widziałem to inaczej. Byłem też na tym korcie w dniu, gdy wygrywał turniej, a Rod Laver wręczał mu trofeum. Wtedy też płakał. Myślę, że Roger to po prostu wrażliwy gość, ale też świadomy wagi takich meczów i historii sportu.

Po Australian Open 2009 Roger Federer przerwał występy na kilka tygodni, by poradzić sobie z urazem pleców. Wrócił, ale nie potrafił wygrać turnieju… aż do występu w Madrycie. Szczególnego, bo w finale pokonał tam Rafaela Nadala. Zaskakująco łatwo, dodajmy, bo 6:4 6:4. To sprawiło, że na nowo rozbudziły się spekulacje czy na Roland Garros Hiszpan może wreszcie zostać zdetronizowany. Bo przypomnijmy: Rafa w poprzednich czterech występach w Paryżu nie przegrał spotkania. Za każdym razem pokonywał po drodze Szwajcara – raz w półfinale, trzykrotnie w decydującym meczu. Był absolutnym dominatorem mączki. Poza French Open pięć razy z rzędu wygrywał w Monte Carlo i cztery razy w Rzymie (w 2008 roku niespodziewanie ograł go tam Juan Carlos Ferrero).

W tym samym czasie na Robina Soderlinga uwagę zwracali głównie (o ile nie wyłącznie) jego rodacy. Szwed zanotował co prawda niezłą końcówkę sezonu 2008, gdy w Sztokholmie dotarł do finału, a w Lyonie wygrał cały turniej. Dzięki temu wkradł się nawet w pewnym momencie na 17. miejsce w światowym rankingu, a przed French Open był 25. Ale mączka nie była jego nawierzchnią – swoje wszystkie dotychczasowe finały turniejów ATP rozgrywał albo na nawierzchni twardej, albo dywanowej. Nic zresztą dziwnego – to one dużo bardziej odpowiadały jego agresywnej grze, opartej na potężnych uderzeniach.

Robin Soderling nie był też w formie – w 2009 roku w ani jednym turnieju nie wygrał dwóch spotkań. Nigdy wcześniej nie przeszedł też trzeciej rundy Wielkiego Szlema, łącznie w najważniejszych imprezach zaliczył tylko piętnaście zwycięstw. Nigdy też – a spotykali się przed paryskim Szlemem trzykrotnie – nie pokonał Nadala. Choć bliski tego był na Wimbledonie w 2007 roku, gdy ich spotkanie kończyło się w złej atmosferze, a Nadal określił Robina „nie najlepszym gościem z szatni”.

Ale to właśnie on, nie najlepszy gość z szatni, miał zostać największą sensacją Roland Garros 2009.

Rozdział I. Robin detronizuje króla

Spotkali się w czwartej rundzie. Dla Soderlinga był to już więc wynik ponad stan, dla Rafy turniej tak naprawdę dopiero się zaczynał. Obaj doszli tam stosunkowo łatwo. Szwedowi problemy sprawił co prawda David Ferrer, ale uporał się z Hiszpanem w czterech setach. Rafa nie stracił partii, a łącznie oddał rywalom zaledwie 24 gemy. Średnia 2,6 gema na set. Był w formie i wyraźnie to pokazywał. Miał zresztą cel: chciał ustanowić absolutny rekord w liczbie wygranych tytułów French Open z rzędu. Przed 2009 rokiem miał cztery takie triumfy na koncie i wynik ten współdzielił z Bjoernem Borgiem.

Szwed, były wielki mistrz, oglądał zresztą rodaka z trybun. Przed meczem IV rundy mógł jednak co najwyżej zastanawiać się, ile Soderling zdoła ugrać. Dziesięć gemów? Piętnaście? Może seta, jeśli Nadal nie wejdzie od razu na najwyższe obroty? O niczym innym po prostu nie było mowy, bo nikt nie spodziewał się, że Rafa może na Roland Garros przegrać. Tym bardziej z rywalem klasy Robina, którego niedługo przed paryskim turniejem ograł w Rzymie 6:1 6:0. Wszyscy wypatrywali już kolejnego finału Federer – Nadal.

