„Oddałbym 22 miliony zysku za mistrzostwo Polski dla Lecha”
Weszło Extra

„Oddałbym 22 miliony zysku za mistrzostwo Polski dla Lecha”

Lech Poznań opublikował niedawno audyt finansowy, który wykazał, że w latach 2015-18 klub zanotował ponad 20 milionów zysku. Wielu kibiców dopytywało „skoro jest tak dobrze w finansach, to czemu jest tak źle na boisku?”. Między innymi o to zapytaliśmy Tomasza Kacprzyckiego, dyrektora finansowego Kolejorza. Ale i nie zabrakło kulisów funkcjonowania klubu. Ile Lech wydał na Tibę i Amarala? Ile będzie kosztowała budowa centrum badawczego we Wronkach? Kto ma dostęp do lechowego konta? Jak konstruuje się budżet? Czy Piotr Rutkowski jest obiektem szyderki w biurach przy ulicy Bułgarskiej?

Excel czy Access?

– Nie jestem dobry w Accessie. Niech będzie Excel. Najlepiej zielony.

To pytanie poważniejsze – czym dyrektor finansowy w Lechu się zajmuje?

– Najważniejsze moje zadanie to planowanie i weryfikacja zaplanowanego budżetu klubu. Poza tym takie mało seksowne rzeczy, jak tworzenie dokumentacji licencyjnej, tworzenie raportów dotyczących Finansowego Fair Play. Jestem też osobą, która ma dostęp do kont bankowych klubu. To w sumie ciekawe, że prezes Karol Klimczak, który jest posądzany o to, że rozdysponowuje tymi środkami klubowi, tak naprawdę dostępu do tych kont nie ma.

Czyli jeśli kogoś obwiniać w Lechu za brak szaleństw transferowych, to pana?

– Nie do końca. Decyzyjność a wykonywanie to dwie różne sprawy. O transferach decyduje komitet transferowy, ja nie jestem jego członkiem. Przygotowuję jedynie tzw. wsad finansowy. Mówię w jakich ramach możemy się poruszać.

Czyli nie jest tak, że pan siedzi za plecami Piotra Rutkowskiego i podpowiada „Piotr, taniej, na tego nas nie stać”?

– Nie. Dzień wcześniej dostarczam dyrektorowi, wiceprezesowi czy szefowi skautów nasze „widełki finansowe”. Natomiast w ostatecznym rozrachunku oni i tak mnie ogrywają. Oni chcą więcej, a ja jestem tym – nazwijmy to – minimalistą.

Czyli to pana powinni krytykować kibice.

– Dlatego prosiłbym, by nie podawać mojego adresu. Ale tak poważnie – jest trochę tak, że poruszamy się w granicach przewidywalności. Dajmy na to, że mamy dzisiaj połowę marca. Już dzisiaj musimy myśleć o letnim oknie transferowym. Przychodzą do mnie ludzie z komitetu transferowego i pytają „Tomek, ile pieniędzy możemy latem wydać na piłkarzy?”. Wówczas odpowiadam „a powiedzcie, które miejsce zajmiemy na koniec sezonu? Kogo chcemy sprzedać?”. Pewnych rzeczy nie da się oszacować co do złotówki.

Zarządzanie klubem sportowym jest trudne? Działacie jednak przy dość dużym ryzyku. Jesteście uzależnieni od boiska. Wyników nie da się zaplanować.

Czy trudne… Na pewno pasjonujące. To nie fabryka gwoździ. Z punktu widzenia mojej profesji to nie jest trudna branża. Na przykład ryzyko walutowe mamy minimalne.

A jak to się stało, że pan trafił do Lecha?

