„Wstrząsnąłem światem!”. Jak narodził się Muhammad Ali?
Inne sporty

„Wstrząsnąłem światem!”. Jak narodził się Muhammad Ali?

W historii boksu zapisał się jako jeden z najlepszych jacy kiedykolwiek wyszli do ringu, ale w swoim mniemaniu od zawsze był po prostu tym „Największym”. Zanim Muhammad Ali zaczął robić szalone rzeczy w ringu i poza nim, jeszcze jako Cassius Clay zaistniał jako sprawca jednej z największych sensacji w dziejach boksu. 25 lutego 1964 roku – a więc nieco ponad 55 lat temu – młody amerykański pięściarz przebojem wdarł się na scenę, którą miał potem władać przez prawie dwie kolejne dekady. Równie ważne jak sam sport były jednak burzliwie zmieniające się realia obyczajowe w Stanach Zjednoczonych, do czego także dołożył swoją cegiełkę.

Gdy mówili mu, że za dużo pyskuje, to wymądrzał się jeszcze bardziej. Gdy słyszał, że jest „przerośniętym zawodnikiem kategorii koguciej, który w wadze ciężkiej może być tylko dziwadłem”, to z jeszcze większym zacięciem „fruwał jak motyl i żądlił jak pszczoła”. Gdy nie uznawali jego nowej tożsamości, to w skrajnych przypadkach wymuszał tę akceptację siłą. Taki właśnie był Ali – zawsze potrafił znaleźć sposób, by postawić na swoim.

Do boksu trafił przez przypadek. Wychował się w biednym Louisville na południu USA, gdzie segregacja rasowa była wyjątkowo widoczna i bolesna – zwłaszcza dla kogoś takiego jak on. „Dlaczego mam zakładać mundur i lecieć 10 tysięcy kilometrów od domu, by zrzucać bomby i strzelać do brązowych ludzi z Wietnamu, kiedy tak zwani czarni są w moim Louisville traktowani jak psy i odmawia się im podstawowych praw?” – pytał w 1967 roku. W tym okresie oburzył Amerykę odmową służby wojskowej. Ten zamach na świętość – jak wiele innych jego zachowań – zaczął być lepiej rozumiany dopiero wiele lat później.

Cassius Clay – bo pod tym imieniem i nazwiskiem stał się powszechnie znany – stawiał się wszystkim już w latach młodości. Miał 12 lat, gdy ktoś ukradł mu rower. Kradzież zgłosił na policji, jednak podczas tego procesu wyraził chęć spuszczenia złodziejowi ciężkiego lania. Przyjmujący jego zgłoszenie policjant dostrzegł błysk w oczach chłopaka i zapytał go, czy wiedziałby jak to w ogóle zrobić. Tak się złożyło, że posterunkowy Joe Martin po godzinach był trenerem boksu. I tak przez zupełny przypadek kilka tygodni później zaczął pracować z wybitnie utalentowanym zawodnikiem, który na zawsze miał zmienić jego ukochaną dyscyplinę.

Nastoletni pięściarz od samego początku imponował stylem opartym na refleksie i luzie, ale często miewał problemy z koncentracją. Motywowały go dopiero wielkie wyzwania. W szkole radził sobie średnio. Trudno w to uwierzyć pamiętając jego wygadaną postawę, ale był… dyslektykiem. Zdarzało mu się łobuzować, chociaż w zdecydowanej większości przypadków uciekał się do takich zachowań protestując przeciwko podziałom rasowych, które wyjątkowo go bulwersowały.

Matka mistrza wspominała po latach, że jako młody chłopak był w szoku, gdy w jednym z barów odmówiono mu podania napoju z powodu koloru skóry. Państwo Clayowie ciężko pracowali fizycznie i niezbyt cieszyli się z tego, że ich syn zaczął się bić w ringu. Ostatecznie pozwolili mu poświęcić się pasji, w której konsekwentnie notował postępy. Cassius pierwszą amatorską walkę stoczył w 1954 roku – zaledwie kilka miesięcy po podjęciu treningów.