Soderling zagrał tymczasem jeden z meczów życia. Parł do przodu, walczył o swoje, utrzymywał piłkę w grze i, przede wszystkim, pokonał Rafę siłą uderzeń. Jego strategia była prosta: nacierać. Bez ustanku, bez przerw, bez zatrzymywania się. Gdy doszedł do tego dobry serwis (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na drugi, którym często utrzymywał się przy życiu) i fantastyczną regularność (wygrywał długie wymiany z Nadalem na mączce!), jaką zaprezentował tego dnia – dostaliśmy przepis na pokonanie niepokonanego. Na koniec meczu Soderling miał niemal dwa razy więcej wygrywających zagrań od Rafy.

Nadal miał swoje szanse. Po przegranym pierwszym secie wygrał drugą partię i wydawało się, że teraz nabierze rozpędu. Nic takiego nie miało jednak miejsca. W całym meczu dostał tylko cztery szanse na przełamanie serwisu rywala. I tak oddać mu trzeba, że wykorzystał dwie z nich. To było jednak za mało, biorąc pod uwagę, że Szwed zrobił to pięciokrotnie. Jeśli czegoś Rafa może żałować, to gema przy prowadzeniu 6:5 w czwartym, ostatnim secie. Przy serwisie Soderlinga było wtedy 0:30, ale Hiszpan nie potrafił tego wykorzystać. Kilka minut później przegrał mecz po tie-breaku, a cały tenisowy świat był w szoku.

Szwed podszedł wtedy do siatki, uścisnął sobie ręce z Nadalem (dodajmy, że ich wzajemna niechęć do siebie była przy tym aż nadto widoczna) i zaczął świętować (jego rakieta, rzucona w tłum, musiała być niezłym okazem dla kolekcjonerów) oraz udzielać wywiadów. – Powtarzałem sobie, że to tylko kolejny mecz. Starałem się grać wręcz tak, jakbym był na treningu. Kiedy prowadziłem 4:1 w tie-breaku czwartego seta, zacząłem wierzyć. Uwierzyć za to nie mogłem, gdy wygrałem ostatni punkt. Jestem z siebie niesamowicie dumny. To największa wygrana w mojej karierze, odniesiona przeciwko człowiekowi, który jest najlepszym w historii tenisistą na kortach ziemnych – mówił Szwed.

Robin mnie nie zaskoczył. Wiedziałem, jak gra i jak groźny jest. Kiedy trenowałem rano, czułem się dobrze, nawet bardzo dobrze. Ale tak nie było w trakcie meczu. Nie grałem najlepszego tenisa, odgrywałem piłki krótko i nie byłem w stanie atakować. Ułatwiłem mu zadanie. Zabrakło mi spokoju przy ważnych punktach, musiałem więc walczyć. Ale czasem walka nie wystarczy – mówił za to Rafa. Później wielu twierdziło, że przegrał przez uraz kolana, z którym się zmagał, ale… w trakcie turnieju nie było widać, by miał większe problemy. To po prostu nie był jego dzień. Choć niektórym trudno było w to uwierzyć.

– Żeby podkreślić, jak bardzo było to niespodziewane, można przypomnieć tę całą masę najróżniejszych spekulacji, że „Rafie kazali przegrać ten mecz, bo niemożliwe, żeby sam przegrał”. Albo że mają jakieś jego badania dopingowe. I tak dalej. Nikt nie mógł do końca uwierzyć, że ten Soderling uporał się z Nadalem – mówi Adam Romer, redaktor naczelny magazynu „Tenisklub”. Takie spekulacje nie mogą jednak dziwić. Rafa był wcześniej niepokonany nie tylko w Roland Garros, ale i ogólnie na mączce, jeśli mecz toczył się do trzech wygranych setów. Dlatego też Robin Soderling do dziś nazywa tamto spotkanie „najbardziej specjalnym dniem w życiu”. Wtedy za to dodawał, że liczy na telefon od Bjoerna Borga za uratowanie jego rekordu. Czy Borg zadzwonił? Nie wiemy. Z pewnością przysłał za to SMS-a z podziękowaniami.