– Studiowałem ekonomię na specjalności agroekonomia. Wówczas na Akademii Ekonomicznej była duża dowolność w przedmiotach do wyboru. Wybrałem agroekonomię, bo była dość łatwa, ale wybrałem ciekawe z mojego punktu widzenia przedmioty z finansów i rachunkowości. Na jednym z takich przedmiotów wykładowca zapytał o to, czy ktoś szuka pracy. Ja już byłem po słowie z Multikinem, miałem sypać popcorn, więc się zgłosiłem. Prowadzący zaprosił mnie na rozmowę, dał mi kontakt do pewnego człowieka. Tym człowiekiem okazał się Karol Klimczak. Dzień przed rozmową nie spałem. Miałem wówczas karnet na Lecha, pasjonowałem się piłką. Przez te dwanaście lat szedłem w górę. Nie ma co ukrywać, że w pewnym momencie pomogło mi to, że mój bezpośredni przełożony, czyli właśnie Karol, został prezesem. Zostałem wtedy awansowany.

Mówi się o Lechu, że to klub pełen minimalistów. Klub, który permanentnie oszczędza i którego nie stać na fantazję. Jest coś w tym? Widać to w biurach?

– To gęba, którą doprawiono nam w czasie kryzysu. W latach 2011-2013 faktycznie stanęliśmy nad przepaścią i nie ma co ukrywać – było ciężko. Spłacaliśmy długi po życiu ponad stan. Ale to w okolicach 2015 roku się skończyło. Wówczas wyszliśmy na prostą, dodatkowo przyszedł wtedy sukces sportowy. Na pewno naszym problemem nie jest minimalistyczne wydawanie pieniędzy. Naszym problemem jest to, że nie wydajemy pieniędzy optymalnie. O tym, jak funkcjonujemy, świadczy nasze miejsce w tabeli, które nikogo w klubie nie zadowala. Zarzuca nam się, że audyt finansowy, który opublikowaliśmy po raz drugi, jest laurką wystawioną Lechowi przez samego Lecha. Że mówimy „patrzcie, jacy jesteśmy świetni, cyk i do gabloty”. No nie. We wstępie audytu piszemy, że to nie jest żadne chwalenie się, a to tylko dokument, który ma pokazać kibicom w jakiej kondycji finansowej jesteśmy.

Dowód transparentności.

– Dokładnie tak. I tyle. Kropka. Nie pokazujemy tym audytem spełnienia, zaspokojenia ambicji. Bo nie jesteśmy spełnieni. Jesteśmy wkurzeni, że nie osiągamy sukcesów sportowych. W 2016 roku opublikowaliśmy audyt po raz pierwszy w odpowiedzi na głosy, że Lech służy Amicę do wyciągania ze sportu pieniędzy.  A to kompletna bzdura. Wystarczy spojrzeć na wartości i obroty Amiki oraz na wartości i obroty Lecha, by dojść do wniosku, że jeśli ten transfer pieniędzy zachodzi, to w druga stronę. Chcieliśmy udowodnić ludziom, że te opinie o żerowaniu przez właściciela na Lechu to bzdury – „patrzcie, to nasze fundusze, to nasza struktura przychodów i wydatków, zobaczcie jak działamy”. Nic poza tym. To nie chwalenie. Zresztą u was na portalu pojawił się tekst o tym audycie z zieloną strzałą szybującą w górę. Że Lech to będzie teraz tygrys, który pożre ligę. Trochę przehajpowaliście nas. Nie o to chodziło.

Ale perspektywy finansowe na tle Ekstraklasy macie dobre. Legia ma nadzór finansowy, Jagiellonia obraca sumami mniejszymi od was, widzimy co działo się w Wiśle, Lechia miała problemy z wypłatami.

– Na pewno tak. Pod względem potencjału ekonomicznego jesteśmy nadal drugą siłą ligi. Legia nawet w kryzysie miała czy ma przychody większe od nas. Ale – no właśnie – możemy sobie pogadać, jednak ostatecznie trzeba te dobre wyniki finansowe przekuć w sukces sportowy. Bo powtórzę – nas to najbardziej interesuje i to nas najbardziej kręci.

Bo skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Finansowo jest dobrze, sportowo źle.

– Ale ja też jestem w pewnym sensie odpowiedzialny za to, co się dzieje w sporcie. Każdy transfer w ostatnich latach przechodził przez moje ręce w tym sensie, że zawsze pytano „czy nas na niego stać”.

No i na ogół was było stać.

– Niezręcznie mi oceniać moich kolegów czy przełożonych.

