Poch budowniczy
Anglia

Poch budowniczy

Fernando Llorente. Moussa Sissoko. Lucas Moura. Niewykluczone, że gdybyście spytali przed sezonem kibica Tottenhamu o trzy nazwiska, które muszą zniknąć z kadry Spurs, te byłyby w absolutnej czołówce. Schodami do finału Ligi Mistrzów mieli być inni. Ale gdy okazało się, że do wykonania ostatniego kroku na najwyższe piętro brakuje stopni, to właśnie im zostało gdzieś w bagażnikach nieco budulca.

***

Football365: „Czy Mousa Sissoko to najgorszy transfer w historii Tottenhamu?”.

Sky Sports: „Matt Le Tissier twierdzi, że Fernando Llorente nie jest dość dobry na Tottenham”.

The Sun: „Real Betis chce ściągnąć wtopę transferową Tottenhamu Lucasa Mourę”.

***

Tego jest zdecydowanie więcej. Wpisujecie nazwisko jednego z tej trójki w wyszukiwarce w kombinacji ze słowami „flop”, „disaster”, „failure”, a wujaszek google napluje wam na monitor dziesiątkami podobnych tytułów z ostatnich kilkunastu miesięcy.

Jedynie o Lucasie Mourze w tym tercecie można mówić jako o gościu, z którym można było wiązać nadzieje. Bo aklimatyzacja musi potrwać, bo ta na wyspach, szczególnie gdy przychodzi się w trakcie sezonu, jest zdecydowanie najtrudniejsza. Tylko jak być optymistą, gdy gość za 25 milionów funtów gra w siedmiu meczach, z czego w pięciu wchodzi z ławki?

Z Llorente Tottenham w poprzednim sezonie miał mniej więcej tyle pożytku, co głuchy ze słuchawek. APOEL Nikozja, AFC Rochdale, Swansea City – jego lista ofiar świadczyła o nim jako o napastniku jak najgorzej, Pochettino sięgał po niego bardzo niechętnie. Między 23. a 38. kolejką ligową – 11 minut rozbitych na trzy ogony. A w zasadzie ogonki. Trudno było dostrzec w nim coś poza wypalonym klockiem, przerastającym kolegów o głowę wyłącznie w sensie dosłownym.

Cristiano Ronaldo to Mr Champions League? Moussa Sissoko to był Pan Strata. Polotu i finezji było w nim tyle, co w tym smutnym jak pizda mieście, jego firmową zagrywką długo było wejście z wątlejszym rywalem w pojedynek bark w bark i przegranie go.

Mauricio Pochettino, gdy nie dostał latem choćby pół transferu, zapowiedział wprost, że przed nim najtrudniejszy z sezonów. Wiedział, że nie przewietrzył szatni, czego gorącym zwolennikiem był jeden z największych menedżerów wszech czasów – sir Alex Ferguson. Chce powiewu świeżości na boisku? Jakimś cudem będzie musiał zrobić przeciąg bez otwierania okien. Odnaleźć ten powiew w zawodnikach, których wielu spisało na straty.

To właśnie zrobił. Bo trudno dziś wskazać w drugiej linii Tottenhamu zawodnika, który na przestrzeni całego sezonu dał więcej niż Moussa Sissoko. Okazało się, że pod maską nieporadności ukryta jest twarz wojownika, który przy stuprocentowym zaangażowaniu w swoją robotę jest w stanie przykryć pewne techniczne niedostatki. Widoczne zresztą i dziś, gdy przedarł się przez kilku przeciwników, by po minięciu jednego z ostatnich dać piłce zaplątać się gdzieś między nogami i w efekcie odskoczyć.

Llorente? Ileż on dziś wygrał górnych piłek. Ileż wywalczył pchając tym samym akcję po przerzucie od stoperów kilkadziesiąt metrów do przodu. Może i sprawia wrażenie klocowatego, nieskoordynowanego, a obce są mu piękne gole – gracze Ajaksu nawet nie ruszali go blokować, gdy z dwudziestu metrów posyłał piłkę gdzieś w okolice Eindhoven. Ale tę klocowatość potrafił w kluczowych momentach wykorzystać jako największy atut. Całym sobą wpakował piłkę do bramki w ćwierćfinale z City, dając awans. Całym sobą wbił się w prywatną przestrzeń Onany po zmarnowanej szansie, by jego błędu nie powtórzył Lucas Moura. Wreszcie – już nieco mniej klocowato, ale nadal korzystając z potężnej postury – zgrał piłkę do Allego, by Lucas kilka chwil później wprawił w ekstazę pół północnego Londynu.

Ten Lucas, który z jednego wielkiego znaku zapytania stał się człowiekiem od sytuacji beznadziejnych. Kartą „wychodzisz z więzienia” w Monopoly. Nim został dopiero piątym w historii strzelcem hat-tricka na tym etapie Ligi Mistrzów, dołączając do absolutnej elity obok Roberta Lewandowskiego, Alessandro Del Piero, Cristiano Ronaldo i Ivicy Olicia, jego gol na Camp Nou uratował przecież w końcówce spotkania w Barcelonie awans z grupy. Bez niego nie byłoby zwycięskich dwumeczów z Borussią, City, Ajaksem.

Idę o zakład, że gdyby zaproponować za friko każdego z powyższej trójki któremukolwiek zespołowi Big Six poza Tottenhamem przed trwającym sezonem, spotkałoby się to wyłącznie z uśmieszkiem politowania. Wyobrażacie sobie, by filozof futbolu Pep Guardiola w ogóle spojrzał na zawodnika o tak ograniczonej gamie zagrań jak Sissoko czy Llorente?

A jednak w finale Ligi Mistrzów, również jego kosztem, gra ten, który potrafił te karty – wcale nie asy czy króle – wyjmować z rękawa w odpowiednim momencie.

Poch budowniczy. Kreator bohaterów nieoczywistych.

SP

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (3)