– Ten mecz jest już legendarny. Wszyscy mnie o niego pytają. I dlatego zdarzają się zabawne sytuacje. Niektórzy uważają, że jestem tenisistą, który pokonał Nadal w każdym meczu. Jeszcze inni, że zrobiłem to w finale Rolanda Garrosa albo w Wimbledonie – wspominał niedawno Szwed z uśmiechem na twarzy. I tylko, jak żartował, nie doczekał się jednego. – Roger wciąż nie podziękował mi za tamto zwycięstwo. Myślę, że gdy zobaczył, że pokonałem Rafę, był trochę szczęśliwy.

Rozdział II. Roger w tarapatach

Federer od początku turnieju nie grał najlepiej. Właściwie łatwo przebrnął tylko przez pierwszą rundę. W drugiej przegrał drugiego seta z Jose Acasuso (ktoś go jeszcze pamięta?). Spędził wówczas na korcie prawie trzy i pół godziny, broniąc czterech piłek setowych w pierwszym secie i kolejną w partii numer trzy, gdy wygrał tie-breaka, mimo że przegrywał w nim już 1:5. W kolejnej rundzie też nie zagrał znakomitego meczu. Paul-Henri Mathieu, reprezentant gospodarzy urwał mu zresztą pierwszego seta. Dopiero wtedy Szwajcar się obudził i zgarnął kolejne trzy partie.

To i tak było jednak nic w porównaniu do następnego meczu.

Właściwie można by napisać, że Federer wygrał to spotkanie jednym uderzeniem. I byłoby to bliskie prawdy. Na mecz IV rundy, gdzie jego rywalem był Tommy Haas, wychodził dzień po tym, jak Rafa Nadal pożegnał się z turniejem. Miał pełną świadomość tego, co to oznacza – musiał wygrać ten turniej. Skoro zabrakło Rafy (a wcześniej odpadł też m.in. Djoković, turniejowa czwórka), to właśnie Szwajcar miał zgarnąć trofeum. Nie było innego wyjścia.

To otworzyło Rogerowi drzwi, ale wywarło też ogromną presję. Wcześniej presja polegała na tym, by zagrał dobry mecz z Nadalem. Nagle wszyscy mówili: „Hej, słuchaj, jeśli nie możesz wygrać teraz, zdecydowanie nie jesteś jednym z najlepszych w historii. Będziesz dopiero, gdy to zrobisz” – mówił wówczas Mats Wilander, były mistrz wielkoszlemowy i ekspert Eurosportu. A Roger Federer doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Mało jednak zabrakło, żeby Tommy Haas dorównał Robinowi Soderlingowi i sprawił kolejną sensację. Federer przegrywał z nim już 0:2 w setach, a przy stanie 3:4 w trzeciej partii musiał bronić break pointa. I to właśnie wtedy miało miejsce wspomniane uderzenie. Szwajcar na moment przestał kalkulować, po prostu podjął ryzyko. Po returnie Niemca uderzył piekielnie mocnym i precyzyjnym forehandem. Na linię. Po chwili wygrał gema. A potem dołożył kolejnych osiem, które dały mu dwa sety. Trzeciego, jakiego potrzebował, wygrał 6:2.

Jeśli chcecie to wszystko sprowadzić do jednego punktu, niech to będzie właśnie ten. Wiedziałem, że będę szukać takiego uderzenia. To mnie uratowało. Byłem w wielkim niebezpieczeństwie – mówił Roger. W niebezpieczeństwie znalazł się zresztą nie ostatni raz w tym turnieju. Bo o ile Gael Monfils w kolejnej rundzie wyzwanie rzucił mu tylko w pierwszym secie, o tyle w półfinale Szwajcar znów musiał walczyć na dystansie pięciu setów. Sprawdziło się zresztą to, o czym mówił po meczu z Francuzem – miał spore problemy z odpowiednim wejściem w mecz, a w dodatku był nerwowy ze względu na swą rolę wielkiego faworyta. Bo na tym turnieju nie miał do tej pory okazji, by się z nią zmagać.