Ale żartujecie sobie w Lechu z siebie nawzajem? Pan – jako szef działu finansów – może pośmiać się z Piotra Rutkowskiego, szefa działu sportu.

– Jasne, że tak. Piotr jest obiektem nieustannego hejtu i szyderki. Ale z tego niewiele wynika, że się pośmiejemy. Bo tak naprawdę to ta połówka biznesowa jest tak samo frustrowana tym, że nam nie wychodzi na boisku. Ale też spokojnie – w dziale sportu doszło do wielu ważnych zmian. Zatrudniliśmy Tomka Rząsę, szefem skautów został Jacek Terpiłowski, przebudowaliśmy pewne procesy w tym dziale. Liczymy, że efekty przyjdą. Wiemy, że nie w tym sezonie, ale długoterminowo jesteśmy optymistycznie nastawieni.

Skąd się wzięła ta finansowa stabilność Lecha?

– W dużej mierze – paradoksalnie – teraz procentuje świetna robota naszych ludzi od sportu. Oni wymyślili akademię, oni ją stworzyli, oni naciskali na ludzi takich jak ja, by dawać na nią 3-4 i coraz więcej milionów złotych rocznie. Efekty były… Ale też na początku niezbyt spektakularne. Był Mateusz Możdżeń, później Marcin Kamiński. No i dopiero te ostatnie lata to eksplozja profitów sportowych, ale i finansowych, które płyną właśnie z akademii. Piotr od zawsze lansował tezę, że akademia da nam przewagę na lata. To też nie jest tak, jak niektórzy uważają, że Piotr się na niczym nie zna – on zbudował najlepszą akademię w Polsce. To jest fakt.

Jeśli chodzi o te przychody główne, tzw. core’owe, to generuje powolny i spokojny wzrost. Chodzi tu o bilety, karnety i tego typu rzeczy. Natomiast skok finansowy wykonaliśmy dzięki transferom za duże kwoty. Z jednej strony to budujące, z drugiej – niebezpieczne. Przecież nie co roku będzie się zdarzało takie okno transferowe, jak to przed rokiem. Zresztą audyt obejmuje okres do czerwca 2018, jesteśmy osiem miesięcy później. Nie sprzedaliśmy latem żadnego piłkarza za kilka milionów euro i nie zagraliśmy w fazie grupowej europejskich pucharów. Zatem musimy teraz skonsumować niejako ten zysk, który wypracowaliśmy w poprzednich latach. Nasze szczęście polega na tym, że stać nas na to, by odrzucić ofertę za 3 miliony euro, by poczekać na lepszą propozycję. Jest wiele klubów w Ekstraklasie, które taką ofertę musiałby przyjąć natychmiastowo.

Czyli okres 2015-2018, który obejmuje audyt, dał wam poduszkę bezpieczeństwa?

Tak. Natomiast pod względem finansowym jesteśmy w jednym z najtrudniejszych sezonów w ostatnich latach.

Czyli Excel świeci się na czerwono?

– Oczywiście, że tak. Każdy kto mówi, że jesteśmy minimalistami, których wynik sportowy nie obchodzi, nie ma racji. I zobaczy to w kolejnym audycie, który obejmie ten sezon. Zawiedliśmy sportowo w zeszłym sezonie, teraz pałętamy się w drugiej połówce górnej ósemki i to sprawia, że wyniki finansowe są bardzo słabe. Nie jest tak, że miejsce w tabeli nas nie obchodzi, bo przecież mimo tego można mieć zielonego Excela. Nawet gdyby naszym celem było wyciąganie kasy z klubu, a nie jest, to łatwiej to robić, gdy zespół gra dobrze i realizuje zakładane cele.

Co doprowadziło do tego kryzysu w latach 2011-2013? Mówi się, że Lech stanął wtedy przed ryzykiem zamknięcia interesu i zgaszenia światła.

