Kubica wciąż na końcu, Leclerc tworzy historię
Inne sporty

Kubica wciąż na końcu, Leclerc tworzy historię

Jeśli chodzi o postawę kierowców Williamsa, kwalifikacje do GP Bahrajnu niczym nas nie zaskoczyły. Obaj znaleźli się na szarym końcu stawki. Zresztą inaczej być nie mogło, powiedzmy sobie szczerze. Ciekawie było za to z przodu, gdzie Ferrari pokazało, że ich bolidy stać na znacznie więcej niż w Australii, a swoje pierwsze pole position w karierze wywalczył Charles Leclerc.

Słuchajcie, z bolidem Roberta Kubicy sprawa jest prosta: gdyby jutro w wyścigu zamienił go na Fiata 126p, efekt byłby mniej więcej taki sam. A przynajmniej nie musiałby się obawiać, że – po najechaniu na tarki – na tor posypią się części. W swoich obecnych bolidach kierowcy Williamsa nie tyle są faworytami do zajęcia miejsc na końcu stawki, co są do tego zobligowani. W rywalizacji z pozostałymi ekipami wypadają jak furmanka w starciu z nowiutkim Porsche. Nie mają szans.

Zresztą jeśli zaglądaliście w trakcie kwalifikacji na kamerę Kubicy, mogliście przekonać się, że Polak ma jeden, podstawowy problem – jego bolid ledwo reagował na skręty. Robert machał kierownicą, a koła nie słuchały. Dlatego też wcześniej napisaliśmy „obecnych bolidach” w liczbie mnogiej, bo nasz kierowca mówił wczoraj, że on i George Russell jeżdżą dwoma zupełnie różnymi autami, które kompletnie inaczej zachowują się na torze. Nawet przy takich samych ustawieniach. A w zespole Williamsa – jak donosiły media – nikt nie miał zielonego pojęcia o co chodzi i jak temu zaradzić.

Dlatego, jeśli mamy szukać jakichkolwiek pozytywów, to znajdujemy jeden: tak, Kubica był ostatni. Ale jego strata do kolegi z zespołu to zaledwie cztery setne sekundy. Niewiele, biorąc pod uwagę, że w kwalifikacjach do poprzedniego wyścigu różnica między nimi wynosiła 1,7 sekundy. Sęk w tym, że – jak pokazały treningi – trudno jest przewidzieć, jak w danej chwili pojedzie bolid Polaka. Dlatego jutro możemy spodziewać się wszystkiego, a celem numer jeden dla Roberta znów będzie dojazd do mety.

Zupełnie inne cele musi za to obrać Charles Leclerc. Kierowca Ferrari został dziś pierwszym Monakijczykiem z pole position w Formule 1. Przy okazji też drugim najmłodszym zawodnikiem w historii, który do wyścigu wystartuje z pierwszego miejsca (po… Sebastianie Vettelu, jego koledze z zespołu) i rekordzistą toru w Bahrajnie. Swoją drogą rekord ten ustanowił w ostatniej możliwej chwili. Najpierw w trzeciej sesji kwalifikacji przejechał okrążenie w dokładnie(!) takim czasie, jak Vettel przed rokiem, a potem – gdy już był pewny, że kwalifikacje wygrał – poprawił go o jeszcze kilka dziesiątych.

Musimy też napisać jedno: niesamowicie podoba nam się podejście tego młodziaka. To dla niego drugi start w barwach Ferrari. Wielu zachłysnęłoby się samym faktem trafienia do tak renomowanej ekipy w wieku 21 lat. Ale nie Leclerc. Po GP Australii Charles był ponoć mocno podłamany piątym miejscem, które zajął. Dziś – gdy miał z kolei powody do świętowania – powiedział przez radio jedynie, że „chce dokończyć robotę jutro”. Jeśli pojedzie jak dziś w kwalifikacjach, powinien to zrobić bez większego trudu. Bo był zdecydowanie najszybszy.

Zresztą Ferrari ocknęło się już na całego z zimowego letargu i pokazało Mercedesom, jak groźne być potrafi. Obok Monakijczyka w linii ustawi się bowiem Sebastian Vettel, a dopiero za nim Hamilton i Bottas, który po Australii zajmuje w klasyfikacji generalnej pozycję lidera. Jeśli chodzi o pozostałych kierowców, to wyróżnić trzeba ekipę McLarena, gdzie i Carlos Sainz, i Lando Norris weszli do trzeciej sesji kwalifikacji, pokazując Fernando Alonso, że ten być może nieco przedwcześnie zrezygnował z jazdy w F1, bo wygląda na to, że w tym sezonie miałby do dyspozycji niezły bolid. Zobaczymy jednak, jak zaprezentują się oni w jutrzejszym wyścigu.

A co do niego, to nie odważymy się wskazać przyszłego zwycięzcy, ale jednego możemy być pewni już teraz: Robert Kubica nie będzie walczyć z innymi kierowcami, a z własnym bolidem. Pozostaje trzymać kciuki, by wygrał to starcie.

Fot. Newspix