To wtedy na jego drodze stanął Juan Martin Del Potro. Wówczas jeszcze szerzej nieznany światu Argentyńczyk. Zresztą skład półfinałów z tamtego turnieju był… interesujący. W drugim rywalizowali Robin Soderling i Fernando Gonzalez. Można było odnieść wrażenie, że wszystko w tym turnieju, nie licząc Szwajcara, stanęło na głowie. – Faktycznie, trochę tak. Aczkolwiek trzeba pamiętać, że Gonzalez nie był jakimś anonimowym zawodnikiem. Grał przecież w finale w Australii w 2007 roku, zresztą z Federerem. To był bardzo solidny wynik. Del Potro był za to młodym tenisistą, ale nadrabiał talentem. Zresztą kilka miesięcy później wygrał US Open, pokonując w finale Rogera – mówi Adam Romer.

W stolicy Francji Argentyńczyk musiał jednak uznać wyższość Szwajcara. Po długim, pięciosetowym starciu, w którym Roger wyszedł ze stanu 1:2 w setach. Zresztą było to szóste zwycięstwo Federera nad Delpo w ich szóstym starciu. Dla Szwajcara był to dwudziesty półfinał Szlema, dla Juana Martina pierwszy. A mimo to na początku meczu wszystko wyglądało, jakby było odwrotnie. Dopiero w dalszej fazie meczu Roger zaczął grać tak, jak powinien, wywołując tym uśmiech na twarzy Mirki, swojej żony (to zresztą było jego dodatkowe zmartwienie, Mirka była wtedy w pierwszej ciąży).

Federer na swój poziom wszedł w czwartym secie i już z niego nie zleciał. Co prawda w decydującej partii dał się przełamać Argentyńczykowi i wyrównać stan rywalizacji w secie na 3:3, ale po chwili odzyskał przewagę breaka i doprowadził wszystko do końca. – Wspaniale się czuję, przechodząc przez taki mecz. To bardziej emocjonujące i bardziej satysfakcjonujące zwycięstwo. Im dłużej trwał mecz, tym bardziej pewnie czułem się z moją fizycznością i psychiką. Czułem, że będę w stanie odwrócić ten mecz w trudnych momentach – mówił Federer.

A Del Potro? Twierdził, że jest smutny, ale pogratulował Rogerowi i życzył powodzenia w finale. Dodając przy okazji, że każdy chciałby zobaczyć go podnoszącego trofeum.

Rozdział III. Wielki Szlem

Juan Martin nie miał jednak racji. Nie każdy. Robin Soderling zdecydowanie wolałby tego nie widzieć. Bo to właśnie Szwed był finałowym rywalem Szwajcara. Po pokonaniu Rafy nie zwolnił tempa i w trzech setach ograł Nikołaja Dawydienkę. W półfinale grał ze wspomnianym Gonzalezem. I, podobnie jak Federer, potrzebował do wygranej pięciu setów. Jednak to nie jego zwycięstwo, a protest Chilijczyka wymierzony w sędziego liniowego, został najbardziej pamiętnym momentem tamtego meczu. Po tym, jak nie zgadzał się z decyzją sędziów: liniowego i głównego, Gonzalez podszedł do śladu po piłce, usiadł na nim i… starł go tyłkiem. Jak powiedział: „zrobił coś dla zabawy”. A wiecie co jest najlepsze? To on miał rację.

Meczu jednak nie wygrał. W finale Roland Garros nie było więc kolejnego pojedynku Federer – Nadal, ale w zamian fani w Paryżu dostali mecz Federer – pogromca Nadala. Rozczarowali się jednak ci, którzy liczyli na znakomite spotkanie. Bo dostali mecz bez historii. Przynajmniej jeśli chodzi o wynik. Roger wygrał gładko, w trzech setach, rozgrywając jeden z najłatwiejszych meczów w całym turnieju. Ze znakomitej gry Soderlinga nie zostało wówczas nic, po prostu się rozsypała.