– Aż tak nie było, ale faktycznie sytuacja była zła. Bardzo zła. W piłce źródła kryzysu są zawsze bardzo podobne. Najważniejsze koszty – czyli kontrakty zawodników – podpisujesz na dwa, trzy, cztery lata do przodu. I wówczas te koszty były wysokie, bo kosztowne kontrakty mieli Arboleda, Ubiparip czy Murawski. Podpisaliśmy z nimi kontrakty z myślą, że po tych Manchesterach i Juventusach to Liga Europy będzie dla nas jakimś minimum. Tymczasem w 2011 roku mieliśmy załamanie przychodów, bo to był ten sezon z piątym miejscem za kadencji Jose Marii Bakero. Przychody masz tu i teraz, a koszty masz stałe na okres trzech-czterech lat.

Dzisiaj te zyski core’owe, czyli bilety i karnety, też wam wyraźnie spadły. Robiłem takie wyliczenie i wyszło na to, że ta poprzednia jesień była najgorszą rundą pod względem frekwencji za całej ery Rutkowskich w Lechu.

– Niepokojące jest to, że ta runda jesienna była najgorsza runda jesienna w całej Ekstraklasie. Nie twierdzę, że dlatego też u nas frekwencja spadła, ale widać tu niepokojący trend. Natomiast tak, nie ma co ukrywać, że słabe wyniki sprzedaży karnetów i biletów też obserwujemy po przychodach, to naturalne.

Zwolnienie sztabu Ivana Djurdjevicia było dla was kosztowne czy to nie były porażające koszty?

– Zależy co rozumiemy przez „porażające koszty”. Ale odprawy są wypłacane i będą wypłacane do listopada bieżącego roku. De facto mamy teraz dwa sztaby na utrzymaniu. Natomiast tak półżartem, półserio – nie jest to dla nas nowa sytuacja.

Sztab Adama Nawałki jest najdroższym sztabem w historii Lecha Poznań?

– To porównywalne wydatki do tych, które przeznaczaliśmy na sztab Nenada Bjelicy.

Przy planowaniu budżetu zakładacie sprzedaż określonego piłkarza? Załóżmy – ten sezon wam się nie spina finansowo, więc w szacunki przychodów latem wpiszecie sobie kwotę z transferu Roberta Gumnego?

– Gdy w maju planujemy budżet na kolejny sezon, to wpisujemy do niego nazwisko piłkarza o potencjale sprzedażowym i kwotę. Czasami się sprawdza, czasami nie. Natomiast mówimy tu o perspektywie jednego sezonu, dalej w przyszłość nie wybiegamy. Dlaczego? Z prostego powodu – jeśli za dwa lata zagralibyśmy w fazie grupowej europejskich pucharów, to ta sprzedaż nie byłaby konieczna.

Czyli nadal utrzymujecie ten warunek – albo sprzedajemy kogoś, albo gramy w fazie grupowej?

– Tak, to jest fakt. Z kolei ten sezon był pewnym ewenementem, bo ani nikogo nie sprzedaliśmy, ani nie udało nam się zagrać w fazie grupowej Ligi Europy. To pierwszy taki sezon od kilku dobrych lat. Zatem otworzyliśmy sobie trzecią ewentualność – nie gramy w fazie grupowej, nie sprzedajemy nikogo za duże pieniądze, ale spinamy się finansowo dzięki nadwyżce wygenerowanej we wcześniejszych sezonach. Jeśli się nie mylę, to ostatni taki sezon to właśnie rok 2011. Rok bardzo trudny. Taki jak i ten.

Skoro rok trudny, to ile nazwisk w prognozie sprzedaży będzie musiało się znaleźć w majowym planowaniu budżetu?

A które miejsce zajmiemy?

Myślę, że czwarte.

To jedno wystarczy.

A jeśli niższe?

– To dwa. Wiąże się to z tym, że jest duża różnica w wypłatach z tytułu praw telewizyjnych między czwartym miejscem a kolejnymi.

Czyli nie jest wam wszystko jedno, choć panuje taka opinia.

– Nie, nie i jeszcze raz nie. Przecież to jasne, że przyjemniej jest zarabiać na bieżącej działalności niż wyprzedawać nasze srebra rodowe, którymi są piłkarze, a najczęściej zdolni wychowankowie. To jak ściąganie pierścionków z dłoni zmarłej babci. To konieczność. Czasami dlatego, że potrzebujemy pieniędzy, a czasami dlatego, że piłkarz jest poziomem na innej półce. Mówimy o Robercie Gumnym – on piłkarsko przerasta tę ligę. Facet jest świetnym piłkarzem. Ale jeśli przyjdzie oferta za 2 miliony euro, to ją odrzucimy.