Niedługo potem doszło do wydarzenia, które wstrząsnęło czarną Ameryką. W Missisipi w barbarzyńskich okolicznościach zamordowano Emmetta Tilla – starszego od Claya o kilka miesięcy chłopaka, który miał w bliżej nieokreślony sposób zaczepić białą kobietę podczas zakupów. Dla niego nie było to nic nadzwyczajnego – wychowywał się w Chicago, gdzie obowiązywały luźniejsze obyczaje. Rozmowy z białymi dziewczynami nie były niczym niezwykłym.

Tymczasem w Missisipi i okolicach czarnoskórzy nie mogli nawet korzystać z większości miejsc publicznych. Członkowie Ku Klux Klanu brylowali w lokalnej polityce, policji i w sądach. Lincze na Afroamerykanach były tu na porządku dziennym. Till podpadł, bo miał podrywać stojącą za ladą białą kobietę, która zeznała, że chłopak… dotknął jej dłoni. Wiele dekad później przyznała, że zmyśliła całą sytuacją. Okazało się, że nastolatek podpisał na siebie makabryczny wyrok zwyczajnie uśmiechając się do białej kobiety.

Słowa „poszkodowanej” miały bowiem morderczą moc. Kilka dni po domniemanym incydencie jej mąż i jego brat dokonali zbrojnego napadu na dom Tilla i uprowadzili nastolatka. Potem brutalnie go pobili, poranili nożami a na końcu zabili go strzałem w głowę. Ciało wrzucili do rzeki Tallahatchie. Trzy dni później zwłoki chłopaka wyłowiono i przekazano rodzinie, która wystawiła je w otwartej trumnie. Ten widok wstrząsnął członkami afroamerykańskiej społeczności jak żaden inny, ale to był dopiero początek tej bulwersującej sprawy.

Niecały miesiąc po brutalnym zabójstwie doszło do rozprawy sądowej, która była jedną wielką farsą. Linia obrony oskarżonych opierała się na kuriozalnej teorii, że wyłowione z wody zwłoki nie należą do Tilla, który… postanowił uciec. Bzdura? Oczywiście, ale złożone wyłącznie z białych mężczyzn jury po godzinnej naradzie uniewinniło obu mężczyzn.

Kilka miesięcy później mężczyźni bez żadnych skrupułów przyznali się do zbrodni. Nie można było im już wtedy nic zrobić – w USA obowiązuje zasada „double jeopardy”, która oznacza, że raz uniewinnionej osoby nie można potem sądzić za to samo przestępstwo. „Postanowiłem, że trzeba dać im przykład. Żeby wiedzieli, gdzie jest ich miejsce i kto tu rządzi” – kpił w prasie John Milam, jeden ze sprawców.

Znikający medal

Śmierć Tilla oburzyła i zmotywowała środowiska czarnoskórych Amerykanów w całym kraju. Rosa Parks myśląc o nastolatku zdecydowała się na historyczny protest w autobusie, kiedy to odmówiła przejścia do „czarnej” części. Sprawa buntowniczki zakończyła się precedensowym wyrokiem sądu federalnego. Orzeczono, że segregacja rasowa w środkach komunikacji miejskiej jest niezgodna z konstytucją.

Nastoletni Cassius był oburzony jak wszyscy wokół. Odreagowywał na swój sposób – najczęściej dopuszczając się aktów wandalizmu. Na szczęście coraz więcej czasu poświęcał boksowi, w którym robił się coraz lepszy. Ukoronowaniem jego amatorskiej drogi był występ na igrzyskach olimpijskich w 1960 roku w Rzymie. Wystąpił tam w kategorii półciężkiej i był poza zasięgiem rywali. W finale wypunktował twardego Zbigniewa Pietrzykowskiego.