– Oba wielkoszlemowe finały w karierze Soderlinga były przegrane dość łatwo. Okazuje się, że dla niektórych zawodników samo dojście do finału było mega sukcesem i nie potrafili przeskoczyć tego poziomu. Soderling jest tego dobrym przykładem, a podobnie w ostatnich latach prezentował się Kevin Anderson. On też doszedł do dwóch finałów po latach gry, ale oba przegrał gładko. Z Robinem było tak samo. Gdzieś tam sobie był, ale nie przyciągał uwagi. Szersza publiczność dostrzegła go dopiero, gdy pokonał Nadala – mówi Adam Romer.

Nie jest to więc mecz, który warto obejrzeć z odtworzenia. Wystarczy umieszczony poniżej skrót. W całości zdecydowanie bardziej rekomendowalibyśmy wam przywołane wcześniej pojedynki Federera z Del Potro i (zwłaszcza, stał na znakomitym poziomie!) Haasem. Mecz z Soderlingiem to jednak spotkanie, które miało swoje momenty. I za ich sprawą można o nim opowiedzieć.

Moment pierwszy. 2:1 dla Federera w drugim secie, Roger serwował. Na kort wybiegł jeden z widzów. W ręce miał flagę Barcelony i kapelusz, który kilkukrotnie próbował nałożyć na głowę Szwajcara. Dopiero wtedy dobiegła do niego ochrona, której jeszcze przez chwilę uciekał. Później okazało się, że to Jimmy Jump, Katalończyk, który zasłynął właśnie z tego, że wdzierał się na areny największych sportowych imprez: Euro 2004, finał mistrzostw świata 2010 czy właśnie Roland Garros 2009. A to i tak nie wszystko.

Jimmy’ego aresztowano, a jedyne, co tak naprawdę osiągnął to… rozstrojenie Szwajcara. Federer popełnił kilka prostych błędów i stracił swój serwis. – Nie wiedziałem, co się dzieje, dopóki nie usłyszałem kibiców. Przestraszyłem się, widząc go tak blisko. Normalnie fani patrzą na ciebie i mówią „przepraszam, musiałem to zrobić”. Ale przy nim nie wiedziałem, czego on chce. Wyglądało na to, że chce mi coś dać. Możliwe, że powinienem usiąść na chwilę i zrobić sobie minutę przerwy. Było to trochę straszne – mówił Roger po meczu.

Z perspektywy widza mogło się to wydawać nawet zabawne, ale faktycznie, wystarczy przypomnieć sobie, co spotkało Monicę Seles, by zrozumieć, dlaczego Federer mógł czuć się przerażony. Ostatecznie jednak fani mogli być… wdzięczni Jimmy’emu. Bo to za jego sprawą dostali jedynego wyrównanego seta, który skończył się tie-breakiem. Tam już jednak królował Szwajcar, podobnie jak w trzeciej partii. A skoro o niej mowa, to czas na…

Moment drugi. Ostatnie punkty meczu. Znów serwis Federera. – To było dla mnie niemal nie do zagrania. Liczyłem jedynie na to, że uda mi się kilka razy dobrze zaserwować, przez co on popełni błędy. Było tak źle – mówił Szwajcar. I faktycznie, ten plan – o ile można to nazwać planem – się powiódł. Chwilę później Federer padł na kolana i cieszył się ze skompletowania karierowego Wielkiego Szlema. W tym samym czasie Rafa Nadal… płakał. – Jestem jednym z tych ludzi, którzy wierzą, że gdy na coś zasługujesz przez swoją ciężką pracę, to logiczne jest, że w końcu to osiągniesz – mówił później Hiszpan. I, widząc tak szczęśliwego Szwajcara, chyba wszyscy na trybunach by się z nim zgodzili.