Gdy siedzi pan czasami z prezesem Klimczakiem albo wiceprezesem Rutkowskim, to nie szepcze im pan na ucho „zaszalejmy latem, kupmy trzech gości po 2 miliony euro każdy”.

– Rzadko siedzę z nimi na meczach. Ale nie, nie podpowiadam tak. Wychodzę z rzadko spotykanego dziś założenia, że nie wypowiadam się na tematy, na których się nie znam. Jeśli obserwuje grę dzisiejszego Lecha, to oczywiście są rzeczy, które mi się nie podobają. Ale nie mam kompetencji ku temu, by mówić, że to zawodnicy są źli, że to system gry jest nieodpowiedni, że to treningi są źle prowadzone. Nigdy nie byłem trenerem, nie znam się na tym. Mam jakieś swoje odczucia, ale to spojrzenie laika. Od podsuwania pomysłów są inni. Raz na jakiś czas rozmawiam z prezesem, który zadaje pytanie „stać nas np. na takiego trenera?”. A ja siedzę, jak ten mędrzec na kamieniu, i odpowiadam „nie stać nas na takiego, który jest słaby”.

W Ekstraklasie dość szybko zmienia się optyka na temat trenerów. Po jednym meczu jest świetny, tydzień później beznadziejny.

– Pamiętam, gdy w listopadzie ogłaszaliśmy, że nowym trenerem został Adam Nawałka, to sala konferencyjna pękała w szwach. Dzisiaj pojawiają się takie opinie, że to słaby szkoleniowiec i do niczego się nie nadaje.

Specyfika Poznania, który jest jak Stambuł. Nastroje zmieniają się z tygodnia na tydzień w zależności od wyniku.

– Ale to jest piękne przy okazji. Źle zacznie być, jeśli ludzie zaczną stawać się wobec nas obojętni.

A nie dzieje się tak już teraz?

– Widzę zaczątki takiego procesu. Boję się tego, ale myślę, że nie ma innej drogi, jak odwrócenie na boisku tej tendencji.

Skoro ten proces zobojętnienia się rozpoczął, to może to jest moment na fantazję, szaleństwo, duże transfery? Kibice mówią „żeby coś wygrać, to trzeba najpierw zaryzykować”.

Pewnego razu nawet członek naszej rady nadzorczej zapytał „ile byłoby trzeba wrzucić do klubu, by mieć stuprocentową pewność, że mistrzostwo będzie?”. No nie da się tego oszacować, nigdy nie będzie pewności. To jedna rzecz. Druga – to pytanie jest źle zadane. Trzeba zadać „jak te pieniądze wydać?”, a nie „ile ich wydać?”.

W audycie piszecie o centrum badawczo-rozwojowym. Na czym ta inwestycja polega, ile będziecie musieli w to włożyć pieniędzy i czy starcie się o finansowanie zewnętrzne?

– Złożyliśmy już wniosek do Ministerstwa Sportu i Turystyki, ponadto złożyliśmy też niezależnie wniosek do Urzędu Marszałowskiego w ramach Wojewódzkiego Programu Regionalnego po środku unijne. Aspirujemy o dofinansowanie na tę część badawczo-rozwojową, bo to trochę pomieszana inwestycja. W pewnej mierze to nowoczesne technologie w treningu, zaawansowane maszyny i systemy. Druga część dotyczy spraw socjalnych, czyli chcemy postawić zamiast tej mniejszej trybuny internat XXI wieku. Akademia jest dla nas strategicznie ważna. I musimy sobie zadać pytanie – z czego wynika to, że szkolimy najlepiej w Polsce. Bo Lech ma najlepszą akademię w kraju, prawda?

Wszystko na to wskazuje.

