Jeden z największych powrotów w historii w NBA. Clippers dokonali niemożliwego
Inne sporty

Jeden z największych powrotów w historii w NBA. Clippers dokonali niemożliwego

Barcelona odrabiająca straty w rewanżowym meczu z PSG. Roma pokonująca Messiego i spółkę po wysokiej porażce w pierwszym spotkaniu. Tiger Woods wygrywający turniej rangi Masters po 11 latach przerwy. To wszystko wydarzenia, które przeszły do historii sportu, podobnie jak rozgrywany w nocy mecz Los Angeles Clippers z Golden State Warriors.

Słuchajcie, zanim przejdziemy do samego spotkania, napisać musimy jedno: ekipa Curry’ego to zdecydowany faworyt tej serii play-offów. Dla Clippers samo znalezienie się w nich to niespodzianka. Tym większa, że w pewnym momencie sezonu odpalili kilku doświadczonych zawodników. To wtedy z klubem pożegnał się również Marcin Gortat. Cel tego manewru był jasny: ten sezon odpuszczamy, koncentrujemy się na tym, by latem zbudować niezłą ekipę. No, w teorii. Praktyka okazała się być inna.

Bo Clippers do play-offów i tak weszli, jakby zajmując miejsce „przeznaczone” dla ich sąsiadów z hali – Los Angeles Lakers. W ich pierwszej rundzie trafili jednak na obrońców tytułu i zdecydowanie najlepszy zespół ostatnich kilku lat. Eksperci byli zgodni, a ich opinie można by podsumować tak: „tu się nic nie wydarzy, Warriors wygrają w czterech meczach, oglądajcie inne spotkania”. Bukmacherzy zresztą też w ekipę z LA nie wierzyli ani przez chwilę. Nie mieli powodu.

Pierwsze spotkanie serii zresztą to potwierdziło. GSW ze Stephem Currym (38 punktów) na czele kontrolowali sytuację i wygrali 121:104. Właściwie ciekawiej oglądało się nieustające kłótnie Kevina Duranta z Patrickiem Beverleyem, bo tam poziom był wyrównany. Na tyle, że gdy sędzia wyrzucił z boiska jednego, to i drugiego posłał za nim, by sprawę mogli dokończyć w szatni. Tamtego dnia był to jednak jedyny element, w którym Clippers dotrzymali kroku rywalom.

Ostatniej nocy przez długi czas wydawało się, że będzie dokładnie tak samo. Już do przerwy Warriors prowadzili 73:50 i na parkiecie robili z rywalami, co tylko chcieli. W trzeciej kwarcie powiększyli jeszcze tę przewagę, dobijając do 31 punktów. Nikt wcześniej w fazie play-off z takiego dołka nie wyszedł. Clippers musieli nie tylko wygramolić się na jego krawędź, ale wcześniej odkopać furę ziemi, którą ich przysypano, a potem uważać, na rzucane w nich kamienie. Zdobycie Mount Everest – co w tych czasach może zrobić każdy, kto ma w miarę dużo pieniędzy – wydaje się przy tym łatwizną.

A jednak Clippers to zrobili. Wbrew wszelkim statystykom, historii czy nawet zwykłej logice. W drugiej połowie zdobyli 85 punktów. Fantastyczne spotkanie zagrał Lou Williams, który rzucił 36 oczek, ale to nie on został największym bohaterem swojej drużyny. W tę rolę wcielił się Landry Shamet. Gość rozgrywa swój pierwszy sezon w NBA, z numerem 26 w drafcie wybrali go Sixers, do Los Angeles trafił w lutym. I nawet jeśli to miałby być jego jedyny wielki moment w tym zespole, to jesteśmy przekonani, że możemy napisać: ten ruch Clippersom po prostu się opłacił.

Landry bowiem nie pękł. Na 16 sekund przed końcem władował rywalom trójkę. Jak się okazało – najważniejszą w tym meczu. Clippers – którzy pierwszy raz dogonili niespełna minutę wcześniej – mogli dzięki niej świętować zwycięstwo. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że jedyne w tej serii, że ostatnie w tym sezonie, że pyrrusowe. Ale za to jakie! Williams, Landry i cała reszta zapewnili sobie nim miejsce w historii. Parafrazując klasyka: Nikt im tego nie zabierze. Po prostu sami sobie to wyrwali! Przeciwko logice, przeciwko rywalom. Pierwsze zwycięstwo w serii play-off z Golden State Warriors!

Po prostu się nie poddajemy. Dawali nam lanie w każdym aspekcie, a my cały czas szukaliśmy i szukaliśmy. Udało nam się znaleźć ustawienie, które nam się podobało. Myślę jednak, że chodziło o naszego ducha bardziej, niż o cokolwiek innego. Musimy dalej walczyć. Tacy jesteśmy, nie możemy się zmieniać. Chcemy grać tak, jak graliśmy do tej pory – mówił po meczu Doc Rivers, trener Clippers.

Jeśli ma to oznaczać, że dostaniemy w tej serii jeszcze trochę takich(!) emocji, to przybijamy z trenerem Riversem piątkę i w pełni się z nim zgadzamy. Niech jego zawodnicy właśnie tak grają.

Fot. Newspix