Moment trzeci. Choć… moment? Jeśli moment może trwać godzinę, kilka godzin, dzień, tydzień – to tak. Zaczął się, gdy wręczano trofea i rozbrzmiał szwajcarski hymn, a Roger się rozkleił. Ale nie tak jak w Australii, tym razem to były łzy, których nikt nie próbował mu zabronić. Zasłużył na nie. – Każdy wie, zwłaszcza we Francji, jak bardzo starałem się tu wygrać. W końcu się to udało. Teraz mógłbym zakończyć karierę, w tej chwili. Czuję ulgę, ale też – i to nawet więcej – szczęścia oraz satysfakcji. To były dwa długie tygodnie. Grałem cztery finały: z Haasem, del Potro, Monfilsem i Soderlingiem. Presja była ogromna. Dziś trudno było mi mentalnie pozostać na korcie. Cały czas myślałem: „co jeśli wygram? Co by to oznaczało?” – mówił. A potem miał kilka dni na celebrowanie zwycięstwa.

Nie zapominajmy jednak o pokonanym. Soderling zagrał wtedy jeden z turniejów swojego życia, został absolutną sensacją i w wielkim stylu wprowadził się na światową mapę tenisa. O finale nie miał jednak zbyt wiele do powiedzenia. Uwagę przerzucał na Szwajcara. – Zawsze, gdy grałem z Rogerem, myślałem, że gram fatalnie. Teraz już wiem, że to nie ja grałem źle. To on sprawiał, że tak się działo – mówił. – Roger, dałeś mi lekcję, jak grać. Dla mnie jesteś największym zawodnikiem w historii.

Epilog. Dwie kariery: długa i zbyt krótka

Robin Soderling nie miał wątpliwości. Ale dyskusja o tym, czy to Roger Federer jest największym zawodnikiem w historii trwa co najmniej od tamtego Roland Garros. Bo to wtedy Szwajcar zrównał się z Pete’em Samprasem w liczbie wielkoszlemowych tytułów. Ale Sampras nigdy nie wygrał na paryskiej mączce, co było wielką rysą na jego karierze. Rogerowi udało się nie uszkodzić swojej.

Dziś, oczywiście, wszystko wygląda inaczej. Szwajcar ma o sześć tytułów więcej, Rafa Nadal i Novak Djoković też zostawili Amerykanina w tyle. Ale pytanie jest to samo: czy Federer jest najlepszy?  Większość – w tym Agassi czy Sampras – po tamtym finale powtarzała, że tak. Ale niektórzy twierdzili, że trudno porównywać epoki. Bo wystarczy przywołać Roda Lavera. Co by było, gdyby nie przeszedł na zawodowstwo i mógł występować w wielkoszlemowych turniejach?

To nie wina Federera, że Laver ich nie grał – mówił przed dziesięciu laty Ivan Lendl. – Od długiego czasu o tym jednak rozmyślam. I uważam, że jedyna słuszna konkluzja jest taka: Federer jest najlepszy w nowej erze, a Laver od 1968 roku wstecz. Ale jeśli Roger wygra kolejne dwa czy trzy tytuły, będzie trzeba oddać całość jemu.

Nie sądziłem, że tylko siedem lat zajmie mu wyrównanie mojego wyniku. Myślę, że mam w osobie Rogera znakomite towarzystwo – mówił z kolei Pete Sampras. – Teraz, gdy wygrał w Paryżu, myślę, że to ustawiło go w pozycji najlepszego zawodnika w historii tej dyscypliny. Jeśli jest ktokolwiek, kto na to zasługuje, to jest to Roger.

– To było przeznaczenie. Roger zajął swoje miejsce, należne mu – dodawał Andre Agassi, który zresztą wręczał Federerowi trofeum za zwycięstwo. – Byłoby swego rodzaju przestępstwem, jeśli nigdy nie wygrałby w Paryżu. Przez pięć lat był drugim najlepszym zawodnikiem na mączce i gdyby nie jeden dzieciak z Majorki, wygrałby tu mnóstwo razy.