– No właśnie. I obawiam się, że może to wynikać z tego, że najwcześniej zaczęliśmy szkolić z takim rozmachem i na tak wysokim poziomie. Ale to nie jest dane raz na zawsze. Goni nas Zagłębie Lubin, goni nas Pogoń Szczecin, chce nas gonić Legia Warszawa, choć tak na marginesie nie wiem dlaczego, bo skoro chcą być Realem Madryt Ekstraklasy, to powinni dalej kupować wyróżniających się piłkarzy z całej ligi. Ale okej – w czym jesteśmy konkurencyjni? Przeważamy pod względem ścieżek kariery, mamy to tzw. succes story, ale zaraz inni też to będą mieli. Pogoń buduje coś fajnego, Zagłębie być może pod względem infrastruktury jest przed nami, dlatego musimy się rozwijać pod tym względem. Jeśli staniemy w miejscu, to nasza przewaga szybko stopnieje.

Czyli z 20 milionów złotych będziecie musieli w to włożyć?

– Zależy jak się rozstrzygną te konkursy o dofinansowanie, ale tak, to mogą być kwota tego rzędu.

Czyli połowa z transferu Roberta Gumnego?

– Oby. Wtedy nazwiemy to Centrum Badawcze im. Roberta Gumnego, tak jak mamy kriokomorę im. Aleksandra Tonewa.

A jest sejf im. Tomasza Kacprzyckiego?

– Tak, nawet będzie w Gazecie Wyborczej. Był u mnie redaktor Radosław Nawrot z fotografem, myśleliśmy gdzie można zrobić zdjęcie do wywiadu i zaproponowałem „chodźmy do kasy na sejf, spuścimy trochę powietrza z tego balonu, zrobimy tam sesje zdjęciową”.

Dystansik. A to ciekawe, bo generalnie władze Lecha są postrzegane jako grupa smutasów, nudziarzy, minimalistów, którzy nie śpią trzy noce, gdy pojawia się czerwony kolor w Excelu.

– Nie no, ja nigdy nie będę aspirował do bycia twarzą Lecha. Ale musimy spuścić powietrze z tego balonika. Ja wiem, że może niektórym osobom nie spodoba się to co powiem, ale na koniec dnia chodzi tu o rozrywkę i dawanie radości ludziom, a nie o wojenki, napinki czy walki.

Puścił pan oko na konferencji prasowej po audycie, gdy mówił pan o tym, że lubicie sobie z prezesem Klimczakiem zerknąć w tabelki.

– Bo lubimy, taka jest nasza robota, zresztą znamy się na tym dość dobrze. Ale nie jest też tak, że – jak to przeczytałem raz na Twitterze – ogon kręci psem. Że Klimczak z Kacprzyckim narzucają reszcie swoje zdanie i że odwracamy proces decyzyjny. To tak nie wygląda, że przychodzę do Piotra Rutkowskiego i mówię „dobra, Piotr, tak zaplanowałem strukturę wydatków, więc w tym sezonie na wynagrodzenia macie maksymalnie tyle i tyle pieniędzy”. Jest odwrotnie – oni przychodzą, mówią ile by chcieli, my staramy się wówczas tak zakręcić tym budżetem, by jednak te pieniądze dostali.

Jacek Rutkowski mówił, że chce sprzedawać emocje. Więcej chcecie zatem emocji, a mniej sprzedawania.

– Dokładnie tak. Szczególnie, że mamy jakąś alternatywę w Poznaniu? Kiepsko, sport słabo stoi w naszym mieście. Chadzam na Wartę, bo jestem jej sąsiadem. Przesympatyczna atmosfera, kibicuję im, by zażegnali takie sytuacje, do jakich dochodziło latem. No i będę chodził częściej, żeby tego naszego Huberta Sobola pooglądać. Ja oglądam mecz, moje czteroletnie dziecko zajada się czekoladą.

A jeśli Lech stanąłby nad finansową przepaścią, to istnieje szansa, że klub dostanie wsparcie ze strony właściciela klubu, który zasypie tę dziurę budżetową?