Sam pojedynek był ważny nie tylko dla 18-latka z Louisville, ale także dla naszego boksu. Igrzyska w Rzymie były pierwszymi, które można było obejrzeć w TVP. Pokonany Pietrzykowski z miejsca zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z kimś wyjątkowym. Obaj spotykali w późniejszych latach spotykali się wiele razy i nie szczędzili sobie ciepłych słów. W 1980 roku „Ziggy” był tajnym gościem jednego z amerykańskich programów telewizyjnych. Ali był zaskoczony, ale i bardzo szczęśliwy widząc dawnego rywala. Wpływ tych relacji na życie Pietrzykowskiego był na tyle duży, że myśląc o swoim koledze „Alim” nazwał swojego ukochanego psa.

Losy samego złotego medalu igrzysk są okryte tajemnicą. Po powrocie do ojczyzny pięściarz był dumny i dedykował trofeum swojej ojczyźnie. W wydanej w 1975 roku swojej pierwszej autobiografii przyznał jednak, że kilka miesięcy po wygranej wyrzucił medal do rzeki Ohio. Miał zrobić tak po tym, jak odmówiono mu obsługi w restauracji ze względu na kolor skóry.

Thomas Hauser – autor znakomitej biografii „Muhammad Ali. Moje życie, moja walka” – ustalił, że sytuacja z odmową obsługi faktycznie miała miejsce, ale pięściarz stracił medal w innych okolicznościach. Potwierdzali to w kolejnych latach jego najbliżsi współpracownicy. Jedno jest pewne – w 1996 roku podczas igrzysk olimpijskich w Atlancie Ali otrzymał medal zastępczy.

Niedługo po tej przygodzie młodziutki zawodnik przeszedł na zawodowstwo. Na ringach amatorskich mógł pochwalić się kapitalnym bilansem 100 zwycięstw przy zaledwie pięciu porażkach. Droga na szczyt nie była jednak usłana różami. Umiejętności młokosa były nieustannie kwestionowane. Nie miał sylwetki typowego „ciężkiego” z tamtego okresu i wyróżniał się niecodziennym stylem. Miewał także problemy – w jedenastej walce był liczony po ciosie przeciętnego Sonny’ego Banksa (10-2).

Podobnie było w pojedynku, który bezpośrednio poprzedzał walkę o mistrzowski tytuł. Clay w Londynie zmierzył się z Henrym Cooperem (27-8-1) – miejscowym weteranem znanym z piorunującego lewego sierpowego i skłonności do rozcięć. Amerykanin siłę firmowego ciosu poznał na własnej skórze i znów był liczony. W obu przypadkach w oczy rzucało się jedno: choć pozornie ciężko padał na deski, to błyskawicznie zrywał się na równe nogi i walczył dalej.

Stary niedźwiedź mocno śpi…

Według ludzi ze świata boksu, „zielony” Clay nie miał prawa być gotowy na kogoś takiego jak Sonny Liston (35-1). Na początku lat sześćdziesiątych nie było jeszcze wielu federacji i dziesiątek mylących tytułów. Mistrz był jeden i był nim właśnie Liston, a okres jego dominacji był erą terroru. Tuż przed spotkaniem z mistrzem olimpijskim doświadczony Amerykanin dwa razy w pierwszej rundzie nokautował słynnego Floyda Pattersona (38-3).

Dominator w kategorii ciężkiej miał w tamtym czasie spory problem, bo nikt za bardzo nie palił się do tego, by wyjść z nim do ringu. Henry Cooper potrafił rzucić na deski młodego Cassiusa Claya, ale Listona unikał. „Nie chcielibyśmy go spotkać nawet na tej samej ulicy” – tłumaczył menedżer Brytyjczyka.

Legendę Listona można porównać do tego, co dwie dekady później zaczęło się dziać wokół młodego Mike’a Tysona. Johnny Tocco współpracował z obydwoma pięściarzami, a także z George’em Foremanem. Według niego z tego tercetu morderczych królów nokautu najmocniej bił właśnie Sonny. Z wizerunkiem „ponurego żniwiarza” zabawił się magazyn „Esquire”, który w grudniu 1963 roku zrobił mistrzowi sesję… w czapce świętego Mikołaja.