Jak wiemy: nie wygrał nigdy więcej, a przez ostatnie dwa sezony na paryskiej mączce się nie pojawiał. Ba, rezygnował z tej nawierzchni w ogóle. Efekt był taki, że wygrał w tym czasie trzy tytuły wielkoszlemowe. Teraz do Paryża wraca. Czy może pokusić się o sprawienie sensacji?

– Szczerze? Powiem tak: niech Paryżanie się cieszą, że tam zagra. Bo jedynym – co mówię z lekkim przymrużeniem oka – racjonalnym powodem powrotu Rogera do Paryża jest zmiana sponsora turnieju. Od tego roku nie jest to już Longines, a Rolex, czyli sponsor Federera. Jak daleko dojdzie? Myślę, że dwa mecze może wygrać. Potem zaczynałbym o niego drżeć. W swojej ćwiartce ma Berrettiniego, Schwartzmana i Tsitsipasa, z którym w teorii powinien zagrać o ćwierćfinał. A do tego kilka innych, dobrze grających na ziemi, tenisistów. Nie będzie mu łatwo. Trzy wygrane mecze naprawdę będzie mógł zaliczyć sobie na plus. Oczywiście, Roger doświadczeniem i spokojem będzie ogrywać rywali. Ale na takiej nawierzchni jak ziemia – a korty w Paryżu są inne niż w Rzymie czy Madrycie – przy wilgoci i deszczu, który ma padać, Rogerowi nie będzie łatwo – mówi Adam Romer. I możemy się z taką opinią zgodzić. Z drugiej strony na uwadze trzeba mieć to, o czym mówi Novak Djoković: że Szwajcar zawsze może zaskoczyć, bo jest genialnym tenisistą. Po prostu.

To Federer. A co z Soderlingiem? Cóż, jego tenisowa droga skończyła się szybko. Jeszcze w 2010 roku ponownie dotarł do finału French Open, po drodze pokonując… Rogera Federera. W decydującym meczu łatwo uległ jednak wracającemu na tron Rafie Nadalowi. Potem wskoczył na najwyższe w karierze, czwarte miejsce w rankingu, a rok później wygrał ostatni turniej w karierze, ogrywając w finale Davida Ferrera. To wtedy dopadła go mononukleoza, ale w znacznie trudniejszej do wyleczenia odmianie niż ta, z jaką zmagał się choćby Federer.

Czy miałbym tytuł wielkoszlemowy? Tak, kilka. (śmiech) W trakcie ostatnich kilku lat mojej kariery często czułem, że jeśli będę dobrze grać, to mogę dojść daleko, a nawet mieć szanse na zwycięstwo – mówił Soderling. – Więc może tak. Może wygrałbym jeden tytuł. A tak największym osiągnięciem zostaje mi finał z 2010 roku, tak uważam. 2009 rok był dla mnie specjalny, ale to w kolejnym udowodniłem sobie, że należę do światowej czołówki.

W 2015 roku definitywnie zakończył karierę. Choć nie grał tak naprawdę od czterech lat. Gdy tylko był w lepszej formie fizycznej, objawy choroby wracały. Wielkiego pecha miał też jego nowy trener, Fredrik Rosengren, który kilka lat wcześniej trenował Mario Ancicia. Chorwat zakończył wtedy karierę… z powodu mononukleozy. – Nadzieja, brak nadziei, później znowu nadzieja i znowu jej brak. To mnie zabijało. Czułem się dobrze, zaczynałem trenować, myślałem, że może za kilka miesięcy powrócę do gry. Naprawdę w to wierzyłem. A potem budziłem się chory – mówił Szwed.

Więc zrezygnował. Przedwcześnie, ale w życiu po tenisie się odnalazł. Założył rodzinę, ma własną firmę produkującą sprzęt tenisowy, został też trenerem. I, patrząc na kondycję szwedzkiego tenisa, możemy założyć, że przez wiele lat będzie „ostatnim Szwedem, który zagrał w wielkoszlemowym finale”. A to już coś.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)