– Myślę, że tak. Oczywiście jeśli doszłoby do takiej sytuacji, to prezes Rutkowski w pierwszej kolejności mnie zwolni, a po drugie temu klubowi pomoże. Zresztą już nie raz pomagał. W 2015 roku zrobiliśmy emisję obligacji, gdzie jednym z nabywców były firmy powiązane z prezesem. Wówczas za te pieniądze zrobiliśmy transfery – m.in. Kadara i Tetteha. To był taki fundusz transferowy. Tak się to zbiegło, że pół roku później zdobyliśmy mistrzostwo. Ale właściciel to nie jest osoba, która nie jest zaangażowana w klub. Prezes Rutkowski frustruje się tak samo jak kibice czy my w klubie. Amica jest też ważnym sponsorem klubu, tego nie ma co ukrywać, więc siłą rzeczy prezes dokłada trochę pieniędzy do Lecha, a nie – wbrew obiegowej opinii – wyciąga.

Myśleliście o tym, by jeszcze raz stworzyć taki fundusz transferowy?

– Nie, nie jest to nam potrzebne w obecnej sytuacji.

Latem wydaliście na któregoś z piłkarzy milion euro? Bo pojawiły się różne nieścisłości związane z Tibą i Amaralem.

– Tak, wydaliśmy. Te wątpliwości kibiców wynikały z tego, że obaj Portugalczycy mieli różne bonusy warunkowe zapisane w umowach. Łącznie z kwotą odstępnego wychodziły kwoty, które w przybliżeniu podawały media. Natomiast nie chodziło o wliczanie w te umowy wynagrodzeń, jak niektórzy uważali. To byłoby nie fair z naszej strony. Jako ciekawostkę powiem, że ten milion euro wydaliśmy już kilkukrotnie w naszej historii.

Gytkjaer?

– Tak. On przychodził jako wolny zawodnik, ale z 2. Bundesligi. Pamiętam naradę z lata 2017. Spociłem się wtedy dosyć mocno, gdy rozmawialiśmy o warunkach Christiana. Pojawiło się gdzieś z tyłu głowy „o ludzie, ładujemy się w nowego Arboledę”. Na szczęście okazało się, że zainwestowaliśmy w świetnego piłkarza.

Murawski też pewnie złamał granicę miliona euro.

– Zgadza się. Nie pamiętam dokładnie kwoty związanej z Vojo Ubiparipem, ale tam chodziło o kwotę rzędu 800 tysięcy euro. Więc może przekraczanie bariery miliona nie zdarzało się nagminnie, ale nie jest też tak, że dopiero teraz przeszliśmy przez ten próg.

A wpisujecie w prognozę budżetową potencjalne pieniądze wynikające z bonusów i procentów od następnego transferu piłkarzy, których wcześniej sprzedaliście?

– Dotychczas nigdy tego nie robiliśmy, ale prawdopodobnie będziemy to robić, bo jest duża szansa, że te bonusy w najbliższym czasie się zrealizują. Weźmy np. Jana Bednarka. On rozegrał już tyle meczów w Premier League, że jeśli do końca sezonu będzie w składzie, to do osiągnięcia pierwszego bonusu pozostanie mu jeden mecz. Zatem Janek musi cały czas grać, Southampton nie może spaść, wówczas wraz z pierwszym meczem Bednarka w nowym sezonie dostaniemy pieniądze.

A z następnego transferu Bednarka macie 15%?

– Zgadza się.

Wielu piłkarzy przez was sprzedanych miało taki zapis w umowie z nowym klubem?

Jeśli dobrze pamiętam, to każdy. Mam wrażenie, że kibicom niespecjalnie jednak sprawia radość, że chłopcy stąd robią karierę. To znaczy fajnie, jeśli taki Janek Bednarek razi sobie z Premier League, natomiast mimo wszystko fani Lecha patrzą na aktualne wyniki swojej drużyny. A te ostatnio niestety nie są dobre. I ja się nie dziwię im, bo nie o to chodzi. Tak jak powiedziałem – taki audyt nie jest od tego, by wkładać go do gabloty, bo ta gablota nie od tego jest.

Z czego jesteście najbardziej dumni z tego audytu?