Zamiast prezentów Liston rozdawał ciężkie nokauty. Nie imponował wzrostem (185 cm), ale miał niezwykły zasięg ramion (214 cm). Takie same parametry mają pod tym względem dzisiejsi dwumetrowcy – Tyson Fury i Deontay Wilder. Jedyna porażka w rekordzie ówczesnego mistrza nie była jednogłośna. Liston walczył ze złamaną szczęką, a potem dwukrotnie pokonywał swojego jedynego pogromcę.

Cassius Clay (19-0) nie był jednak kimś kogo można było zawstydzić. Postanowił wyprowadzić mrukliwego mistrza z równowagi. Na konferencjach prasowych nazywał go „wielkim, śmierdzącym niedźwiedziem”, którego po walce chciał „odesłać do ZOO”. Na tym jednak nie koniec – by sprowokować Listona pretendent potrafił pojechać w środku nocy pod jego dom i wyzywać go przez megafon… od tchórzy i słabeuszy.

Pewnego razu niewiele zabrakło, by Clay się doigrał. Udało mu się osaczyć czempiona, gdy ten akurat grał w kasynie. Zaczął swoją stałą śpiewkę: „jesteś słaby, jesteś stary, zostaniesz znokautowany” i tak dalej. Liston nie był w nastroju do żartów. Bez słowa wyciągnął rewolwer i oddał w kierunku pyskatego 22-latka kilka strzałów. Tłum zamarł, kobiety mdlały, a czempion na koniec z szelmowskim uśmiechem przyznał, że to przecież tylko ślepaki.

Pod względem promocji mistrzowskiego pojedynku były to udane posunięcia, ale nie zmieniały jednego: absolutnie nikt nie dawał młokosowi szans. „Nie ma takiej możliwości. Jedyna niewiadoma dotyczy tego, ile potrwa ten jednostronny pojedynek” – przewidywał wielki Joe Louis. Wtórował mu Rocky Marciano. „Ta walka przychodzi zbyt wcześnie dla Claya i może złamać mu karierę” – przestrzegał legendarny mistrz wagi ciężkiej, który zakończył karierę bez choćby jednej porażki.

Dziennikarze też byli bezwzględni. „Jedyne, w czym Clay jest lepszy od Listona, to czytanie słownika” – ironizował Jim Murray z „Los Angeles Times”. Korespondent „The New York Times” odmówił napisania relacji dla swojej gazety, bo uznał, że walka będzie zbyt jednostronna i w ogóle nie powinno do niej dojść. W dniu pojedynku spośród 46 dziennikarzy obecnych w Miami Beach aż 43 spodziewało się wygranej Listona przez nokaut. Kilka dni przed walką w znanym programie telewizyjnym jeden z gości przewidywał, że Clay zemdleje i w ogóle nie wyjdzie na ring.

W godzinach porannych w dniu walki doszło do ceremonii ważenia, na której 22-latek przechodził samego siebie. Wielu obserwatorów uznało, że ma atak paniki. Krzyczał, że „ktoś dziś umrze w ringu” i próbował dążyć do fizycznej konfrontacji z obozem Listona. Ciśnienie krwi Claya było tak wysokie, że poważnie zmartwiło lekarza. „Jest emocjonalnie niestabilny, przestraszony na śmierć i może się złamać przed wyjściem do ringu” – zanotował medyk. Tę diagnozę potwierdził po latach sam zainteresowany. Przyznał, że wszystkie jego dziwne zachowania były spowodowane panicznym strachem przed siłą Listona.

„Pokłońcie się mistrzowi!”

Przebieg samego pojedynku zaskoczył jednak wszystkich. Pretendent zgodnie z zapowiedziami „fruwał jak motyl i żądlił jak pszczoła”. Umiejętnie potrafił niwelować przewagę zasięgu ramion rywala i dzięki nieprawdopodobnej ruchliwości prawie zawsze potrafił uciec przed zagrożeniem. Liston był w szoku – sytuacja, w której musi gonić rywala po ringu, była dla niego czymś nowym. Zazwyczaj jego walki kończyły się w momencie, gdy doprowadzał do celu mocną serię. Clay tymczasem rzadko dawał się trafić więcej niż jednym ciosem.

W trzeciej rundzie bite z niesłychaną szybkością – jak na pięściarza wagi ciężkiej – ciosy pretendenta sprawiły, że nad okiem czempiona pojawiło się rozcięcie. To była nowość – nikt wcześniej nie zdołał tak zranić Listona. Kontrowersje pojawiły się po zakończeniu czwartej odsłony. Radzący sobie z każdą minutą coraz lepiej Clay nieoczekiwanie chciał… poddać pojedynek. Narzekał na potwornie szczypiące go oczy i problemy z widzeniem. Uważał, że obóz mistrza posunął się do oszustwa i chciał to udowodnić.

„Powiedziałem mu, że to walka o tytuł i nie możemy tego zrobić. Uspokoiłem go, potem wziąłem gąbkę i zacząłem mu myć twarz. Dotknąłem małym palcem okolic jego oka, a potem przystawiłem do mojego. Piekło jak szlag! Coś było tam zdecydowanie nie tak” – wspominał po latach Angelo Dundee, długoletni trener Alego. Eddie Machen – były rywal Listona – przyznał, że także doświadczył podobnej przygody podczas walki z mistrzem, dla którego cel wyraźnie uświęcał środki.

W piątej rundzie pretendent widział tylko rozmyty cień swojego rywala, ale nie dał się trafić. Przetrwał to starcie, a w następnym zaczął już widzieć wystarczająco dużo, by znów „tańczyć” wokół coraz bardziej sfrustrowanego Listona. Szósta runda okazała się ostatnią, choć pozornie nie wydarzyło się w niej dużo. Czempion nie wyszedł jednak do kolejnej odsłony i skarżył się na kontuzję barku. Clay zaczął krzyczeć, że jest „największy” i że „wstrząsnął światem”. Między słowami wygrażał też siedzącym pod ringiem dziennikarzom, którzy skazywali go na brutalną porażkę. „Pokłońcie się mistrzowi!” – krzyczał do nich na konferencji prasowej po walce.

Po wszystkim w szatni nowego króla wagi ciężkiej doszło do niezwykłego spotkania. Sam Cooke i Malcolm X od dawna wspierali pięściarza w jego drodze na szczyt i byli równie ważnymi co on rzecznikami ruchu działającego na rzecz zniesienia segregacji rasowej. Ten pierwszy był dla Afroamerykanów postacią na miarę Franka Sinatry – pierwszym czarnoskórym artystą, który podbił listy przebojów i stał się ważnym elementem kultury masowej.

Z tym drugim pięściarza łączyły skomplikowane relacje. Malcolm w dzieciństwie marzył o tym, by zostać prawnikiem. Afroamerykanie nie mogli wybrać takiej ścieżki kariery, więc chłopak wylądował na ulicy. Dorabiał jako alfons i złodziej, zdarzało mu się także handlować narkotykami. W końcu trafił do więzienia, które zmieniło wszystko. Wyszedł z niego już nie jako Malcolm Little, a jako Malcolm X. Przeszedł na islam i zaczął rozkręcać Naród Islamu – organizację dążącą do wyzwolenia czarnoskórych z opresji.

„Nie zamierzam robić rewolucji nadstawiając drugi policzek” – to jedno z jego głównych przesłań, które mocno różniło go od dużo bardziej pokojowo nastawionego Martina Luthera Kinga. Malcolm był może bardziej radykalny w swoich poglądach, ale był także człowiekiem zasad. Opuścił Naród Islamu w 1964 roku, gdy okazało się, że jego założyciel Elijah Muhammed nie żyje zgodnie z głoszonymi poglądami. Wcześniej lider organizacji zdążył wywrzeć olbrzymie wrażenie na nowym mistrzu świata wagi ciężkiej.

Dwa dni po zdobyciu tytułu Clay ogłosił, że od teraz nazywa się Cassius X. Imię „Muhammad Ali” wymyślił dla niego właśnie założyciel Narodu Islamu. Na początku marca Malcolm X ogłosił swoje wystąpienie z organizacji, nazywając jej lidera „moralnym bankrutem”. Wielokrotnie próbował się potem skontaktować z Alim, ale ten ignorował jego zabiegi. Wiele lat później określi tę decyzję mianem jednej ze swoich największych życiowych porażek.