– Tak jednostkowo to pewnie pokonanie wzrostu kosztów akademii. Dawno temu trzymaliśmy to mocno w ryzach. Ale postanowiliśmy zrobić skok jakościowy. Zainwestowaliśmy pieniądze w takie rzeczy, które w ogóle nie są seksowne – nawodnienie, remont szatni, kupienie tych gruntów na stałe.

Trzymacie tych 8% z budżetu na akademię.

– Tak, tylko np. rok temu przychody wzrosły znacząco, a procent się utrzymał. W tym sezonie przychody spadły, ale nominalnie na akademię wydamy pewnie tyle, co przed rokiem. Zatem w tym sezonie na akademię pójdzie czy poszło około 10% naszego budżetu.

Ile kosztuje was skauting?

– Około miliona złotych rocznie. W perspektywie trzech-czterech lat te koszty wzrosły z 700 tysięcy do miliona.

Czyli nie tak dużo nawet jak na dział, który ostatnio nie ma dobrej skuteczności.

– Nie przesadzajmy, Tibę, Amarala czy Gytkjaera ktoś musiał wypatrzeć. Koljić też pokazuje, że nie był słabym piłkarzem, a to nasi skauci go wypatrzyli. Tomek Cywka też nie był oczywistym wyborem. Ja zresztą lansuję taką tezę, z którą jeszcze w klubie się nie przebiłem. Chodzi o ocenę skuteczności skautingu. Bo tak naprawdę to, czy danego zawodnikowi wyjdzie w Lechu, jest zależne od wielu czynników. I to półprawda w weryfikacji jakości skautingu. Znajdźmy jakiś przykład niewypału transferowego.

Barkorth.

– No dobra. To mówię w takim przypadku – dajcie mi listę skautingową na której Barkorth był pierwszy do ściągnięcia, pokażcie zawodników numer dwa, trzy, cztery, pięć i zobaczmy jaką oni zrobili karierę. Jeżeli zrobili, to znaczy, że się pomyliliście. Nicklas nie zrobił kariery w Lechu, bo był sprowadzony w większej grupie skrzydłowych, później nie grał, był zawiedziony, bo przychodził jako gwiazda, a mniej grał. Trener Bjelica przestał na niego stawiać, bo Szwed zrobił coś źle raz czy drugi. Więc skauting to jedno, a wprowadzenie zawodnika do zespołu to drugie.

A takich ciekawych zawodników, których Lech chciał, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło, to kilku było. Andre Andre z Porto, Kevin Kampl z Lipska.

– Alfred Finnbogason. Jego temat był grany chyba przez cztery okienka, ale raz wzięliśmy Roberta Lewandowskiego, później Artjomsa Rudnevsa. Ale faktycznie, kilka takich nazwisk się przewinęło. Bo przecież Aleksandar Prijović też był długo na naszych listach, rozmawialiśmy o nim, aż w końcu wzięła go Legia. Ale nasi skauci wiedzą w jakiej lidze finansowej gramy. Nie szukają – dajmy na to – piłkarzy za dwa miliony euro. Ale do końca nie wiem jak to przebiega. Ja dostaję gotowy projekt i na koniec – w cudzysłowie – fakturę do podpisania.

Jakie cele stoją przed Lechem? Co jest do poprawy?

– Trudno mówić o jakichś pojedynczych rzeczach, bo musimy iść do przodu jako całość. Na pewno celem działu finansowego nie jest śrubowanie rekordów zysków, bo nie o to nam chodzi. W oczach właściciela najlepszą sytuacją z ekonomicznego punktu widzenia jest „zielone zero”. Czyli albo bez strat, albo z jakąś delikatną nadwyżką typu 100 tysięcy euro. Tak żeby na wszystko wystarczyło, ale podkreślę wyraźnie – nie to jest naszym celem. Ja te 22 miliony zysku oddałbym za mistrzostwo Polski od ręki, tu i teraz, bez mrugnięcia okiem. 22 miliony w piłce można zarobić dosyć szybko, a mistrzostwa nie udało nam się zdobyć w czterech ostatnich latach.

DAMIAN SMYK

***

Rozmowę można również odsłuchać w ramach ostatniej audycji „Stacja Bułgarska”:

KOMENTARZE (8)