Malcolm zmarł niemal równo rok po pierwszej walce z Listonem. Zabili go nie przedstawiciele Ku Klux Klanu, a byli koledzy z Narodu Islamu. Jeszcze wcześniej życie stracił Sam Cooke. Zdążył nagrać z Alim kilka piosenek, ale ambitny plan podbicia list przebojów w oryginalnym duecie z charyzmatycznym pięściarzem nie zdążył się ziścić.

Stało się tak, bo jedna z największych gwiazd amerykańskiej piosenki zginęła w absurdalnych i nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Cooke w grudniu 1964 roku udał się do hotelowego pokoju ze spotkaną w barze panią do towarzystwa. Zarejestrował się pod swoim imieniem i nazwiskiem, jednak po kilkunastu minutach kobieta wybiegła z pokoju. Kilkanaście minut później zadzwoniła na policję twierdząc, że piosenkarz próbował ją zgwałcić.

Cooke wtedy już nie żył. Zastrzeliła go… czarnoskóra właścicielka hotelu. Nie wiadomo, jak do tego doszło. Kobieta twierdziła, że wściekły mężczyzna przyszedł do jej biura poszukując swojej towarzyszki i miał zacząć ją dusić. W desperackiej walce o życie miała sięgnąć po rewolwer i wystrzelić mu w klatkę piersiową. Problemów z tą wersją było kilka – przede wszystkim na ciele Cooke’a widniały poważne obrażenia sugerujące pobicie. Miał między innymi powyłamywane palce oraz sporo siniaków.

Na miejscu zbrodni brakowało też czegoś ważnego. Według relacji ludzi, którzy spędzali z nim tamten wieczór w barze, piosenkarz miał przy sobie grubą gotówkę. Pieniędzy i należących do niego kart kredytowych nigdy nie odnaleziono. Nie brak teorii, że śmierć Cooke’a nie była przypadkiem, a jej główną przyczyną miało być coraz śmielsze wybijanie się artysty na niezależność, co nie było mile widziane w środowisku.

Ali był jedną z tysiąca osób, które z niedowierzaniem patrzyły na otwartą trumnę z ciałem gwiazdy muzyki pop. W kolejnych latach kontynuował buntownicze podejście swoich znajomych. Głośno mówił o tym, co go boli i aktywnie próbował zmienić sytuację polityczno-obyczajową w Stanach Zjednoczonych. W kluczowym momencie swojej kariery potrafił przedłożyć wiarę w swoje ideały ponad zyski finansowe i sam sport. Wrócił po ponad 3 latach banicji i nigdy nie był już tak znakomitym pięściarzem, jak w drugiej połowie lat sześćdziesiątych.

Wcześniej w rewanżu rozprawił się z Listonem już w pierwszej rundzie. Do walki doszło rok po ich pierwszym spotkaniu, jednak zdaniem wielu były mistrz celowo przegrał tę walkę. Miał być straszony śmiercią przez mafię i Naród Islamu, ale tych teorii nigdy nie udało się udowodnić. Porażki z Alim złamały jego karierę, nie wrócił już do czołówki wagi ciężkiej.

„Jestem mistrzem świata wagi ciężkiej, ale wciąż są okolice, gdzie nie jestem miło widziany. A ja jestem dobrym chłopakiem, nigdy nie zrobiłem nic złego! Nigdy nie byłem w więzieniu ani w sądzie… (…) Lubię białych ludzi. Lubię moich ludzi. Wszyscy możemy żyć razem nie robiąc sobie krzywdy. Nie możecie potępiać człowieka, który chce pokoju na świecie, bo w ten sposób potępiacie sam pokój” – powiedział krótko po tym jak ogłosił się Muhammadem Alim i na zawsze zmienił boks.

KACPER BARTOSIAK

KOMENTARZE (1)